Sprzęty, które ułatwiają życie każdej kobiecie! No… prawie każdej

24 lutego 2017

Życie matki-polki to jazda bez trzymanki. Ba! Ogólnie, życie kobiety to jeden wielki rollercoaster. Niby się mówi, że kiedyś to kobiety wszystko musiały ogarniać bez tych technologicznych pomocy i dawały radę. To prawda, ale w dzisiejszych czasach, jednak tempo życia zwiększyło się dziesięciokrotnie, a kobiety prócz obowiązków domowych, zajmują się teraz jeszcze karierą…

I weź tu kobieto teraz nadal chodź nad rzekę, pierz ręcznie, a dziecko odziewaj tetrą. No nie da się. No trzeba sobie życie ułatwiać, nawet jeśli mamy zaoszczędzić dzięki nim 10 minut – to serio warto. Bo dziesięć minut w dzisiejszych czasach, to cholernie dużo.

Ogólnie jakąś gadżeciarą wielką nie jestem. Jeśli chodzi o postęp technologiczny, to też na czasie zbytnio nie jestem. Mam w domu kilka podstawowych przedmiotów, które już jak się przyjęło, są w prawie każdym domu czymś normalnym. Człowiek przyzwyczaił się do nich tak bardzo, że już nie wyobraża sobie bez nich życia. Ale raz na jakiś czas, jako ludzie, którzy próbują nowych rzeczy i starają się iść z duchem czasu – próbujemy nowości i… albo uznajemy coś za niewypał, albo… wręcz odwrotnie – wpisujemy kolejny przedmiot na listę rzeczy, które już mieć musimy.

A więc drogie kobiety. Oto moja lista sprzętów, które ułatwiają mi życie każdego dnia. Spróbujcie sobie wyobrazić tylko, że ich nie ma…

 

ZMYWARKA

W swoich dwóch pierwszych mieszkaniach, które wynajmowałam, zmywarki nie było. I dałam radę. Wszystko myte ręcznie, a że po trzech dniach, kiedy wszystko wypadało już ze zlewu – kto by się przejmował. Ze sprzętami jest tak – przeżyjesz bez nich, póki ich nie zasmakujesz. Jak już będziesz je mieć chociaż przez chwilę – kaplica. Będziesz musiał mieć już zawsze. W obecnym mieszkaniu, które mam zmywarka jest i serio już nie wiem jak ja mogłam zmywać wszystko ręcznie! No a mogłam… musiałam, wyboru nie miałam. To zmywałam.

 

ODKURZACZ

Ja wiem, że jest miotła, jest szufelka itp… ale no ja miotłą posługiwać się chyba nie umiem, wybaczcie, ale nie umiem! Lecę z nią przez salon, jestem już w sypialni, wracam do salonu i co? Tu coś leży, tu paproch, to okruch. No nie ogarnę wszystkiego kilkoma włosami i zawsze mi coś przemknie pod szufelką. A odkurzacz – raz, dwa, wciągnie wszystko. A jeszcze taki fajny mam, że wszystko wpada do takiego pojemnika przy rurce, a nie do worka i worka chyba od dwóch lat ani razu nie zmieniłam. Pewnie powinnam, ale … nic w nic nie ma O.o

PROSTOWNICA

Kto ma typ włosa na głowie, jaki mam ja – zrozumie mnie doskonale. Kobiety posiadające włos, który faluje w moment po wyjściu z domu, zrozumieją, że trzeba choć trochę podprostować włosy przed wyjściem, no innej opcji nie ma. I choć moja prostownica zaczyna już rozpadać się na kawałki, to z sentymentu jakoś ciężko wyrzucić. Zakupiona na wagarach, z pieniędzy uciułanych z cotygodniowego kieszonkowego. Trzy stówy na licealne czasy i prostownica brauna – no serio ludzie, to było coś.

 

PRALKA

Niby to takie oczywiste. Ale ja na pierwszym wynajmowanym mieszkaniu jej nie miałam! Wyobrażacie sobie?! Ratował mnie tylko fakt, że teściowa mieszkała blok obok i mogłam na lajcie podskoczyć z torbą ciuchów, wrzucić do pralki – a kochana teściowa przynosiła mi wszystko wyprasowane. Ach. Stare, dobre czasy. Obecnie to ja mogę jedynie poprosić sąsiadkę o użyczenie mleka. Do kogokolwiek bliskiego mam jakieś 260 kilometrów. Z praniem byłoby ciężko.

