Nasze pierwsze wakacje we troje

22 marca 2018

Za nami cztery intensywne lata. Cztery lata, które daliśmy sobie na rozkręcenie swoich biznesów, kupno mieszkania. Udało się, choć nie powiem – momentami było mega ciężko.

Mieliśmy jasno wytyczony cel i wiedzieliśmy, że nie możemy ulegać pokusom, jeśli naprawdę chcemy kupić to mieszkanie, mieć pieniądze na wkład, urządzenie itp. Odkładaliśmy każdy grosz, a co za tym idzie przez cztery lata nie byliśmy razem na żadnych wakacjach we troje. Najpierw nie było kasy, później kiedy założyliśmy firmę, nie było kiedy wziąć wolnego. W tym roku udało się zorganizować inne osoby do pracy, wypożyczyć auto, wyleczyć w ostatnich godzinach Polę ( wiecie, moc pozytywnego myślenia :P )  i… ruszyliśmy. Nad nasze polskie morze!!! :)

No kocham no. Miłością wielką. I chyba pierwszy raz byłam nad morzem w taką pogodę i o takiej porze. Ale to nic. I tak było meeeega! Hotel, jedzenie, widok morza, plaża, spacery i przede wszystkim – totalny luuuz, żadnych spin, spokój i oderwanie się od codziennych obowiązków. Nawet Pola nie strzelała fochów. I nawet F. Ba. Nawet ja :D Powinnam chyba zacząć to wyliczanie od siebie haha. Ale rozumiecie o co mi chodzi? Codzienność to taka rutyna. Wstajesz, odprowadzasz dziecko do przedszkola, pracujesz, odbierasz, jecie coś, bawicie się, wraca On, kąpie się… a na wakacjach. Całe dnie razem, nikt nie ma niczego z tyłu głowy, nikt nie musi zerkać w telefon, nikt nie ma czegoś do załatwienia. Te wakacje to było prawdziwe życie chwilą, tu i teraz. Delektowanie się sobą, swoją obecnością. No i jedzeniem rzecz jasna. Co oczywiście po mnie teraz widać, bo jakby inaczej.

Sopot!

Zanim dojechaliśmy do Ustki, obowiązkowo musieliśmy zrobić mały przystanek w Sopocie. Koooocham to miasto. Mam do niego ogromny sentyment, bo to właśnie wypad do Sopotu był pierwszym romantycznym wyjazdem po miesiącu związku z moim F. Miałam wtedy 18 lat… A w tym roku kończę … 25! Jak ten czas szybko leci. To na plaży w Sopocie, leżeliśmy, sączyliśmy %%% i rozmawialiśmy o tym jak fajnie będzie przyjeżdżać tu z naszymi dziećmi. Znaliśmy się dosłownie chwilę… ;)

 

 

 

 

 

 

Ustka…

Byłam w tym mieście po raz pierwszy. I na pewno nie ostatni. Chciałabym tutaj przyjechać w sezonie letnim… to nadmorskie miasteczko ma w sobie jakiś taki niepowtarzalny klimat, coś czego nawet nie umiem ubrać w słowa. Co prawda spacery były ekspresowe, bo wiało tak, że Pola jak tylko słyszała, że ma wyjść z hotelu, robiła się sztywna i wydawała z siebie dziwne dźwięki + „ooooo ( ale takie wkurzone oooo), znowu na plażę…. no dobra, mogę iść …. na chwilę.” – o dziękuję Ci dziecko, jakież to miłe z Twojej strony. Ale wracając do tematu. Kto oglądał stories ten widział, że ładna pogoda przywędrowała do Ustki w nasz ostatni dzień. Zapakowani już w aucie, podjechaliśmy bliżej plaży, zwiedziliśmy port, cyknęliśmy kilka zdjęć, a samowyzwalacz uwiecznił na plaży naszą świętą trójcę. Słońce było cudowne, wiatr ustał… piękne pożegnanie.

 

 

I wiecie co? Jarałam się każdego dnia. Każdym promieniem słońca, każdą muszelką na plaży, każdym spacerem, wszystkim. Odpalałam czasem kamerkę, żeby uwiecznić kilka chwil, wcale nie na blog, a do mojego prywatnego Archiwum X na komputerze :D Fajnie będzie sobie do tego wrócić, jak człowiek będzie siedział już w bujanym fotelu i jadł bezkarnie ciastko, nie musząc potem odpalać Turbo Spalania. Ustka na zawsze zapadnie w mojej pamięci, bo pozwoliła mi złapać oddech, wyciszyć się, naładować akumulatory… no i przede wszystkim dlatego, że to właśnie w Ustce były nasze pierwsze wakacje… pierwsze w takim składzie.

