Został nam tylko i aż… rok!

25 października 2016

Rok. Dokładnie tyle czasu zostało nam do odbioru kluczy … kluczy do mieszkania, które kupiliśmy z F. jakiś czas temu. Ekscytacja jak można się było spodziewać nieco osłabła, a my mimo to wciąż w to nie wierzymy. Nie wierzymy, że daliśmy radę. SAMI.

Kiedy dwa miesiące temu napisałam wpis o naszej drodze po wymarzone mieszkanie, o tym jaki power dostaliśmy do pracy, kiedy wizja mieszkania okazała się nawet osiągalna – kiedy napisałam o tym wszystkim dość wyczerpujący i motywujący wpis – nie spodziewałam się, że wśród setek gratulujących osób, znajdzie się kilka, którym szczegółów będzie mało, którzy doszukiwać się będą wszystkiego najgłębiej jak się da i drążyć, bo przecież jak to tak… mi się nie udaje, a Tobie się udało? Albo kłamiesz albo… albo masz jakiś patent, który musisz mi zdradzić! Znaleźliśmy się oto w czasach, kiedy ludzie chcą mieć przepis na wszystko: na sukces, na karierę, na piękną urodę, na wyższe zarobki – ludzie chcą mieć przepis od a do z. Krok po kroku, najlepiej z listą kontaktów i workiem pieniędzy, tak na zachętę. Chcą mieć złotą receptę, która pozwoli im znaleźć się w tym samym punkcie co inni, ale przeskakując jeden najważniejszy etap. Ten etap to dokopywanie się do wszystkiego w pojedynkę. Ludzie stali się leniwi. I nie chodzi mi tutaj o to, że siedzą i nic nie robią. Mogą harować jak woły po 12 godzin dziennie, ale by zmienić swój los, na który tak narzekają – na to nie poświecą po godzinach ani minuty. Po co. Jednak kiedy na horyzoncie pojawi się ktoś komu się udało zmienić całe swoje życie na lepsze – nagle okaże się, że jesteśmy głodni wiedzy: jak to zrobić?! Mało tego – pojawi się wyrzut – bo jak to tak?! Ja tyle haruję jak wół i nie mam, a Ty masz? Bo wiecie… mi to z nieba spadło…

I nie chodzi mi tutaj wcale o ludzi, którzy podpytują o drobne szczegóły, o „formalności”. Nie chodzi mi o ludzi, którzy pytają: jak starać się o kredyt na umowach o dzieło. Nie chodzi mi o ludzi, którzy pytają: czy doradca finansowy jest za darmo. Chodzi mi o ludzi, którzy przychodzą do Ciebie z całą listą pytań: począwszy od tego – jaka będzie rata Twojego kredytu, po pytanie w jakiej firmie należy się zatrudnić, żeby zarobić tyle, by móc dostać taki kredyt. Aż po dogrzebywanie się do informacji, jakie razem z F. mamy pensje… Chcemy wiedzieć wszystko. Widzimy efekt czyjejś pracy i chcemy wiedzieć tu i teraz, co zrobić krok po kroku, by też taki efekt osiągnąć. A przecież to w jaki sposób do tych efektów człowiek dochodzi, to jak szuka, błądzi – to jest właśnie najcięższy etap, który przejść MUSI każdy. To jest nawet porównywalne do takiej sytuacji… grupa A na studiach zakuwa od dwóch miesięcy jak szalona, na teście dostaje piątki za CIĘŻKĄ PRACĘ. Grupa B, ma test na drugi dzień i dowiaduje się od jednej osoby z grupy A, jakie były odpowiedzi. Nie uczyli się wcale, bo wiedzieli, że tak będzie. Też dostaje piąteczki. Czy widzicie tutaj sprawiedliwość? Ja nie.

