Tagliatelle domowej roboty z bazyliowym pesto – przepis

6 sierpnia 2019

Pamiętacie jak kilka miesięcy temu miałam przyjemność brać udział w warsztatach z samym Michel Moran? To właśnie wtedy po raz pierwszy miałam do czynienia z robotem kuchennym z prawdziwego zdarzenia.

Pod okiem Michel’a, robiliśmy wielkanocne potrawy (w moim przypadku było to Ciasto 3bit, łatwe i pyszne – na herbatnikach – przepis bez pieczenia!) używając do tego sprzętu Kenwood Chef XL. Potem Michel pokazywał nam jak zrobić przepyszną perliczkę z pesto z groszku. Do tej pory przemiło wspominam to spotkanie. Mimo tego, że gotowanie to dla mnie zawsze najbardziej stresujące wyzwanie w mojej pracy – jednocześnie gotować, relacjonować, ogarniać kuchnię, robić zdjęcia – nie jest łatwo. Może byłoby łatwo, gdyby nikogo nie obchodził efekt końcowy, ale przecież jak już gotować dla innych – to tak, żeby im smakowało, a nie żeby nadawało się jedynie na kompost :P

Całkiem niedawno, nadeszła pora na drugą część kampanii Kenwood. Polegała ona na zapoznaniu się z robotem Kenwood już we własnym domowym zaciszu. Dostałam sprzęcior na kilka tygodni, w których mogłam go na spokojnie przetestować i za jego pomocą spróbować robić różne potrawy. I byłam sceptyczna, chciałam coś ugotować raz, pokazać Wam to i tyle. Mój F. totalnie zakochał się w tym sprzęcie i okazało się, że gotowaliśmy z nim praktycznie codziennie i ciężko nam go teraz odesłać :D Przede wszystkim zauroczyła nas funkcja wyrabiania ciasta, które rękoma wyrobić ciężej. Ciasto nie lubi ciepła, a wyrabiając je w dłoniach nie sposób tego ciepła wytworzyć. Trzeba wyrabiać je sprawnie i szybko. I w życiu nie wyrobiliśmy ciasta lepiej, niż zrobił to właśnie robot. Tak nam się ta funkcja spodobała, że co najmniej cztery razy robiliśmy leniwe, dwa razy pizzę, raz tartę i raz … tagliatelle z bazyliowym pesto. No dobra, ja byłam tylko pomocnikiem, to F. jest u nas od gotowania :D No ale co do pesto… to właśnie to danie, totalnie podbiło nasze serca. A totalnie się tego nie spodziewałam :)

Zastanawiałam się jakie danie – które zrobię z pomocą sprzętu – będzie najlepsze do pokazania Wam. Ostatecznie padło właśnie na pesto – bo robot idealnie nadaje się do wyrobienia ciasta, a funkcja blendera – do zrobienia pesto.

 

TAGLIETELLE Z BAZYLIOWYM PESTO

przepis na 3 porcje

 

Składniki na pesto:

  • 2 doniczki bazylii
  • ok. 100 g orzeszków piniowych
  • 1 papryczka chilli
  • 3 ząbki czosnku
  • 100 g parmazanu
  • oliwa – ok. 100 ml, aczkolwiek wlewaliśmy na oko, do uzyskania odpowiedniej konsystencji

Składniki na makaron:

  • 200 g mąki krupczatki
  • 2 jajka
  • szczypta soli

 

Zanim przystąpimy do robienia pesto, za pomocą robota i szatkownicy – ścieramy parmezan.

Do przyrządzenia pesto używamy blendera. Liście bazylii myjemy i odrywamy ogonki. Wrzucamy do blendera czosnek i papryczkę w całości oraz umyte liście bazylii. Blendujemy. Dorzucamy starty parmezan i dolewamy oliwę – my dolewaliśmy na oko, aż widzieliśmy, że konsystencja jest odpowiednia. Blendujemy. Przekładamy pesto do słoiczka

 

 

 

 

Następnie zabieramy się za makaron :) Potrzebny nam będzie hak do wyrabiania ciasta. Do misy przesypujemy przesianą wcześniej mąkę. Dodajemy jajka i szczyptę soli. Wyrabiamy ciasto, aż zrobi się z niego kula. Wkładamy do lodówki na ok. 30 minut. Po wyjęciu z lodówki, ciasto rozwałkowujemy, podsypujemy mąką ( musi być suche). Tniemy na długie paski o szerokości ok. 0,5 cm. Makaron gotujemy ok. 5-10 minut. Czas zależy tak naprawdę od tego jaka porcja, jaka płyta grzewcza – musicie sami sprawdzić, kiedy makaron będzie już idealny do jedzenia.