 

GRAND LUBICZ

Raj. Naprawdę. Hotel to był raj i wiedziałam to już w momencie, w którym zdradziłam Wam gdzie jedziemy i dostałam nagle multum wiadomości: jakie tam mają jedzenie! Jak tam jest fajnie! Spodoba Ci się! – żadnej negatywnej opinii. I rzeczywiście mi się spodobało. Ba! Wszystkim się spodobało. Pola do tej pory przeżywa, że ona chce jeszcze do hotelu. A wracając z Ustki, stwierdziła, że nie chce nic z maca tylko chce jeść nożem i widelcem w restauracji. Ale to mnie akurat nie cieszy, bo teraz by sprostać jej wymaganiom, muszę chyba podwoić swoją pensję ;)

Mieliśmy pokój familijny, Pola miała swoje łóżko, czekał na nią szlafroczek, mydełko dla dzieci, laczuszki. Nie miała ze sobą nic prócz plecaczka z Peppą, ale atrakcji było tyle, że szczerze mówiąc wcale jej niczego nie brakowało. Pokój był naprawdę ogromny, łazienka przecudna, łóżko wygodne. Jak to w hotelach 5* wszystko co potrzebne do przetrwania, w tym żelazko – było.

 

 

 

 

 

 

 

Ogólnie plan był taki, że codziennie chodzę ćwiczyć, a Pola codziennie chodzi na jakieś zajęcia. Wyszło tak, że po spacerach i dłuuuugich wariacjach w basenie, nie miałam już nawet ochoty myśleć o jakiejś zumbie itp. Na wstępie dostaliśmy rozpiskę, co dzieje się każdego dnia. Było tego naprawdę sporo. Dyskoteki dla dzieci, zajęcia z piaskiem kinetycznym, zumba itp. Pola skusiła się na zajęcia z piaskiem i szczerze mówiąc byłam z niej taaaaka dumna, że tak fajnie się to zaangażowała :D W hotelu są animatorzy, można zostawić dziecko na zajęciach z nimi, ale my byliśmy siebie tak spragnieni, że wszędzie chodziliśmy razem i nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby w pierwsze wakacje zostawiać mojego Polduna bez nas. Zresztą Pola była tak grzeczna i kochana, że nie mogliśmy się na nią napatrzeć.

 

 

 

 

 

 

