Świat poza dzieckiem.

12 marca 2015

Zanim urodziłam Polę zastanawiałam się jak to będzie. Czy oszaleję na jej punkcie do tego stopnia, że nie będzie liczyło się dla mnie nic innego, czy może zmienią mi się po prostu priorytety, ale w dalszym ciągu nie zamknę się na świat.

Moja miłość do dziecka miała różne wymiary. W ciąży pisałam do niej listy, ale nie głaskałam obsesyjnie brzucha. Rozczulały mnie ruchy, ale nie śpiewałam kołysanek. Kiedy ktoś nie pytał mnie o ciążę, sama do niej nie nawiązywałam. Nie odczuwałam takiej potrzeby. Najlepiej czułam się sam na sam z moim brzuchem. W towarzystwie raczej nie lubiłam usilnie zwracać swojej uwagi jakbym chciała krzyknąć ” Hej patrzcie! Jestem w ciąży”. Nie domagałam się specjalnego traktowania i pierwszeństwa w kolejce. Swoje uczucia najchętniej przelewałam na papier, w dalszej kolejności na blog, nie mając początkowo pojęcia, że kogokolwiek to zainteresuje.

Po porodzie bywało różnie. Pierwsze zetknięcie się z małym ciałkiem było dla mnie wstydliwym, a zarazem najpiękniejszym momentem w moim życiu. Do tej pory łzy ciekną mi ciurkiem kiedy sobie o tym przypominam. Po powrocie ze szpitala miałam kilka dni babybluesa kiedy to dziecko zdawało się przybrać postać obcego. Całe szczęście stan ten szybko minął i mogłam już w pełni delektować się macierzyństwem. Początkowo mieszkałam u rodziców. Pola była mała więc kiedy wieczorami spała, ja wyskakiwałam na trening na siłownię, jej dzienne drzemki wykorzystywałam na naukę i blogowanie. Wszystko zmieniło się w momencie kiedy przeprowadziłam się z F. i Polą do miasta i właściwie nie miałam już opieki pod ręką, a Pola lada dzień zaczęła śmigać na nogach. Zatraciłam się. A może poddałam lenistwu. A może w sumie nie mogłam postąpić inaczej. F. pracował do późna więc zrezygnowałam z siłowni. Kiedy wracał , a Pola zasypiała nie miałam już ochoty na żadne wyjścia. Ani na siłownię, ani na piwo z koleżanką – tak matki wbrew pozorom czasem piją alkohol. Nie sprawiało mi to problemu, aczkolwiek po pewnym czasie zaczęłam odczuwać, że tak jak poświęciłam się dziecku, tak kompletnie zaczęłam olewać wszystko inne. Kiedy to do mnie dotarło wzięłam się w garść i znów zaczęłam organizować sobie wszystko tak, by poza dzieckiem skupić się też na sobie. Zaczęłam trenować w domu, a raz na miesiąc zdarzało mi się z F. poprosić teściową, by przyszła na 2 godzinki kiedy Pola zasypiała, a my w tym czasie szliśmy albo do kina, albo na kolację w restauracji. Były to sporadyczne wypady, ale dawały nam niesamowitą energię i odświeżały relacje między nami. Przestałam unosić się dumą i kiedy raz na miesiąc chciałam wyjść do kosmetyczki na paznokcie to po prostu dzwoniłam do mamy. Nie. Nie jestem egoistką, dla której dziecko to tylko dodatek. Mimo tego, że nie mam totalnego fioła na punkcie swojego dziecka, to kocham je tak jak każda inna matka. Kocham je przytulać kiedy wstaje, całować. Zdarzało mi się uronić łzę kiedy wyjechałam do Holandii na kilka dni i w kurtce znalazłam jej małe rękawiczki.

Nie zgadzam się na twierdzenie, że czas we dwoje bez dziecka to egoizm. Nie zgadzam się też na twierdzenie, że jeśli ktoś chce wciąż wychodzić do restauracji czy do kina to nie powinien decydować się na dziecko. Nie wszystkim kobietom świat kończy się na dziecku. Ja poza dzieckiem widzę o wiele więcej. Widzę siebie, widzę swój związek, widzę swoje zainteresowania i pasje. Nie śmiem też stwierdzić, że dziecko jest moją największą miłością, bo każda miłość jest inna. Inną miłością kocham narzeczonego, inną Polę, a inną rodziców. I każda ta miłość jest wyjątkowa na swój sposób.

Nie mogłabym w pełni oddać się dziecku, porzucając w imię wychowania swoje marzenia i swój rozwój zawodowy. Szanuję taką decyzję innych mam, mając dużą nadzieją, że nie robią tego wbrew sobie, a jedynie dlatego, że jest to to czego pragną.