Osobom, które w danej dziedzinie życia, chcą osiągnąć podobne efekty – można podpowiedzieć, można coś zasugerować, doradzić. Ale nie można ot tak po prostu, pomóc przejść komuś „po łebkach” na ten sam level. Każdy pracuje na siebie…

Mieszkanie, które za rok odbierzemy jest tak dużą satysfakcją dla nas, bo cholernie ciężko na nie pracowaliśmy i nadal musimy pracować… Wciąż nie możemy uwierzyć w to, że jeszcze nie tak dawno praktycznie z niczym zawitaliśmy do stolicy, a za rok zrobimy parapetówkę we własnym mieszkaniu w Warszawie. Nie mamy bogatych rodziców, dziadków, cioć. Nie mamy znajomości. W Warszawie zaczynaliśmy od zera nie znając NIKOGO. Nadal właściwie prawie nikogo nie znamy. Nie ma na to czasu. F. trzy razy w pierwszych miesiącach zmieniał pracę, co nie każdemu się podobało. Słyszałam, że jest wybredny i leniwy. A on po prostu szukał pracy, która pozwoli nam godnie żyć, ale też pracy, w której będzie traktowany jak człowiek, a nie jak maszyna, która nie potrzebuje snu i jedzenia. I to był właśnie jeden z powodów naszej wyprowadzki. MOŻLIWOŚCI. Człowiek nie musi tutaj kurczowo trzymać się jednej pracy. Nie ta to inna. W mniejszym mieście, dyrektor „może” traktować pracownika jak … jak gówno – bo wie, że gdzie indziej ten człowiek pracy nie znajdzie. Nie zdecydowaliśmy się na wyjazdy F.  w miesięczne trasy. Mimo, że pieniądze były nam potrzebne, to wiedzieliśmy jednak od zawsze, że nigdy nie postawimy ich ponad tym co najważniejsze: ponad rodziną. Nie byliśmy postawieni pod ścianą, pracy w stolicy jest całe mnóstwo, więc serio… woleliśmy mieć mniej, ale mieć siebie na co dzień. Więc tak – zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Kupiliśmy mieszkanie, ale co najważniejsze, możemy bez wyrzutów sumienia spojrzeć w swoje twarze w lustra. Bo nie doszliśmy do celu po trupach. Nie udawaliśmy przyjaźni z tymi, którzy są już w lepszym punkcie od nas i mogliby nam pomóc. Nie kupiliśmy sobie mieszkania za czyjeś pieniądze. Choć byłoby fajnie mieć bliskich, którzy zrobiliby nam taki prezent, gdyby tylko moi rodzice mieli pieniądze, na pewno by mi je kupili, a ja na pewno bym je przyjęła, ale… wiecie co? Pamiętam, że kiedyś byłam wściekła na świat, że nie mamy nikogo, kto mógłby nas bardziej wesprzeć, ale teraz właściwie jestem zadowolona z takiego obrotu spraw… kiedy liczy się tylko na siebie, owszem jest ciężko. Ale satysfakcja z osiągniętego celu jest po prostu… magiczna. Nie doświadczy się jej, gdy wszystko dostajemy w prezencie.

Praktycznie co drugi dzień kiedy z F. siedzimy wieczorem i oglądamy telewizję… praktycznie co drugi dzień, jak nie każdego dnia, rozmawiamy o tym, że… że to jest jakaś bajka. Cholera! Dokonaliśmy tego! Ale na tym nie kończymy. Na tym nie możemy skończyć.

Przed nami cholernie ciężki rok. Właściwie wszystkie nasze oszczędności wydaliśmy co do grosza na wkład własny, więc… zaczynamy od zera. CEL? Chyba oczywisty – wykończenie mieszkania. Suma do odkładania miesięcznie, która nam wyszła to kosmos. Co powiedziałaby ponad połowa społeczeństwa, gdyby zobaczyła tą kwotę? Że to niemożliwe. Co mówimy MY? Nie mamy innego wyjścia, więc… więc to musi być możliwe. Nawet jeśli nie mieści się nam to w głowach. Dzisiaj na stronie jednej z blogerek, przeczytałam komentarz czytelniczki: „wszystko takie piękne, szkoda, że mnie nigdy nie będzie na to stać…” – zrobiło mi się gorąco… CHOLERA JASNA! Jak z takim podejściem można zmienić swoje życie na lepsze? Jak można się godzić na to jak jest, pragnąc więcej? Wiem, to nie są lekkie czasy, ale … nikomu kto coś osiągnął nie było lekko! Osoby, które często podziwiacie, domy, które Wam się podobają – czasem nie mamy nawet pojęcia ile za tym stoi pracy, ile porażek, ile poświęceń… Ja nawet w momencie, w którym nie miałam grosza przy tyłku, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że ten ciężki czas po prostu musi się skończyć. I że zrobię wszystko, żeby skończył się jak najszybciej…

