Trochę o tym co u mnie…

3 listopada 2015

Naszło mnie dzisiaj, żeby napisać w sumie tak jak zawsze, jak lubię, ale jednak… trochę inaczej. Od serca, ale tak bez jakiegoś większego planu… tak po prostu jakbym pisała notkę w pamiętniku. Tak jakbym znała Was wszystkie na wylot, jakbym zwierzała się swoim przyjaciółkom.

Jesteście tu ze mną już od długiego czasu. Niektórzy są od samego początku, czyli ponad 2 lat, inni troszkę krócej. Są też tacy, którzy zawitali do mnie dopiero niedawno. Siedzę sobie właśnie sama z Polą w tych 4 kątach i odczuwam jakieś znudzenie, a jednocześnie podniecenie. Jednocześnie spełnienie, a wraz z nim poczucie, że mogę więcej. Czuję lekki niepokój, a zarazem spokój. Sama już nie wiem. Wszystko mi się plącze, mota, moje myśli wirują. Jednocześnie kocham to miejsce, w którym jestem, a jednocześnie tęskno mi do mojej rodziny. Czuję jednak, że nie na tym powinnam się teraz skupiać. Doszłam do momentu, w którym pozostaje mi niewiele czasu, by podjąć jedną z ważniejszych decyzji w moim życiu i wskoczyć na następny level. Ale o tym za chwilę.

Co u mnie? W sumie to co zawsze. 24 godzinna opieka nad Polą. Jestem ciekawa jak to wygląda u Was – bo u mnie mimo iż praktycznie codziennie dzieje się to samo – czuję, że nie mogłabym, nie chciałabym inaczej. Rano wstajemy, leżymy godzinę, półtorej, śmiejąc się, słuchając piosenek dla dzieci na telefonie. Potem szybkie ogarnięcie, sprzątanie, no i… pora iść do kuchni. Robimy śniadanie. Głupie śniadanie, a skupiam się na nim jak na jednej z ważniejszych czynności. Ona siedzi na blacie, wkoło niej kasztany, gustowne dodatki, dzięki którym jest tak swojsko, miło. Deska do krojenia, chleby i jeszcze delikatne promienie słońca, nieśmiało przebijające się przez okno. Chwila relaksu, wspólnych uśmiechów, chwila ciszy przed armagedonem, który będzie się dział przez najbliższe godziny. Czasem gdy dzień nie sprzyja humorom, jak najszybciej ulatniam się z Polką z domu. Długi spacer, plac zabaw. Czasem kiedy brak chęci na wynurzanie nosa z domu, po prostu 4 ściany i my. Zabawy, przekąski, śmiechy przeplatane fochami i moją bezsilnością. Jej zmarszczone brwi i moje tłumaczenia, dlaczego czegoś nie może, dlaczego nie powinna się tak zachowywać. Jej bunt, wyjście z pokoju, moje zaciśnięte zęby, przytulas na zgodę i od nowa… Zazwyczaj w ciągu dnia jakaś sesja zdjęciowa, co pół godziny szybkie 5 minutowe ogarnięcie na telefonie social mediów – praca to praca. Tutaj wiadomość, e-mail, tutaj wstawienie jakiegoś zdjęcia. Czasem udaje mi się usiąść na chwilę, obrobić zdjęcia, czasem muszę robić to na raty, lub darować sobie całkowicie i odłożyć to na wieczór…  Z czasem coraz bardziej niecierpliwe wyczekiwanie jego, sprzątanie mieszkania po całodziennej zabawie i robienie późnego „obiadu” i przebieranie nóżkami z niecierpliwości, czy mu zasmakuje, czy będzie zadowolony. Uwielbiam uszczęśliwiać innych, uwielbiam jego radość, kiedy zmęczony przychodzi do czystego mieszkania i je ciepły obiad… Jeszcze 2/3 godziny w trójkę, kąpanie Poli, w międzyczasie publikacja wpisu na blogu, wspólny serial, ich sen i…moja praca. Często kończę GRUBO po północy, czasem o 1, czasem o 2. Ale to jest to co kocham i to jest to, w co wkładam całe swoje serce. Po 5 dniach „tyrki” nadchodzi weekend. Czas dla naszej trójki. Wspólne spacery, F. w roli kucharza od rana do nocy, mój chill i długa kąpiel w wannie, moje naładowanie baterii, bo razem jakoś raźniej i łatwiej.