 

NAWIGACJA GPS

No dobra już nieważne czy w telefonie czy nie. Ale ja z nawigacją to poruszam się nawet idąc na nogach ulicą. W Warszawie nie da się inaczej! A jeszcze jechać gdzieś autem – zapomnij! Na pamięć jeżdżę tylko do przedszkola. Każda trasa powyżej 5 kilometrów, czy każda nieznana ulica nawet kilometr dalej to już misja, która wymaga po prostu nawigacji. Koniec kropka. Zadziwia mnie mój tata, który od lat porusza się tylko za pomocą papierowych map – nieważne czy to Polska, Niemcy czy Czechy. Ja potrzebuję nawigacji żeby wybrać się do Arkadii. Do której mam prostą drogę…

 

POWER BANK

No dobra, bez ściemy. Bez niego akurat żyję, ale co to za życie z telefonem wciąż na resztce baterii. Bo instastory, bo e-maile, bo ciągle titające powiadomienia… Ale jak tu kupić takiego powerbanka…  Wciąż jakieś wydatki są ważniejsze, niż to małe gówienko, które kosztuje z jakąś stówę. Ludzie! Za stówę to ja mam żarcie na cały tydzień, dla całej familii ( oczywiście tylko pod warunkiem, że kupuję w auchanie, z kalkulatorem w ręce i gazetką promocyjną w drugiej).

 

BLENDER

Ja akurat posiadam urządzenie, które i miksuje i gotuje na parze i ogólnie … ułatwia mi życie. Mam ochotę na koktajl – wrzucam wszystko co mam pod ręką i mam koktajl. Mam ochotę na omlet z płatków owsianych – wrzucam miksuję i mam. Mam ochotę na puree z groszku – wrzucam i mam. Wszystko w kilka sekund. Ułatwia życie? No pewnie, że ułatwia. I jeszcze służy osobom, które chcą się zdrowo odżywiać!

 

 

PRASOWACZ PAROWY

Moje świeże odkrycie. No dobra. Wiem, że to żadna nowość i wszystkie blogerki pokazywały ten sprzęt już lata świetlne temu, ale ja zawsze jestem ze wszystkim do tyłu. Miarka przebrała się przy ostatnim prasowaniu tradycyjnym żelazkiem, kiedy znów po prasowaniu t-shirtów F. miałam odciski na dłoniach. Całkiem możliwe, że ubrania prasowało mi się tak ciężko przez to, że wszystko czekało pogniecione na parapecie jakieś dwa tygodnie, ale no… mimo wszystko nie powinno być to tak ciężkie! Jeszcze jak Polka była mała, to owszem – uwielbiałam prasować te małe bodziaki, pajacyki… ale teraz. Teraz moja doba jest tak krótka, że naprawdę… przestałam prasować! Poli prasuję codziennie na bieżąco, to co ubiera do przedszkola, na mnie wszystko samo się rozprostowuje. Tylko te t-shirty i koszule F… no to muszę prasować, nie ma, że boli. A boli! Fizycznie i psychicznie. Żelazko to mój wróg number one. Ale koniec… koniec tego dramatu. Nadal pewnie nie będę prasować wszystkiego na bieżąco, ale jeśli już czasem muszę to niech to chociaż będzie przyjemne… a będzie. Bo w moim domu zawitał teraz nowy gość – i ja tego gościa bardzo, ale to bardzo lubię! Zwie się SteaMaster i sądzę, że będziemy z nim żyć długo i szczęśliwie.

Szczerze mówiąc, jak to ja – podeszłam do sprzętu sceptycznie. Ale spróbowałam. I powalił mnie fakt, że koszulę można wyprasować tak szybko i tak dokładnie – a co najlepsze  – nie wkładając w to zbyt wiele wysiłku. Sprzęt nie zajmuje, aż tak wiele miejsce, zwłaszcza kiedy złożymy rurkę teleskopową. Obawiałam się jedynie, że po pewnym czasie boli ręka, że sprzęt jest ciężki i że trzeba wkładać spory wysiłek, ale były to tylko obawy spowodowane przez żelazkową traumę :D Naprawdę, z ręką na sercu polecam, a jednocześnie łączę się w bólu ze wszystkimi, którzy widząc żelazko dostają drgawek ;)

Konkretny model, który pokazuję Wam na zdjęciach to model EM 101. Wybrałam moim zdaniem najbardziej uniwersalny kolor, czyli srebrny. Sprzęt jest naprawdę solidny, łatwy do złożenia i łatwy w użytkowaniu. To na co producent zwraca uwagę to fakt, że należy używać wody destylowanej lub demineralizowanej – takową też zakupiłam. Wygniecione rzeczy takie jak koszule, prasuje się parą znacznie szybciej niż tradycyjnym żelazkiem, ale też znacznie łatwiej i lżej. To czego parą prasować nie możemy to tkaniny klejone, np. garnitury – pod wpływem gorącej pary, tkanina mogłaby się po prostu rozkleić.

Prasowacz parowy to przede wszystkim wygoda. Nie musimy rozstawiać żadnych desek, czekać na rozgrzanie żelazka. Prasowacz rozgrzewa się w ok. 40 sekund, a ubranie wieszamy na wieszaku i dopiero zaczynamy prasować je parą.

Zdecydowanie 5/5, choć ja już rozglądam się po stronie SteaMaster  i jeśli mam być szczera, to wygląd najnowszego modelu, zdecydowanie będzie musiał zagościć w moim nowym mieszkaniu!

 

A jak jest u Was kochane kobiety? Bez jakich sprzętów, gadżetów, nie wyobrażacie sobie życia? Jestem ogromnie ciekawa!