Wyliczenie kosztów wykończenia dało efekt podobny do tego, kiedy dowiedzieliśmy się, że może będzie szansa na własne mieszkanie – efektem tym jest niesamowity POWER i motywacja do działania. Nie załamaliśmy się po wstępnym kosztorysie, tylko spojrzeliśmy na wyliczenia i powiedzieliśmy: MUSIMY TO ZROBIĆ! Ja dostałam również power, żeby zaplanować masę świetnych projektów dotyczących wnętrz, które być może pozwolą znaleźć mi wielu partnerów i zminimalizować koszta. Co prawda projekty te będą bardzo pracochłonne, ale przecież na to wszystko co dostanę ( jeśli dostanę) muszę odpowiednio zapracować ;) Za darmo drodzy Państwo nie ma nic… :)

Obraliśmy też metodę małych kroków odnośnie zaopatrywania się w rzeczy takie jak nowe sztućce, kołdry, poduszki itp. Jak już zapewne wiecie z relacji na insta czy z wpisów na blogu – zaopatrujemy się na Westwing – w klubie zakupowym, w którym wyszukuję tylko to co najbardziej mnie interesuje i to co najbardziej opłaca się nabyć. Dzięki zawziętości, udało mi się upolować ostatnio kołdrę z dzikiego jedwabiu. Oczywiście wszystkie te rzeczy na pewno Wam pokażę, ale póki co mam masę innych tematów i pokazuję Wam jedynie te najdrobniejsze, które są w użytku już teraz. Reszta nabytków z Westwing leży sobie spokojnie w kartonach… Koniecznie kliknijcie tutaj i w kilka sekund załóżcie sobie konto, dzięki któremu będziecie mogli obserwować codziennie pojawiające się nowe kampanie. Mega frajda mówię Wam! Ale wracając do do tematu…

W momencie, w którym odbierzemy klucze do mieszkania, na naszej głowie będą DWA mieszkania do opłacenia. Nie pociągniemy z takimi wydatkami dłużej niż miesiąc, ewentualnie dwa, więc chyba rozumiecie teraz, dlaczego nie mamy innej opcji, jak po prostu na to wszystko zarobić przez rok, prawda?

Pewnie zastanawiacie się, czy czasem się boję. Czy nie mam momentów, w których mówię sobie: to się nie uda. Pewnie, że mam. Szybko jednak wybijam je sobie z głowy. Takie nastawienie nic człowiekowi nie daje, a tylko wpędza w niepotrzebne doły. Lepiej ten czas spożytkować na konkretne działania, które pozwolą nam dany cel zrealizować. Będzie ciężko. Ale wiem, że… damy radę. Nie powiem, bo kiedy we wrześniu blogowo miałam mały przestój, na własne życzenie – ciężko było mi się zorganizować, odkąd Pola poszła do przedszkola – załamałam się, że nie mam tyle zleceń co zawsze, a wydatków mam 10 x więcej… koperta, w której za rok powinno być bardzo dużo pieniędzy, zamiast urosnąć, zaczęła świecić… pustką. I właśnie wtedy, kiedy pewnego ranka wstałam i powiedziałam, że pora wziąć się w garść i zacząć zarabiać… właśnie tego samego dnia, wieczorem, świętowałam z F. mój największy blogowy kontrakt… taki, o którym zawsze marzyłam. JEDEN kontrakt, który sprawił, że zmartwienia odnośnie wykończenia mieszkania, jakby odleciały gdzieś daleko… ekscytacja była i jest tak silna, że nie straszne jest mi to, że ten kontrakt będzie bardzo pracochłonny, będzie potrzebował dużo mojej inwencji, kreatywności i sił. Na wszystko trzeba w życiu zapracować. Cieszę się, że dostaję w tej branży szansę na to, by móc doświadczać sytuacji, w których człowiek zaczyna rozumieć, że im więcej chce zarabiać i im więcej zarabia – tym samym coraz ciężej musi pracować, główkować, tworzyć. Bycie samemu sobie szefem, to wieczny rollercoaster. Jeśli zwalniasz i się nie rozwijasz – Twoja pensja zacznie maleć… jeśli wciąż otwierasz nowe drzwi, szukasz nowych rozwiązań – na pewno odbije się to pozytywnie na Twoich zarobkach. Nie od razu, ale… odbije.

Mam nadzieję, że za rok będę do Was nadawać z nowego gniazdka. Tego wymarzonego, urządzonego tak jak chcę. Tego, w którym czuję, że jest moim domem. Trzymajcie kciuki. Przydadzą się nam bardzo!