Odnośnie basenu – to był raj dla każdego z nas. Hotel posiada basen rekreacyjny ze zjeżdżalnią i sztuczną rzeką, basen sportowy 4 torowy, brodzik dla dzieci z atrakcjami wodnymi i …. uwaga ( !) – basen solankowy VIP wraz z basenem zewnętrznym… to jest dopiero kosmos! Co prawda na ten basen można wchodzić tylko ze starszymi pociechami, ale chodzi tutaj o kwestię, że basen ten jest zarówno strefą, w którym obowiązuje cisza. Wytłumaczyliśmy jednak Polce o co chodzi i weszliśmy z nią na 10 minutek – ratownik pokazał tylko Polce, żeby była cichutko i rzeczywiście, dziecię moje zachowało się naprawdę ładnie. W hotelu są również łaźnie i sauny, z których korzystał tylko F. – ja musiałabym iść sama, on musiałby zostać z Polą, a ja sama z takich rzeczy nie korzystam – częste zawroty głowy, wiecie, nie chcę gdzieś samotnie paść i umrzeć ;)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No dobra nie będę już więcej czekać. Co mi tam. Muszę się przyznać, że najlepiej wspominam … jedzenie! :D Ale nie to, że pojechałam tam jakaś wygłodniała, nie. Jadąc tam, co chwilę pikały mi wiadomości: Ala, jakie tam jest jedzenie! Myślę sobie… pisze mi to już któraś z rzędu osoba, to może rzeczywiście coś w tym jest. No i byłoo… słuchajcie. Minęło już kilka dni od powrotu, a my z F. wciąż rozmawiamy o tym jakie tam wszystko było dobre :D Ogromny wybór, wszystko najwyższej jakości. No nie ma opcji, żeby ktoś tam nie znalazł czegoś dla siebie. Ryby, warzywa, tortille, makarony, sery, wędliny, przeróżne pieczywa, masa różnych ciast, ryże, makarony. No i HIT! Kuchnia LIVE COOKING. Codziennie inny przysmak. Pierwszego dnia była kuchnia tajska i objadłam się makaronem z owocami morzami. drugiego dnia skorzystał mój F. i skusił się na burrito, a trzeciego dnia o ile mnie pamięć nie myli, razem z Polcią skosztowałyśmy carbonary. Rano były przygotowywane omlety, ale je mam na co dzień, więc buszowałam przy szwedzkim stole. Zazwyczaj robiłam sobie śniadania 2 częściowe :D Na 1 rzut pieczywo, pasty jajeczne, twarożki, a na drugi słodkości czyli pancakesy, kawałeczek ciasta. Ooooo matko, aż ślinka mi pociekła. Musze tam wrócić, choćby dla jedzenia! ;)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na ostatnim ( piątym ) piętrze hotelu znajduje się restauracja, która… obraca się wokół własnej osi. Objedzeni jeszcze śniadaniem, poszliśmy się tam dobić deserem. Zjadłam najpyszniejszą szarlotkę na ciepło z lodami i bitą śmietaną, i promise! Oddałabym wiele, by móc ją zjeść TU i TERAZ. Ale muszę się zadowolić kromką chleba. A co. No ale wracając do tematu Panoramy – obłędny widok i obłędne desery.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cóż jeszcze mogę Wam opowiedzieć o tym miejscu – dodam, że tutaj naprawdę nie można się nudzić, nawet jeśli mielibyśmy przez tragiczną pogodę siedzieć w nim 24 na dobę. Jest kręgielnia, jest siłownia, są ekstra zajęcia, cudowne restauracje, baseny, sauny, sale zabaw… o, właśnie! Sala zabaw – Pola nie mogła się ich doczekać i była zauroczona kiedy do nich weszła – w jednej odbywają się zajęcia, ale można też bawić się kiedy ich nie ma – a jedna to typowy małpi gaj. W nim nie było nas za długo, bo Pola o wiele bardziej wolała basen, z którego mogłaby w ogóle nie wychodzić.Ogólnie hotel oceniam na prawdę wysoko. Szczerze mówiąc, niczego mi nie brakowało. Pokoje były codziennie sprzątane, było pięknie, czysto i przyjemnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Rankiem wstawaliśmy, chodziliśmy na śniadanie, po śniadaniu zazwyczaj wybieraliśmy się na spacer, po spacerze na basen, a po basenie na lunch… po lunchu zazwyczaj odkrywaliśmy uroki hotelu: sale zabaw, zajęcia, Panorama, znów basen, na końcu kolacja… :) Po kolacji szaleliśmy w pokoju, było naprawdę bardzo miło i nie mogliśmy przestać się sobą cieszyć, seeerio… byliśmy tacy spokojni, oderwani od codzienności. Poli też się udzieliło – i klimat hotelu i nasze nastroje. Nie gonił nas czas, liczyła się tylko wzajemna obecność i jaranie się chwilą. Pierwszej nocy, mimo pobudki o 5, siedzieliśmy z F. do prawie 4 nad ranem. Nie mogliśmy się nagadać… Bardzo mi tego brakowało.

I wiecie co? Teraz rozumiem. Przypomniało mi się jak zawsze moi rodzice zachowywali się na wakacjach. Niby byli tacy sami, ale był w nich jakiś taki innego rodzaju spokój. Teraz rozumiem. Codzienność naprawdę potrafi dać w kość i nawet ciesząc się każdym dniem i będąc pozytywnie nastawionym do życia – jesteśmy po prostu przemęczeni. Uroki dorosłego życia. Na wakacjach można zapomnieć totalnie o wszystkim i żyć chwilą tak naprawdę. Co prawda prowadząc firmę, nie można sobie ot tak wyłączyć telefonu, zwłaszcza, że F. nie może sobie wziąć wolnego, tylko ktoś musiał pracować za niego. Ja z kolei praktycznie codziennie jestem w szale e-mailowym i telefonicznym, ale wszystkie najważniejsze sprawy dopięłam na ost. guzik własnie po to, by nie czuć na tym urlopie, że właśnie coś powinnam zrobić. Totalny luz. Wieczorami odczytywałam e-maile, ale na szczęście akurat w te dni, nie było to nic takiego, co nie mogłoby chwilę poczekać na moją odpowiedź…

