Pułapka związku idealnego

10 listopada 2015

Ostatnio zrozumiałam. Zrozumiałam co była jedną z przyczyn kryzysu w moim związku. Sugerowanie się tym, że wszędzie jest tak prawie „idealnie”. Patrzenie na innych i nie rozumienie, że to co widzą osoby trzecie jest tylko małym ułamkiem tego co dzieje się u ludzi w 4 ścianach. A jeszcze częściej są to tylko pozory…

Popadłam kilka miesięcy temu w jakieś mega kompleksy. Kompleksy dotyczącego tego co jest między mną, a F. Wiecznie porównywałam nas do innych, zazdrościłam. Nie wiedziałam nawet, że mam o niebo lepsze życie od tych ideałów, którym zazdroszczę. Rozejrzyjcie się po mieście, rozejrzyjcie się w internecie. Uśmiechnięte pary, publiczne wyznania miłości. Ja też to robię, ale tylko wtedy gdy rzeczywiście to czuję. Jak się okazuje – niektórzy robią to po to, by samemu uwierzyć, że jest zajebiście, podczas gdy tak naprawdę … nie jest. Wydawało mi się, że mam beznadziejne relacje z moim narzeczonym, że źle mnie traktuje. Ale to była gówno prawda. Moje wyobrażenia na temat związku były jak z filmu dla nastolatków. Dołóż do tego koleżanki w „idealnych” związkach i kompleks gwarantowany.

Dzisiaj do tych wszystkich tekstów, jacy to mężowie moich koleżanek są idealni, jakie to one są niezależne i jak to facet im się podporządkowuje podchodzę z dystansem. Prędzej czy później wychodziło na jaw, że te co najbardziej szczekały o swojej niezależności, najczęściej dostawały od faceta okazyjnie po mordzie. Ale szczekać trzeba – dla lepszego samopoczucia i dla poczucia „jestem lepsza i mam lepiej od Ciebie”.

Nie raz zdarzało mi się zazdrościć i mówić np. do siostry ” A zobacz na nich…zobacz jak on się do niej zwraca w towarzystwie, a zobacz sam robi jej zdjęcia”. Ale jakiś czas później okazywało się, że ten fajny chłopak miał od groma innych wad, które dla nas były nie do przyjęcia. Wniosek? Nigdy nie wiesz jak związek wygląda naprawdę… Oceniasz tylko to co widzisz. A widzisz zaledwie czubek góry lodowej.

Słuchałam ze smutkiem jak to faceci się nigdy nie buntują, spełniają wszystkie zachcianki, zawsze we wszystkim pomagają. Przestałam doceniać skarb, który mam pod dachem, bo wymagałam gdzieś tam po cichu tego samego. Cioty, która jest na każde Twoje pierdnięcie. Nie. Z perspektywy czasu – wcale tego nie chcę. W domu ma być jedna kobieta, a nie dwie. A nie nazwałabym inaczej takiego faceta-misia, który tylko gładzi Cię po głowie, pędzi do kuchni w sekundę, gdy go o to poprosisz i sam ciągle mówi ” Kochanie wróciłem właśnie po 15 godzinach z pracy, a teraz sprzątnę cały dom, ugotuję obiad, pomaluję Ci paznokietki żabko…”. W mężczyznach lubię stanowczość, umiejętność sprzeciwienia się, powiedzenia czasem „Nie”. Lubię zdolność do dyskusji z kobietą bez ulegania i potwierdzania bezmyślnie jej wszystkich argumentów. A poza tą stanowczością lubię czułość, rozmowy i po prostu bycie.

Kiedyś jedna z koleżanek, na każdą kłótnię z moim partnerem reagowała „Jezuuu, zostaw goo!”. Miałam potem przyjemność spędzenia czasu z nią i jej mężem. Byłam niezwykle rozbawiona, kiedy uświadomiłam sobie, że ktoś sugeruje zostawić mi faceta, bo powiedział mi, że zachowuję się jak chora (co w sumie było prawdą), a tymczasem ta sama koleżanka jest z facetem, który WIECZNIE komentuje inne dziewczyny, jara się gołymi tyłkami w telewizji, chleje po kilka piw dziennie i ogląda w internecie pornosy. Dodatkowo traktuje swoje dziecko jak powietrze. No i widzisz droga koleżanko. Może i mój narzeczony powie mi czasem, że zachowuję się jak chora, ale przynajmniej nie zachowuje się jak wygłodniały nastolatek…Aha! No i wbrew pozorom – nie każdy ogląda porno. To tylko tłumaczenie kobiet, których faceci to robią. Jak facet ma porno w swojej własnej sypialni, to po kiego grzyba ma je oglądać w internecie. Brzmi logicznie? No całkiem.

Dystans. Tego nauczyłam się w ostatnim czasie. Bo na 5 związków, które były dla mnie idealne i były wzorem – te 5 okazało się totalnym dnem. Kłótnie, awantury i generalnie jeden wielki KRYZYS. A love? Love było, ale w internecie, na zdjęciach. Co dobrego z tego wyniosłam? Wdzięczność. Za to co mam. Bo jak się okazało nie muszę nikomu nic zazdrościć. Daleko mi i F. do ideałów, wciąż nad nami pracujemy – ale mogę dziś z ręką na sercu powiedzieć, że mam pod dachem skarb. I jeszcze kilka miesięcy temu nie byłabym tego taka pewna. Dziś jestem i cholernie doceniam. Każdego dnia, w każdej minucie. Zrozumiałam, że muszę nareszcie rozróżnić prawdziwą miłość w realnym życiu od tej filmowej, słodko pierdzącej all the time. Ostatnio koleżanka napisała mi w rozmowie „Masz dobrze. Co z tego, że Ci czasem nudno jak cholera, nie masz się czasem do kogo odezwać itp. Ale i tak Ci zazdroszczę”.

I nie mam potrzeby ściemniania całemu światu o swojej niezależności i jego uległości. O wiele bardziej wolę pochwalić się tym, że mój związek to jeden wielki KOMPROMIS. I w moim związku myśli się o potrzebach oby dwóch osób…a nie tylko jednej.

A związki idealne? Nie istnieją. Niektórzy po prostu muszą czasem to wmówić całemu światu…żeby samemu w to uwierzyć… a wieczorem ponownie popłakać się w poduszkę.