Warszawska full-time mama – czyli trzy miesiące w stolicy

18 września 2015

Bycie full time mamą 24 h bez żadnej pomocy potrafi ostro dać w kość. Doskonale pamiętam czas, gdy miałam swoją teściową dwa bloki dalej i podczas mojej choroby brała Polkę na kilka godzin, albo po prostu brała ją gdy chciałam wyskoczyć na pocztę, do sklepu. Wiedziałam, że wyprowadzka do nowego miasta, gdzie nie będę miała kompletnie nikogo, będzie dla mnie wyzwaniem. Jednak jak się okazało – mimo, że jest cholernie ciężko – jest jeszcze lepiej.

Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy któraś z koleżanek pisała mi, że jest z dzieckiem bez żadnej pomocy rodziny, odpowiadałam „Boże podziwiam! Ja to bym zwariowała”. W sumie to miałam rację. W cholerę idzie zwariować jak się nawet człowiek załatwić w spokoju nie może i w cholerę idzie zwariować jak Ci nikt do dziecka przyjść nie może, żebyś z facetem mogła iść sobie na głupi spacer we dwójkę na 10 minut. Ale kto powiedział, że nie można zwariować pozytywnie? Oczywiście, że można. A jak to było u mnie?

  1. Euforia – nowe miejsce, stolica, nowi ludzie, nikt mnie nie zna, chcę tańczyć, śpiewać, ahhh! – no bo jak tu się nie cieszyć, że się w końcu znalazło w miejscu, o którym się marzyło. Ludzie biegnący 24 h, a mimo to uśmiechający się do ciebie. Ty bez makijażu wylatująca po bułki, bo przecież „I don’t ku*wa care! Nikt mnie nie zna!” – do czasu aż podchodzi do Ciebie nieznajoma pani i mówi „Jejku czytam Twój blog!”

     2. Znudzenie – halo? Dlaczego jestem tutaj sama? Dlaczego nikt jej na chwilę nie weźmie? Boże, dlaczego znów               jem zimny obiad? Halooo, ja chcę do kina! Do pubu, na kolację!

     3. Nauka organizacji – czyli akceptacja tego, że nie mam nikogo do pomocy i nie mogę nad tym stanem rzeczy              ubolewać przecież. Uczenie się siebie z Polą od nowa, walczenie z momentami słabości i dbanie o jak najlepszą              organizację dnia czyt. pakuję do torby pampersy, żarcie i picie i wybywam z chałupy, żeby nie sprzątać ;) ( joke –         chociaż nie powiem – bywało i tak :D )

A tak całkiem poważnie. Kiedy miałam pomoc pod ręką, mówiłam: ” Ja nie dałabym rady bez rodziny, bo są sytuacje, że dziecko muszę po prostu podrzucić nawet na pół godzinki” – i do tej pory doceniam, że nie musiałam z dzieckiem pocić się w kolejkach do lekarza gdy chorowałam, nie musiałam targać na usg piersi, do ginekologa i na pocztę. Kiedy jednak człowiek zostaje skazany sam na siebie, okazuje się, że bywanie z dzieckiem WSZĘDZIE jest normą, bo przecież inaczej nie można. Ciekawą sytuacją było dla mnie ostatnio ukruszenie zęba. To niesamowite jak bardzo wątpimy czasem w nasze dzieci. Zrozpaczona umówiłam się na wizytę ok.18 do dentysty w bloku naprzeciwko. F. dzwoni, że będzie po 20 – norma. I teraz czarny scenariusz przed oczami – ja kładąca się u dentysty na cudownym, wygodnym fotelu i Pola skacząca po mnie, bojąca się usiąść na 10 minut sama obok. Aż w końcu dentystka wypraszająca mnie z sali, bo nie może przecież nic zdziałać. No i siedziałam w tej poczekalni zestresowana, a Pola bawiła się w kąciku. I nagle drzwi się otwierają: ” Proszę wchodzić” – posadziłam więc Polę na krzesełku obok biurka, dałam książeczkę, kilak zabawek i usiadłam, a Pani zaczęła naprawiać moją jedynkę. 5,10,15 minut dziecko cisza. Wstaję z fotela, Pola spokojna. What the fuck – myślę sobie? Aż musiałam familię obdzwonić, że z dzieciem moim, szatanem małym poszłam naprawić ząb do dentysty. I, że dziecko moje nogi się kurczowo nie trzymało jak zawsze. Może to te opary stomatologiczne…

W każdym bądź razie – nagle okazuje się, że jesteś w stanie z dzieckiem robić wszystko. Jechać godzinę metrem na spotkanie, nawet jeśli w połowie musisz wyjść, bo dziecko zaczyna drzeć się z niewiadomych przyczyn. Nagle okazuje się, że w 30 stopniowy upał potrafisz sama biec z chorym dzieckiem do przychodni, a potem zrobić zakupy na cały tydzień i biec z nimi i z wózkiem do domu. Nagle się kurka okazuje, że dostajesz +100 do zaradności, bo umiesz robić jeszcze więcej rzeczy nogą, uchem, a nawet małym palcem od stopy.

Ale co jest w tym wszystkim najprzyjemniejsze? Teściowa stająca w drzwiach z walizkami i zabierająca dziecko codziennie przez tydzień na kilkugodzinne spacery. Myślicie, że cieszyło mnie to tak samo, gdy pomoc była tuż obok?

A tak całkiem, całkiem serio…największym wyzwaniem jest chyba…samotność. Bo ciul z tą pomocą. I tak jakoś mega tej pomocy nie wykorzystywałam. Ale było do kogo pójść, odezwać się, pośmiać, a nawet po prostu wypić herbatę. I tęskno mi jak cholera i nawet nie wiedziałam, że będzie mi aż tak bardzo. Ale wiecie co? Nie wrócę. Tutaj inaczej się oddycha, inaczej się funkcjonuje. Wierzę, że kiedy w końcu Pola podrośnie, to poznam tutaj fajnych ludzi, z którymi będę mogła sobie wyjść do kina, teatru czy na drinka. Zawsze sobie powtarzam: ” Dziewczyno! Masz dopiero 22 lata! Wszystko przed Tobą”. A teraz? Teraz to chłonę to miasto jak gąbka z najlepszą towarzyszką, jaką mogłam sobie wymarzyć. I ta towarzyszka nie pozwala mi się nudzić i rozmyślać. Stworzyłyśmy w tej stolicy swój mały świat. Mamy swoje spacerowe miejscówki, swoje ulubione zabawy i póki co jesteśmy tylko dla siebie. Ja dla niej, ona dla mnie. Cholernie to piękne i cudowne zarazem. Pokochałam jedzenie z nią śniadań na blacie i czekanie na F. z ciepłym obiadem. Pokochałam bycie Panią domu wiecie? Jak nigdy polubiłam gotować i sprzątać. I właśnie to stało się dlatego, że wiem, że nikt nie zrobi tego za mnie. Nikt mi w niczym nie pomoże. Więc muszę być samodzielna. I nie dam sobie wmówić, że cały ten pierdolnik, który jest na naszej głowie, musi sprawić, że stanę się sfrustrowaną matką polką. Ja to cholera lubię! Ja tu zostaję!

 

DSC_2310

 

DSC_2312

 

DSC_2315

 

DSC_2318

 

DSC_2322

 

DSC_2323

 

DSC_2326

 

DSC_2331

 

DSC_2333

 

bluzka – tutaj