Pozornie szczęśliwy nastolatek, często płacze za zamkniętymi drzwiami…

5 czerwca 2015

Ostatnio rozmawiałam ze znajomą o tym, że stara się ona swojemu nastolatkowi zapewniać pewnego rodzaju swobodę i prywatność, której już potrzebuje. Rozmawiałyśmy o tym jak często nastolatkowie mówią nam, że w pewne rzeczy mamy się nie wtrącać. I wtedy my matki mamy dylemat. Bo albo jest to sygnał, że coś się dzieje, albo najzwyczajniej w świecie wszystko jest normalnie, a my jesteśmy zbyt nadopiekuńcze. Jak być zatem pewnym, że zamknięte drzwi pokoju nastolatka czy zapewnienie „Wszystko jest ok” jest rzeczywiście sygnałem, że jest spoko, a nie że jest fatalnie?

Pewnie to dziwne, że o nastolatkach pisze ktoś kto ma 15 miesięczne dziecko. Ale szybko wyprowadzę Was z tego zdziwionego stanu. O nastolatkach wiem obecnie dużo więcej niż niektóre mamy nastolatków. Głównie dlatego, że jeszcze całkiem niedawno sama nią byłam. I byłam mistrzynią kłamstwa, pozorów i udawanego szczęścia. Wszystko po to, by odwrócić uwagę rodziców od nastoletnich tragedii, które musiałam przeżywać sama.

Moi rodzice choć wspaniali i kochają mnie z całego serca – rozmawiać kiedyś ze mną nie umieli. Jeśli popełniałam błąd był krzyk i zero szansy na moje słowa wyjaśnienia. Z czasem więc przestałam im zwierzać się z czegokolwiek i żyć na własną rękę. Byłam przykładną córką i uczennicą. Stwarzałam pozory, że zawsze wszystko jest zajebiście. W ich oczach nie miałam problemów. Jeśli zamykałam się w pokoju to dlatego, że chcę chwili spokoju. Jeśli kładłam się spać to dlatego, że niby jestem zmęczona po szkole. A jeśli wychodziłam na dwór to zaczerpnąć powietrza. A gówno prawda. Kładłam się spać, bo miałam dość życia. Zamykałam się w pokoju, bo nienawidziłam ludzi. Wychodziłam na dwór wypić piwo, po czym pół godziny zabijałam jego smak, bo moja mama miała dobry węch, wzrok i intuicję. Z czasem jednak nauczyłam się być krok przed nią. Zakochiwałam się szybko i tak samo szybko dostawałam ciosy w serce. Cierpiałam każdego, pojedynczego dnia. Przez zawody miłosne, przez fałszywe przyjaciółki. Ale chyba najbardziej cierpiałam przez  przez problemy w szkole, o których pisałam tutaj. Jeśli czytaliście ten post to doskonale pamiętacie, że szkoła zrujnowała mi poczucie własnej wartości. Przeżywałam wiele rzeczy, które na tamten czas były dla mnie końcem świata. Miewałam myśli samobójcze, a kiedyś nawet spróbowałam opuścić ten świat. Byłam rozchwiana emocjonalnie. Byłam po prostu…chora.

Nie mam pretensji do rodziców, że nie reagowali. Nie mieli na co. Zawsze reagowałam szybciej niż oni. Jeśli dzień wcześniej się upiłam, to rano sama szłam się spytać czy ten wczorajszy obiad był na pewno dobry, bo chyba mi zaszkodził. Jeśli nie mogłam powstrzymać łez szłam i mówiłam, że chyba coś zaczyna pylić na dworze i dostanę zaraz szału. Byłam sprytna. I byłam też w tym całym cierpieniu samotna. Wiedziałam, że oni nie zrozumieją. Wiedziałam, że z nimi nie można usiąść i pogadać i powiedzieć „Boże mamo jestem tak nieszczęśliwa. Wypiłam wczoraj kilka piw, przepraszam”. Z tego wszystkiego oni usłyszeliby tylko ” kilka piw”, a następnie nie daliby mi dojść do słowa. To nie tak, że mnie zawiedli. To nie tak, że byli złymi rodzicami, bo obecnie mam z nimi taki kontakt i jest między nami tak bardzo dobrze, że często wieczorami płaczę z tęsknoty. Oni po prostu nie wiedzieli jak… Byli wychowani tak, a nie inaczej. Przez rodziców, którzy wiecznie nie mieli czasu. Przez rodziców, którzy od najmłodszych lat gonili ich do pracy. Nie mieli takich problemów jak ja, bo nie mieli na nie czasu. Pewnych rzeczy nie da się zrozumieć, jeśli rzeczywistość, w której się żyło była zupełnie inna.

Nie mam żalu i nie mam pretensji. Mimo wszystkich młodzieńczych tragedii wyszłam na ludzi i śmiem stwierdzić, że jest ze mną wszystko ok. Spełniam się, realizuję, a każda porażka była dla mnie lekcją. Wiem jednak, że dzięki swoim doświadczeniom będę o wiele bardziej uważną matką. Nie przewidzę wszystkiego to oczywiste. Ale postaram się o jedną najważniejszą rzecz, o którą proszę też Was. Bądźcie dla swoich dzieci przyjaciółmi. Jeśli na ich błędy chociaż raz zareagujecie krzykiem – one więcej nie przyjdą. Nikt nie lubi zwierzać się po to, by być za to skarconym. Chociaż zamykamy się w pokojach i udajemy, że jest ok to potrzebujemy Was rodziców cholernie. Nie dla głupich pytań wkraczających w naszą prywatność, a dla swobodnych rozmów o wszystkim i o niczym. Potrzebujemy Waszego nagłego uścisku nawet jeśli odpowiemy „No weź przestań”. Po prostu Was potrzebujemy, nawet jeśli udajemy, że tak nie jest. Nie musicie wiedzieć wszystkiego o swoich nastoletnich dzieciach. Nie na tym rzecz polega, by wiedzieć o nich wszystko. O pewnych rzeczy dorastające dzieci nie mówią. Ale więź, którą wytwarzacie z dzieckiem, poczucie bezpieczeństwa, które mu dajecie sprawi, że przy popełnianiu błędów będzie myśleć o tym czy to Was nie zrani. A jeśli już je popełni to przyjdzie do Was, bo będzie wiedziało, że zrozumiecie. A nawet jeśli nie zrozumiecie – to będziecie przy nich mimo wszystko. I być może ten wpis dla większości z Was jest oczywisty… Są jednak tacy, którzy obserwują za mało, rozmawiają za mało i zapominają. Zapominają, że kiedyś też byli młodzi. Obserwuj, wspieraj i bądź. Po prostu…

 

tunika – tutaj  // kurtka –  tutaj

DSC_0122

 

DSC_0123

 

DSC_0126

 

DSC_0127

 

DSC_0128

 

DSC_0129

 

DSC_0132

 

DSC_0133

 

DSC_0134

 

DSC_0135

 

DSC_0143

 

DSC_0149

 

DSC_0154

 

DSC_0159

 

DSC_0165