Szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko.

23 października 2014

Odkąd wyprowadziłam się od rodziców, przynajmniej raz w tygodniu, rozmowa z moją mamę przez telefon brzmi mniej więcej tak : „Mamo, nie mogę teraz rozmawiać. Pola od 5 tylko miączy, jęczy, buczy, nie mogę nic zrobić, stoi mi ciągle przy nodze, oddzwonię później”. Ileż mi czasu zajęło, by zrozumieć, że te dni, choć były rzadkością nie wynikały ze złego humoru mojego dziecka, a z mojego. Które dopiero powodowało, że dziecko również miało „gorszy dzień” . Z mojej winy. Nie z winy pogody, nie z winy ząbkowania. Długo nie rozumiałam tych wszystkich wpisów na blogach, artykułów, że dziecko wyraża w taki sposób potrzeby. No jak to? Jęczy, bo wymyśla – myślałam czasem. Dziś ewidentnie mi wstyd i przyznaję się do błędu. Z ręką na sercu mogę stwierdzić : moje dziecko nie ma złych dni. To ja je mam. To ja mam dni, w których brak mi cierpliwości i snu i na jęknięcie dziecka, które czegoś ode mnie chcę, reaguję pewnie tak jak zawsze, ale na pewno z wyczuwalnym stresem w głosie, które dziecko czuje i samo staje się nerwowe. Doszło to do mnie dobitnie dzień po dniu.

21.10. godzina 5:00 – słyszę popłakiwanie z pokoju. Ciężko mi wstać, czuję się jak pijana, a migrena jak nigdy dotąd rozwala mi głowę. Mam miesiączkę boleśniejszą niż 9 cm rozwarcia, aczkolwiek to marne porównanie biorąc pod uwagę fakt, że przy 9 cm byłam po prostu zmęczona, a przy skurczach zaciskałam zęby raz po raz się uśmiechając. Do rzeczy. Wstaję i jestem zdenerwowana. „Dlaczego ona się już obudziła?!” , w drodze do jej pokoju rzucam kilkoma przekleństwami i czuję…że łzy cisną mi się do oczu. Za oknem ciemno, mam dość. Automatycznie czuję jakby moje życie legło w gruzach i sama nie wiem czemu. To już nie istotne, że pewnie wstałam lewą nogą. Wolałabym nie wstać wcale i w tym łóżku zdechnąć. Serio. Czułam się tak okropnie, że wstanie do dziecka wydawało mi się jakoś niemożliwe i mega ciężkie niczym przebiegnięcie jakiegoś okropnie wymęczającego maratonu. Pierwszą godzinę po wstaniu byłam mega wkurzona. Mogłabym wtedy przysiąc, że na dziecku sie to nie odbija – przecież na nią nie krzyczę, nie szarpię. Jest spoko. To czemu tylko chodzę i zamiast jej śpiewać, noszę, marząc o tym, by zasnęła. Szybko się opamiętałam wkładając głowę pod strumień lodowatej wody, mówiąc sobie „Cholera dziewczyno ogarnij się!” Ten dzień jednak odbił się na dziecku mimo zabaw i mimo uśmiechu. W środku gdzieś tam tkwiło poddenerwowanie. A uświadomił mi to dzień następny.