Czuję jednak, że coraz ciężej jest mi zachować komfort psychiczny, bo jednak czasem pracy jest zbyt dużo, a Pola nie pozwala czasem nawet na chwilę wziąć telefonu w dłoń. Wtedy pojawia się frustracja. Chciałabym oby dwie rzeczy robić DOBRZE. Być dobrą matką, a równocześnie dobrze wykonywać swoją pracę. Tak – pracę. Jakiś czas temu, nie wkładałam całego swojego serca w blogowanie, co było spowodowane problemami osobistymi i…brakiem czasu i chęci. Odczułam skutki boleśnie. Brak zleceń, a co za tym idzie – brak kasy, która jest cholernie potrzebna ( chyba każdemu). Kasa kasą, ale czułam też brak Was. Bo przecież jeśli mnie mało, to i Was. Jeśli ja rzadko piszę od serca, to i Wy rzadziej zaglądacie. Wróciłam jednak na dobre tory. Znów widzę Wasze zaangażowanie, znów obdarzacie mnie zaufaniem i znów zaufaniem obdarzają mnie również firmy. Czuję, że w tym wszystkim drzemie ogromny potencjał i kiedy myślę o pójściu do pracy i straceniu tego wszystkiego…mówię sobie „NIE!”. To w tym chcę się spełniać, to to chcę rozwijać. Chcę Was motywować, pokazywać, że można wszystko. Tak. Chcę też na tym zarabiać. I nie oznacza to wcale, że się sprzedałam, że coś tutaj zajeżdża fałszem. Praca to praca, ale nigdy nie będzie kosztem zatracenia mojego „własnego ja”. Cenicie tutaj szczerość, dlatego jest to na tej stronie priorytet.

Wspomniałam, że po 20 miesiącach dzielenia swojego czasu między pracę, a Polę, zdarza mi się odczuwać frustrację… 20 miesięcy. Dochodzi do mnie, że jeszcze ciut, ciut i będę musiała przygotować się do rozstania z Polą. Tak wiem…Wielkie halo. Poślę dziecko za kilka miesięcy do żłobka, a może po wakacjach do p-kola. A i to nie będzie jeszcze całkiem pewne, bo i na to trzeba mieć pieniądze. I tutaj znów wychodzi jeszcze większa mobilizacja do pracy nad swoją stroną. Bo jeśli to wszystko się rozwinie tak jak powinno – to będę mogła sobie na to pozwolić, a może i będzie mi dane mieć mega wielkiego farta i podjąć współpracę z jakimś żłobkiem, co odciąży mnie od kosztów. Pewnie myślisz sobie „Tsaa…wszystko za darmo, co jeszcze” … no tak. Może i marzę sobie w środku, że mogłabym to mieć ” za darmo”, ale wyobraź sobie, że wtedy również dojdą mi obowiązki. Sesje zdjęciowe, kolejne artykuły. Bo wiesz – za darmo nic nie ma. Ktoś mi może coś dać, ale ja również muszę komuś dać coś od siebie. Kto zabroni mi marzyć? Byłaby to całkiem fajna sprawa…

20 miesięcy – cudowny czas spędzony z moim dzieckiem praktycznie NON STOP. Wiem jednak, że zaczynam zbyt często chodzić zmęczona, zbyt często się nie wysypiam, zbyt często potem nie mam siły. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko – mówią. A ja czuję, że mogłabym być szczęśliwsza. Kocham swoje dziecko nad życie, ale czuję, że te kilka godzin dziennie, które pozwoliłyby mi w danych godzinach wykonywać w spokoju swoją pracę – byłyby owocne zarówno dla mnie jak i dla Poli. Owocne byłyby również dla mojej pracy. I dodam, że ta moja praca i mój spokój to nie jedyne aspekty. Po prostu cholernie mi Poli żal. Kiedy byłam jeszcze w Inowrocławiu miała chociaż raz na jakiś czas obok siebie dzieci siostry. Teraz mamy tylko siebie. Ja, ona 4 ściany i coraz częściej brak pomysłów na nowe zabawy. I to nie tak, że się nie staram. Staram się, ale nie dam jej wszystkiego czyt. nie zamienię się w inne dzieci. Raz na półtora miesiąca, kiedy jeżdżę do siostry, Pola pędzi do pokoju Milli, a ja przez te kilka dni, przez które tam jestem – jestem jak cień. Nie zauważa mnie, nie jestem jej potrzebna. Wariują od rana do nocy, a kiedy wyjeżdżamy Pola smutnym głosem mówi do Milci „papa”. I gdybym tylko miała tą pieprzoną kasę, bez namysłu zapisałabym ją chociaż na 3 godzinki, 3 razy w tygodniu do jakiegoś pobliskiego żłobka. Póki co… muszę jednak zaczekać. Uzbroić się w cierpliwość i uczyć się każdego dnia jeszcze lepszej organizacji, rozumienia jej fochów, dostosowywania się do jej potrzeb.

