PMS kontra matka – a idź pan w c***!

4 maja 2016

Co ja Wam dzisiaj opowiem… bohaterem matka, a może PMS… a może i ja i on… Co ja za dzień wczoraj miałam. Ileż to ja łez wylałam i ile razy zaklęłam pod nosem. A te wszystkie pieprzone klocki pod łóżkiem – a za jednym zamachem bym w kosmos wysłała! Ten co mi się w stopę wbił, to nim rzuciłam o ścianę. O! Niech ma za swoje…   

Telewizor to grał za głośno, nawet jak nie grał, a ten mój facet… jak on głośno mrugał… o panie. Nosz w łeb bym palnęła i z domu wyrzuciła od razu. Mrugać tak głośno i oddychać jeszcze mu się zachciało. A jak się wiercił…no święty by nie wytrzymał. Przez dwie ściany było słychać każdy ruch! I te dzieci na placu zabaw…czwarte piętro a wciąż słychać. Drą te japy, bo pewnie na dworze pierwszy raz, jakby z zamknięcia wypuszczone. I wczoraj, akurat wczoraj się drzeć musiały. I walizki…no kuźwa wszyscy z walizkami na kółkach. Warszawa z domów zjeżdża. I nie autem do garażu podziemnego, nie z walizką taką do rączki – wszyscy z tymi walizkami na kółkach. Jadą, jadą, a hałas taki jakby czołgi przejeżdżały pod oknami. No i anioł mój – dziecię najdroższe – no wczoraj, akurat wczoraj, po każdym położeniu się do łóżka, jakby radar miało – sekunda i jest i czegoś chce, a to piciu, a to jeść. No a co to do cholery jasnej ma być? Ojca nie ma czy co? No to wstaję i jak nie zaklnę, jak nie rzucę kurwą tak żeby sąsiedzi usłyszeli. A garnka na piecyk to normalnie nie położę, tylko jak pieprznę to tak, żeby każdy wiedział jak mi cholernie źle! I kabel… kabel do laptopa. No specjalnie ktoś mi go rozklekotał. No wsadzam,wsadzam i nie działa. A w dupę z tym wszystkim myślę. Leżę. Leżę. I cisza błoga. Jakby PMS przestawał istnieć, choć wiem, że wcale nie… I nagle jest – muszka. Pieprzona, mała muszka. Ta mała, co lata i złapać jej nie można. I smera mi co chwilę ten nos, ucho, czoło. No wszystko wszystkim, ale jak przy setnym smernięciu nie wstałam…no jak nie wyrzuciłam z siebie do tej muszki, co ja sobie o niej teraz myślę. Jak laczkiem jej nie przywaliłam i nie rozmazałam na ścianie. I ruszyłam. No już nawet mejkapu nie nałożyłam, co mi się przy wyjściach nie zdarza. Ale, że to wyjście takie w moim stylu, aż do żabki w bloku obok, to robię wyjątek. Skoro zawsze chodzę pomalowana, to dziś mnie nikt nie pozna. Przy kasie w żabce podlicza mi kasjer…lody, piwo, baton, chipsy. Na ławce lody i baton, w domu piwo i czipsy. Wchodzę po cichaczu, piwo do lodówki, czipsy do szafeczki. Idę się kąpać – informuję familię. Godzina w wannie. Wychodzę. Odświeżona, nieco uspokojona. Sprzątam trochę w mieszkaniu, po godzinie usypiam Polkę i … zmierzam. Kierunek – kuchnia. Zmierzam, tak zmierzam i … oczom nie wierzę. Bo z chipsów, to jedynie paczka do wylizania została, a piwo jak otwierałam, to pół rozlałam. A tej drugiej połowy to mi się już nawet odechciało. A pieprz się ty pe em esie… I spać poszłam.

A dnia dzisiejszego rano wcześnie wstałam… i w podskokach z dzieckiem przez warszawski las skąpany słońcem, rytmicznym, tanecznym krokiem sobie szłam,  nucąc cicho pod nosem „oprócz błękitnego nieba”… i ja się do cholery pytam… czy to się leczy? I nie chodzi mi tu wcale o PMS…