 

 

 

I teraz bardzo ważne – do gorącego makaronu, dodajemy sos – nie na odwrót. Szybko mieszamy i nakładamy na talerze. Na koniec opruszamy grubo mielonym pieprzem, parmezanem i orzeszkami pini. Jedliśmy to we trójkę – była u nas Kasia z HappyFactory, która podczas gotowania robiła zdjęcia do tego wpisu. Usiedliśmy wszyscy przy stole i… odpłynęliśmy :P

 

 

 

Pesto wyszło obłędnie !!! Myślę, że to zasługa tego, że wszystko zrobiliśmy jak należy. Użyliśmy najwyższej jakości składników, nie kupowaliśmy żadnych zamienników. Zainwestowaliśmy w dobrą oliwę. Orzeszki pini też robią robotę, z tańszymi orzechami mogłoby to już smakować inaczej. No i ciasto… wyrobione przez robota. To zupełnie inna bajka. Makaron był przepyszny. I to obłędnie przepyszny :) Od razu jak zjadłam, wiedziałam, że to był dobry wybór i że będę na maksa szczęśliwa jeśli podzielę się z Wami przepisem na to cudo.

 

PLANETARNY ROBOT KUCHENNY – CZY TO MA SENS?

Ok, przyznaję. Byłam sceptyczna. Ale to tylko dlatego, że gotowanie mnie stresuje :D Moje gotowanie to warzywa wrzucone na patelnie grillową i ugotowanie kaszy w garnuszku. Nie do końca kumałam, po co wydawać tyle kasy na sprzęt, skoro to wszystko co on robi – można zrobić samemu. No i dopiero kiedy sobie zaczęłam go testować, odczułam różnicę i przede wszystkim zobaczyłam, jak taki sprzęt ogarnia to, czego ja robić nienawidzę. Kroić, siekać, wyrabiać, miksować, ścierać.

Kenwood Chef XL jest sprzętem dość dużym i ciężkim. Osobiście nie miałabym go póki co, gdzie przechowywać – a szkoda. Czy to jednak wada? Raczej nie. Nikt nie oczekuje przecież, że coś co ma w sobie tyle funkcji i nazywa się robotem – będzie wielkości jabłka ;) To, że jest ciężki to tylko i wyłącznie zaleta. Sprzęt podczas używania, stoi stabilnie na blacie, nie rusza się i nie przesuwa po powierzchni. Moc sprzętu – ogromna bo aż 1200 W. Może właśnie dlatego, wyrabianie ciasta ręką a robotem, to dwie zupełnie inne bajki i inny efekt końcowy.

 

 

Zalet jest ogrom. Duża, pojemna misa. Osłony przeciw chlapaniu. Regulacja prędkości. Wysoka jakość sprzętu. Robot jest sprzętem multi zadaniowym. Ogarnie za nas wiele kuchennych czynności i w dodatku – zrobi to lepiej. Marka Kenwood zdecydowanie stawia na jakość i funkcjonalność i to widać po ich urządzeniach. Mam nadzieję, że to nie jest ostatni raz, kiedy mam przyjemność korzystać z ich sprzętów.

Kiedy pokazywałam Wam robota na stories, odpisywałyście, że również taki posiadacie i nie wyobrażacie sobie bez niego życia. I wiecie co ja stwierdzam? Że póki czegoś nie mamy, to twierdzimy, że jest nam to niepotrzebne :D A jak już czegoś spróbujemy, to ciężko potem wrócić do rzeczywistości, w której tego nie ma. Cóż – ja z bólem serca, muszę do niej wrócić i pożegnać się z robotem, ale… to była fajna przygoda i cieszę się, że dzięki niej, mogę Wam teraz podrzucić przepis na obłędne pesto! Mam nadzieję, że spróbujecie zrobić je w domu – z robotem, lub bez :) Uściski!