Padłeś? Powstań.

7 stycznia 2015

W poprzednim wpisie dowiedzieliście się m.in. że w ostatnich miesiącach roku moja głowa zawładnęła mną totalnie i wprowadziła w moje życie chaos i nieład. Właściwie to z perspektywy czasu śmiem twierdzić, że od jakiś dwóch miesięcy tkwiłam w jakimś…zawieszeniu. Doskonale pamiętam okres po wakacyjny kiedy codziennie oglądałam filmiki motywacyjne, chodziłam jak po środkach dopingujących i jakoś tak dziwnym trafem spełniało mi się wszystko o czym tylko zamarzyłam. Powód jest prosty. Wierzyłam.

Wierzyłam głęboko w to, że jestem mistrzem w tym co robię. Skoro ja wierzyłam, to wierzyli też inni. Tak to właśnie działa. Ja nie tylko wmawiałam sobie, że tekst, który napiszę porwie tłumy, a i w innych życiowych sprawach będzie mi się wiodło. Ja po prostu wierzyłam i byłam o tym przekonana. Znacie na pewno te wszystkie książki typu sekret. Ich treść nie jest żadną ściemą. Każdy człowiek sukcesu, każdy któremu się wiedzie to człowiek, który wierzy w siebie i w to, że osiągnie swoje cele. Człowiek, który nie wierzy nie osiąga w życiu totalnie nic, bo swoimi złymi myślami przyciąga jedynie beznadziejne sytuacje. Takie beznadziejne jak i ja w ostatnim czasie.

 

Wzloty i upadki.

Po mega cudownym okresie powakacyjnym w moim życiu kiedy to spełniałam marzenia, tysiące osób czytały mój blog, a ja skakałam od rana do nocy pod sam sufit z radości, bo wszystko mi się udawało, przyszedł moment załamania. O dziwo do załamania powodów większych nie miałam, ale… dopadła mnie rutyna, stan beznadziejności. Codzienne wykonywanie tych samych czynności aż do zrzygania i bitwa myśli w głowie między „Ciesz się życiem, nie traktuj tego jak obowiązku” , a myślą ” Jak ja mam tego wszystkiego dość.” . Byłam zmęczona balansowaniem między euforią, a dołem więc dokonałam wyboru – stan nijaki. Stan beznadziejny. Stan typu : jest mi wszystko jedno.

Stan beznadziejności.

Stan beznadziejności jest o tyle tragiczny w skutkach, że jest Ci już wszystko jedno. Człowiek już się nie denerwuje, że ma stos garów do pomycia i, że znów nie przespał więcej niż 3 godzin z rzędu. Człowiekowi jest wszystko jedno i o ile nie robienie nic sobie z masy obowiązków może wydawać się fajną opcją tak już nie robienie sobie niczego nawet z pozytywów jest już naprawdę niepokojące. Ale przecież wszystko ma swoje podłoże, a stan taki nie bierze się znikąd…

Powód.

” Nie wiem co mam robić w życiu. Do niczego się nie nadaję.” – gadka, która mój F., moja siostra i moi rodzice byli zmuszeni słuchać przez jakieś dwa miesiące non stop. Totalnie zbłądziłam , a blog przestał być na moment moją pasją. Nadal lubiłam pisać, ale zwątpiłam czy chciałabym to robić przez resztę życia. A może chodziło o chwilowy brak współprac i frustracja, że pasja nie przynosi już takiego zarobku jak wcześniej, bo jest mały, chwilowy przestój? Nie wiem o co chodziło, ale jakoś w okresie świątecznym byłam już tak wykończona gonitwą swoich myśli, że zaczynałam zerkać na numer do psychiatry. ” Może on mi pomoże”. Byłam tak cholernie zmęczona. Dopadła mnie bezsenność. Mimo zmęczenia nie mogłam za cholerę zasnąć. Sto tysięcy myśli na sekundę i przerażenie na myśl o przyszłości. Cierpiałam. Ludzkie cierpienie może trwać dzień, miesiąc, a nawet rok. Ale w końcu się kończy… i człowiek powstaje.

Powstanie. 

Mimo, że od tej całej gonitwy myśli uwolniłam się chyba dzień po świętach to tak na prawdę powstałam dopiero…dwa dni temu. Byłam uwolniona od myśli, ale wciąż było mi wszystko jedno. Wieczorem odpaliłam sobie filmik, który towarzyszył mi w tym kwitnącym okresie. Kilka filmików z serii tych z mówcą w tle, którzy pieprzy Ci przez 5 minut, że masz podążać za marzeniami. Te filmiki to żaden kit. Ton mówcy, obraz ludzi sukcesu, nastrojowa muzyka w tle i przesłanie sprawia, że człowiek staje na równe nogi. Stanęłam i ja. Rano nie marnowałam już czasu na leżenie i przedłużanie tego najdłużej jak się da. Wstałam na równe nogi i z uśmiechem na twarzy zabrałam się za rzeczy, za które od dawna powinnam była się zabrać. Wróciłam do gry. A jeszcze kilka dni wcześniej…

Wymówki.

To ja Wam zawsze powtarzałam, że da się wszystko jeśli tylko się chce. I to ja zaczęłam łapać się w ostatnim czasie, że co chwilę mówiłam, że nie dałam rady…nie dałam rady posprzątać, bo Pola ciągle chciała się bawić. Nie dałam rady poćwiczyć, bo nie miałam czasu. A guzik prawda. Czas był na wszystko! Te głupie 5 minut drzemki, albo 10 minut kiedy akurat się czymś zajęła. Kiedyś potrafiłam zrobić w tym czasie sto różnych rzeczy. Ale ostatnio „nie dałam rady”. Jasne! Ja po prostu wmawiałam sobie, że nie dam rady, bo tak było łatwiej funkcjonować. Miałam usprawiedliwienie dzięki czemu nie zjadały mnie wyrzuty sumienia, że mogłam coś zrobić, ale mi się nie chciało. Wczoraj to do mnie dotarło. Stałam się jedną z tych, które wiecznie czegoś nie mogą i nie dają rady. I umierają z zerowymi sukcesami na koncie i wspomnieniem beznadziejnego życia, w którym były ofiarami losu. O nie. Koniec z tym. Od tej pory znów mogę, znów chcę, i wierzę, że można spiąć tyłek tak, by poradzić sobie dosłownie ze wszystkim.

Padłeś? Powstań. Ludzie podnoszą się z różnych sytuacji. Po rozejściu z partnerem , po śmierci bliskiej osoby, w obliczu choroby kogoś kogo kochamy. Ludzie z problemami większymi od Twoich mogą i potrafią więcej. Dlaczego więc ty miałbyś nie dać z czymś rady?4

 

DSC_9336

 

DSC_9338

 

DSC_9341

 

DSC_9342

 

DSC_9347

 

DSC_9348

 

DSC_9356

 

DSC_9362

 

DSC_9370 (1)

 

DSC_9371

 

DSC_9375

 

DSC_9382

 

DSC_9385

 

DSC_9388

 

DSC_9394

 

DSC_9396

 

DSC_9398

 

DSC_9407

 

DSC_9414

 

DSC_9420