I tak jak pisałam wczoraj na FP :

„Nie jestem jedną z tych mam, które na pytanie „Co u Ciebie” odpowiadają, że mojemu dziecku wyszedł kolejny ząb. Nie płaczę z tęsknoty po godzinie spędzonej bez dziecka i nie mam potrzeby pisania całemu światu jakie jest piękne i kochane. Nie stoję nad łóżeczkiem godzinami kiedy śpi i nie podziwiam jej piękna, bo wolę wykorzystać ten czas na odpoczynek po całym dniu spędzonym z nią. Dziecko nie jest całym moim życiem i nie miałabym problemu z miejscami, do których maluchom jest wstęp wzbroniony, bo patrząc na to, że płaczące dzieci są prawie wszędzie z miłą chęcią zjadłabym z narzeczonym kolację gdzieś gdzie nie słyszę co chwilę marudzenia znudzonego dziecka. Jeśli robiłabym wesele zdecydowanie nie zaprosiłabym na nie dzieci i sama nie czułabym się oburzona gdyby ktoś z dzieckiem nie pozwolił mi przyjść na swoje. Nie kocham do szaleństwa, nie kocham tak, że przysłania mi to wszystko inne. Wciąż jestem też przede wszystkim kobietą, narzeczoną, studentką i córką. Wciąż poza macierzyństwem liczy się dla mnie mnóstwo innych rzeczy… Kocham na swój własny, indywidualny sposób. Z całego serca…i mimo, że w towarzystwie nie tulę Poli jak inne matki swoich dzieci jak gdyby nigdy nie robiły tego w domu to na myśl, że ktoś mógłby ją zranić załącza mi się agresor, który daje mi do zrozumienia, że w jej obronie mogłabym nawet zabić.

I w takich chwilach stwierdzam, że miłość matki do córki jest rzeczą niezbadaną, wyjątkową. Bo mimo, że nie wszystkie wariujemy na punkcie swoich pociech to chyba każda z nas wskoczyłaby za nimi w ogień. Każdej z nas łamie się serce kiedy nie możemy im pomóc… i chyba to w tym wszystkim jest najbardziej wyjątkowe i fascynujące…”

Rodzina jest dla mnie całością, ale żaden jej członek nie stanowi dla mnie przeszkody w czymkolwiek. Istnieje dla mnie świat poza dzieckiem , w którym dbam o swój związek i widzę siebie i F. nie jako rodziców, a jako parę. Widzę siebie nie tylko jako matkę, ale też jako kobietę, blogerkę, córkę i studentkę. Spędzam ze swoim dzieckiem całe dnie i noce czasem wyskakując do kosmetyczki, czasem wyskakując samotnie na zakupy i czasem wyskakując do restauracji. Co prawda zliczę takie wyjścia w miesiącu na palcach jednej ręki, ale pozwalają mi one złapać oddech, zrelaksować się i nabrać energii na kolejne dni. Bycie dobrą narzeczoną, zarabiająca blogerką i kształcącą się wciąż studentką pozwala mi być najlepszą matką dla mojego dziecka. Spokojną, cierpliwą i kochającą. Taką, która nie podnosi głosu, taką, która godzinami bawi się klockami i czyta bajki. Nie potrzebuję robić tego na pokaz wśród innych ludzi. Śmiem też twierdzić, że Ci którzy najgłośniej krzyczą i publicznie pokazują swoją miłość, w domu mogą mieć zupełnie inne twarze. Jestem matką idealną dla swojego dziecka i wystarcza mi świadomość, że moje dziecko doskonale o tym wie. Nie muszę w kolejce w sklepie zachwycać się na głos nad pięknem swojej córki, a na spacerach nie muszę mówić „Kocham Cię ! ” tak żeby każdy słyszał jak wielkim uczuciem pałam do swojego dziecka. Robienie czegoś pod publiczkę mnie nie kręci, zwłaszcza jeśli chodzi o uczucia.

Mogę sobie mieć swój świat poza dzieckiem, co nie znaczy, że nie zajmuje ono największego miejsca w moim sercu. Mogę mieć swój świat, do którego dziecka nie wpuszczę, np. na romantyczną kolacje we dwoje, co nie znaczy, że moja relacja z nim jakkolwiek na tym ucierpi. Ktoś ładnie mi wczoraj napisał, że przesada w jakąkolwiek stronę nie jest dobra… i tego staram się trzymać. Nie jest sztuką oddać się komuś/czemuś w całości olewając wszystko inne co również ważne. Sztuką jest umieć wszystko wypośrodkować w taki sposób, by każdy element układanki idealnie do siebie pasował.