22.10. Godzina 5:40. Pojękiwanie z pokoju. Otwieram oczy. Jakoś tak smutno. Ale nie boli mnie już głowa, nie jest jakoś aż tak bardzo wcześnie, choć za oknem nadal ciemno. Pospałabym jeszcze, ale… wstaję na równe nogi i witam Polę szczerym uśmiechem. Przytulam mocno i zabieram do swojego łóżka. Wydurniamy się jak najlepsze przyjaciółki. Całuję ją w poliki i gilgoczę tak jak lubi. Raz po raz pokazuje mi swoje dwa małe ząbki. Jest cudownie. Robię jej mleko, ale nie odkładam jak zawsze do swojego łóżeczka. Chcę być przy niej. Je, ale nie zasypia. Obdarowuje mnie mlecznym uśmiechem. Biorę ją na ręce i zaczynam śpiewać. Po chwili zaczynamy bawić się na macie. Mija jedna godzina, druga, trzecia, czwarta. Ani razu nie pomyślałam o tym, by iść spać mimo, że co 5 minut zdarza mi się ziewnąć. Po 5 godzinach…zasypia w moich ramionach. Nie kładę się spać. Jest już tak jasno, że i tak by mi się to nie udało. Zabieram się za szybkie sprzątanie. Co prawda tylko zamiotę, bo odkurzacz, by ją obudził, wyczyszczę lustro w wc i pomyję naczynia, ale takie małe ogarnięcie z pewnością wystarczy. Robię je kilka razy dziennie. Przede mną jeszcze sterta rzeczy do wyprasowania, ale z uśmiechem olewam to i idę do łazienki zrobić sobie makijaż…po prostu żeby czuć się lepiej. Pomału zaczynam prasować i przygotowuję sobie listę zakupów. Siadam do laptopa nadrabiam wiadomości, piszę wpis na bloga…jestem taka spokojna. Mimo, że gdzieś tam obok dzieją się rzeczy, które mnie martwią, sprawy bardzo prywatne…nie myślę o tym. To nic nie da. Na martwienie zawsze znajdzie się czas, ale na ten spokój, który jest teraz we mnie…niekoniecznie. Chcę się nim delektować. Czasu nie ma dużo, wiem, że zaraz się obudzi dlatego wszystko robię w przyspieszonym tempie. Po godzinie przebudza się…gdzieś tam po jej pobudce następuje motyw z laptopem, który mocno ucierpiał przez moją nieuwagę, a co za tym idzie nieuwagę Poli. Przez chwilę zaciskam zęby. To nowy, drogi sprzęt. Cholera! Szybko się uspokajam, mam nauczkę. Odkładać sprzęty tak, by nie były w zasięgu ręki dziecka. Jeszcze chwilę przypatruję się szkodzie po chwili mówiąc sobie „Spokojnie Alicja, to tylko głupi laptop” . Biorę 3 wdechy i mija. Ściskam ją mocno, całuję… Czekamy na F. mam sporo pracy, a wiem, że ona potrzebuje uwagi i towarzystwa… cierpliwie jednak czekam i skupiam się na miłości…

Wieczorem rozmawiam o tym z siostrą. „Wiesz od rana spędziłam z nią 5 godzin na noszeniu, zabawie itp. Była taka grzeczna. Co prawda nic nie zrobiłam…” Na co siostra odpowiada mi „Coś kosztem czegoś Alicja…”. Zgodnie stwierdzamy, że to właśnie w tych momentach kiedy dziecko potrzebuje naszej uwagi, wdrapuje nam się na nogę, a my jedyne co mamy na głowie to obowiązki…to wtedy tracimy cierpliwość, stajemy się poddenerwowani, a dziecko zaczyna to odczuwać. Powodujemy u niego ten  „gorszy dzień”. Najgorsze jest to, że takich sytuacji nie unikniemy. Możemy starać się najbardziej jak potrafimy. Ale żyjemy w czasach, w których dziecku nie można poświęcić się w stu procentach jeśli na głowie mamy mieszkanie, pracę, co niektórzy jeszcze studia i masę innych obowiązków. Siostra często mówi, że zazdrości kobietom, które nie muszą pracować zarobkowo, bo mają one niesamowicie mnóstwo czasu dla swoich pociech. Ja jednak myślę inaczej…Czy tak bardzo cieszyłyby nas te 4 niedziele w miesiącu gdybyśmy miały je codziennie? Czy jest tu ktoś komu rodzic poświęcał uwagę 24 h i nie skupiał się na niczym innym? Wątpię. Czy ktoś czuje się jakoś przez to skrzywdzony ( nie mówię o skrajnościach) …również wątpię…

Szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko. To niepodważalny fakt. W większości to od nas zależny jest humor naszego dziecka. Co prawda zdarzają się sytuacje, że choćbyśmy nie wiadomo jak się starały, nie pocieszymy dziecka, kiedy cierpi, kiedy coś je boli. To jest druga strona medalu. To są te sytuacje, w których rzeczywiście mamy niezbyt duży wpływ na zachowanie dziecka. Ale w większości ten wpływ mamy…dlatego trzeba mocno pracować nad organizacją swego dnia. By znaleźć czas na wszystko. Miłość, obowiązki, naukę i pracę, a przy tym nie zwariować i nie dać się ponieść emocjom. Czasem tego nie potrafię. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. I nie możemy pluć sobie w brodę, że często pogodzenie się wszystkiego się nam nie udaje. Doba jest stanowczo za krótka, wiem o tym. Ale dobra organizacja i dobre nastawienie to już połowa sukcesu. Dzięki temu drugiemu, nawet jeśli będziemy kłaść się z poczuciem, że nie zrobiłyśmy wszystkiego co miałyśmy zrobić…będzie nam lepiej.

  • Hej! Napisz kiedyś o tym, jak organizujesz sobie czas. Jesteś od sąsiadów… Mieszkam w Bydgoszczy. Gdybyś znała coacha od organizacji czasu to ja chętnie skorzystam. Musze pracować – pensja męża nie wystarczy a dwoje dzieci i jesteśmy bez pomocy darmowej (typu babcia). Musze to jakoś sensownie ogarnąć, bo nie damy rady a brakuje mi pomysłów. To daje nieźle po nerwach niestety. Pozdrawiam i czytuję regularnie :)

    • Alicja Wegner

      Witam, niebawem coś napiszę na ten temat :)

  • asia

    zgadzam się z Twoimi słowami w 100%!
    nic dodać nic ująć
    pozdrawiam :)

    • Alicja Wegner

      Pozdrawiam! :)

  • Angelika

    Twoje teksty ostatnio są bardzo ciekawe i mam takie wrażenie jakbyś z dnia na dzień co raz to bardziej dojrzewała. Co do tego wpisu – święta racja. Sama często narzekam, że dzieci są niegrzeczne, że „miączą”, a tak na prawdę robią to wtedt gdy mój grafik obowiązków jest napięty , a ja spięta.

    • Alicja Wegner

      Tak chyba jest – dojrzewamy z dnia na dzień co raz to bardziej :)

  • uwaga-pobudka

    Zgadzam sie i u nas jest tak samo :)
    Synus ma milion razy lepszy humor gdy jestem wyluzowana i szczesliwa a wtedy on cieszy buzke, i tak w kolo :) jedno napedza drugie.

    • Alicja Wegner

      No właśnie dlatego mimo tego natloku obowiazkow trzeba wiedziec, by nie przesadzic z nerwami, bo i one przelewają się na nasze dziecko. :)

  • Magda

    A co mysleć o skrajnosci typu: „za bardzo jestes za dzieckiem, jestes na każde jej jęknięcie”?? Zastanawiam się wciąż czy robie coś źle :( Jestem przez to bardzo zmęczona bo mam oprócz córeczki wielki dom do ogarniecia (nie umiem sie zdecydowac na zatrudnienie pomocy domowej, chocby co sobote) i….. oprocz tego jestem w kolejnej ciąży :) Ale nie jestem przez zajmowanie się nią podirytowana bądź zła. Mimo zmęczenia fizycznego warto się zająć tak „maxymalnie” dzieckiem. Z ręką na sercu mówię- ani razu nie miałam na córeczkę nerwów. I mysle, ze jest efekt takiego podejscia- ona jest bardzo spokojna, rezolutna, ma poukładany dzien, bez problemow zasypia, itd. Ma 14 miesięcy, ładnie mówi juz sporo słów, dokancza kilka (moze 4-5) wierszyków- w sensie ostatnie wyrazy w zdaniu :) I ostatni nasz hit- zna kolor żółty!!! :P Ma dziewczyna potencjał, hehe….