Apetyt wzrasta w miarę jedzenia. O ile nie mam w głowie jakiś materialnych celów typu nowe auto, czy torebka, tak mam ogromne pragnienie by móc pozwalać sobie od czasu do czasu na jakąś podróż. Po powrocie z Ustki zainstalowałam sobie na telefonie appkę, w której pokazywane są promocje na loty i hotele i jestem rozwalona faktem, za jak małe, naprawdę MAAAAŁE pieniądze, można sobie gdzieś odpoczywać nawet przez tydzień! Teraz mój plan jest taki, by uporać się z urządzaniem mieszkania i o ile wszystko będzie tak być powinno – zainwestować w swój rozwój właśnie poprzez podróżowanie. Z mieszkaniem czeka nas jeszcze sporo pracy, ale kto wie. Może uda wyskoczyć się gdzieś w wakacje? Trzymajcie kciuki! A jeśli sami chcecie się wybrać do Ustki, to ofertę hotelu znajdziecie na stronie Grand Lubicz.

 

PS: Zanim zaleje Was fala zdjęć, uprzedzę pytania, bo po doświadczeniu ze stories, wiem że padną :D Dwuczęściowy strój Poleczki to łup ze sklepu KiK – mamy jeszcze ten sam wzór ale jednoczęściowy. Nie ma go jednak na fotach, bo aparat w każde miejsce braliśmy tylko raz :) Tunika z pomponikami i kurtka zimowa to zara i muszę Wam powiedzieć, że to dwa najlepsze łupy warte swojej ceny. Prane już milion razy i nie dzieje się absolutnie nic. Oczywiście kurtka po zimie będzie na sprzedaż :P Tunika pewnie też :) Aha! Zielona parka z wyszywanymi kwiatami na rękawie ( moja ) to również KiK. Szary golf z zary to mój ulubieniec, który noszę ciągle jakoś od… października :D To na tyle. Jak coś to pytajcie!

A teraz foto rilejszyn :P

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Łooooł !! Ale pięknie.
    Należał się wam taki relaks! :)

  • Ula

    Fantastyczny urlop ❤️

    • To mało powiedziane… na zawsze zostanie w mojej pamięci <3

  • Natalia Kaczmarek

    Cudowne zdjęcia . Aż się rozmarzyłam … i zatęskniłam za morzem .

    • Morze jest cudowne prawda? Niepowtarzalny klimat…

  • Cudowne miejsce <3

  • Gosia

    Dobrze, że zrobiłaś dopisek skąd co jest, bo ja bym oczywiście już pytał :D Boski ten strój. Wypoczynek też widać, że świetny. Hotel naprawdę piękny, ale wiesz co? Należało Wam się jak mało komu :*

  • Irena

    Ustka to moje miasto rodzinne, do którego w miarę możliwości wracam… Twój wpis sprawił, że przeniosłam się tam choć na chwilę i … poryczałam się noo… Alicjo piękna rodzina, piękny wyjazd. Może kiedyś wpadniesz do Ustki jak i ja będę, to zaproszę z chęcią na kawę i ciacho … :)

    • Cieszę się, że mogłam tymi zdjęciami wywołać takie emocje :* A na ciacho chętnie wpadnę …. :*

  • ania

    świetna fotorelacja, widać, że fajnie się bawiliście. my w tym roku sami nie wiemy jeszcze gdzie pojedziemy, moze sprawdzisz dla nas jeszcze jakies nadmorskie miejscowki ? :P chetnie korzystamy zawsze z twoich polecen, po twoim wpisie z rocznicy, odwiedzielismy warsaw plaza hotel i oceniamy wysoko, dlatego czekam na wiecej recenzji , pozdrawiam

    • Och chętnie bym sprawdziła i mam nadzieję, że będzie nam dane jechać jeszcze gdzieś w sezonie letnim <3 Ale super, że odwiedziliście Plazę! Kocham ten hotel, a teraz to mam go jakieś 3 km od siebie hehe :)

  • Liwia

    Gdybyście znów chcieli jechać na wakacje nad morze, to moje rodzinne Władysławowo!!!!!! :D :D :D Coś mi świta, że się tam zaręczałaś, dobrze pamiętam? To miasto tak działa na ludzi, że ja nie wiem :D Ściskam serdecznie :D :*

    • Tak dokładnie, F mi się oświadczył na plaży :D Ściskam również :*