I mimo, że potrzebuję odpoczynku, mimo, że chciałabym pracować w spokoju. To wciąż nie daję sobie wmówić, że dziecko jest dla mnie jakąkolwiek przeszkodą. Nie zrozumcie mnie źle, ale z dzieckiem pod pachą, odwaliłam do tej pory kawał dobrej roboty i wierzę, że mogę to robić jeszcze lepiej. Z Polą u boku 24 h, czy ciut mniej. Dam radę. Wierzę jednak, że los pozwoli mi wkrótce trochę „ułatwić” to zadanie.

Co u mnie? Sami widzicie. Z pozoru rutyna, ale jednak … każdego dnia dzieje się coś nowego. Nowe wyzwania, rosnące w oczach dziecko. Największym jednak zaskoczeniem ciągle jesteście WY i to co tworzycie razem ze mną. Co u mnie? A wiecie… jak to u zwyczajnej matki polki. Raz lepiej, raz gorzej. Najważniejsze jednak…że wciąż do przodu. Nawet jeśli robię krok w tył – to tylko po to…by wziąć rozpęd i skoczyć jeszcze dalej! Będziecie ze mną? Wierzę, że tak… bo ja zawsze będę tutaj dla Was. Nieważne czy będę prezentować rowerek za 1000 zł ( oczywiście go nie kupię, chociaż… niech mi Bóg da, bym kiedyś mogła… ;) ) czy bajkę z lidla za 15 … Alicja zawsze pozostanie Alicją. Autentyczną i szczerą. I jeśli ktoś tego nie rozumie… to znaczy, że nie jest to miejsce dla niego. Wierzę jednak, że Ci, którzy mnie lubią i mi kibicują –  z całego serca życzą mi wszystkiego co najlepsze. I nigdy w życiu nie będą mi niczego wyliczać i negatywnie zazdrościć. Kocham Was kurczę… bez Was przecież nie byłoby mnie. Dzięki!

 

DSC_0338

 

DSC_0339

 

DSC_0340

 

DSC_0343

 

DSC_0345

 

DSC_0347

 

DSC_0348

 

DSC_0349

 

DSC_0350

 

DSC_0351

 

DSC_0352

 

DSC_0353

 

DSC_0354

 

DSC_0355

 

DSC_0356

 

DSC_0358

 

DSC_0360

 

DSC_0361

 

DSC_0362

 

DSC_0364

 

DSC_0367

 

DSC_0368

 

DSC_0369

 

DSC_0370

 

DSC_0372

 

DSC_0374

 

DSC_0375

 

DSC_0376

 

DSC_0378

 

DSC_0380

 

DSC_0381

 

DSC_0385

 

DSC_0386

 

DSC_0392

 

DSC_0395

 

DSC_0396

 

DSC_0398

 

DSC_0399

 

DSC_0401

 

DSC_0402

 

DSC_0404

 

DSC_0405

 

DSC_0408

 

DSC_0410

 

DSC_0412

 

DSC_0413

 

DSC_0415

 

DSC_0416

 

DSC_0417

 

DSC_0418

 

DSC_0420

 

DSC_0421

 

DSC_0422

 

tunika- tutaj

kurteczka- świetna! fajnaaa jakość, tylko ten kolor chyba jakiś nie mój… ;) klik