Ostatnia prosta…

16 stycznia 2017

To już ostatnia prosta. Ostatni rok, w którym tak wiele rewolucji, zmian, oszczędzania, dopinania wszystkiego na ostatni guzik. Trochę zmęczeni, ale usatysfakcjonowani – wierzymy, że to koniec naszych rozczarowań beznadziejnymi pracami, płaceniem milionów za wynajem, za cztery ściany, które nie są nasze… to koniec rozczarowań sobą wzajemnie. Na tej ostatniej prostej, warto cofnąć się pamięcią do tego, jak to wszystko się zaczęło. Do wyprowadzki z mojego rodzinnego miasta.

Przeprowadzka do Warszawy była jedną z moich wielu spontanicznych decyzji. Miałam wyjechać sama, z Polą. Zmęczona kłótniami w związku, słabą sytuacją finansową, toksycznymi ludźmi – powiedziałam „żegnaj” swojemu ukochanemu, usunęłam listę kontaktów, na której miałam milion znajomych z rodzinnego miasta, sprzedałam większość swoich rzeczy, wypowiedziałam mieszkanie, wsadziłam w kieszeń niewiele swoich oszczędności, zatankowałam auto i… ruszyłam. Całe szczęście on ruszył też. Ruszyliśmy wszyscy. Pojechaliśmy w stronę lepszego świata.

ŚWIAT MOŻLIWOŚCI

Dla dziewczyny z małego miasta, Warszawa była … światem. Światem luksusu, pieniędzy, sławy. Jednak nie po to tam jechałam. Jechałam tam po to by odzyskać… siebie. By zyskać możliwości i rozwinąć skrzydła. Mimo takiego zamiaru przechodziłam przez różne etapy. Od zachłyśnięcia się stolicą, licznymi zaproszeniami na ważne eventy, po coraz bardziej słabnące parcie na cokolwiek związanego ze znajomościami, istnieniem w jakimkolwiek światku. Im więcej pracowałam, tym coraz bardziej zaczynałam rozumieć mechanizmy jakichkolwiek biznesów. Fałsz i obłuda everywhere. Zaczęłam się alienować. Coraz częściej uciekać w swój mały, nieznany nikomu świat. Być może stałam się nudna, ale przestało mi zależeć na robieniu wokół siebie sztucznego zamieszania. Mój blog był najbardziej „popularny” kiedy miałam lat 21, maleńkie dziecko, a kontrowersje budziły u mnie rozstania z narzeczonym, zjedzenie czegoś złego podczas karmienia piersią, czy zostawianie dziecka wieczorami i chodzenie na siłownię. Przyciągałam do siebie dziwnych ludzi, ale najwidoczniej taką energią emanowałam. Może lubiłam ten szum i bycie „na językach”. Dziś dziękuję Bogu, że z tego wyrosłam, że dojrzałam. Nie mam do siebie żalu o tamten czas, bo każdy człowiek przechodzi przez różne etapy i wszystkiego musi spróbować. Grunt, by na końcu wybrał dobrze, zrozumiał co jest warte zachodu, a co nie. Warszawa z czasem w moich oczach stała się wielkim światem, ale nie takim, w którym liczy się tylko $$$. Ja zaczęłam tutaj doceniać możliwości rozwoju intelektualnego i duchowego. Poznawałam nowe kultury, różnych ludzi, różne narodowości. Poznawałam nowe budynki, różnorodną architekturę. A przez to wszystko poznawałam … siebie.

RODZINA…

Zrozumiałam, że nieważne co się w życiu dzieje, najważniejsza jest rodzina. I być może wszyscy w tym momencie krzykną: dla mnie też! Ale czy na pewno tak jest? Łatwo olać to co najważniejsze, kiedy jak dzik pędzi się po wymarzone mieszkanie,  po pieniądze na to mieszkanie, po rozwój, niektórzy po fejm – takich przykładów wkoło coraz więcej… Dlatego zaczęłam uczyć się równowagi, a przede wszystkim wytłumaczyłam sobie, że mimo iż czasem trzeba zapieprzać ostro pod górkę, żeby za chwilę z tej górki zjechać i odetchnąć… to trzeba wiedzieć kiedy wciskać pauzę, by nie umknęło nam to co najważniejsze! I by w tej całej gonitwie nie przegapić momentu, w którym nasze relacje z najbliższymi zaczynają się rozpadać…. Ja pod górkę pędziłam całkiem ostro, nasze życie to był jakiś kosmos. Praca od świtu do nocy, w tym wszystkim dziecko, brak jakiejkolwiek pomocy. Nie raz wątpiłam, miałam dość, chciałam wracać, chciałam rzucać blog. Ale nie dałam się. Pracowałam ostro, czasem rozmywały mi się priorytety, ale koniec końców, zawsze szłam za głosem swego serca, nie robiłam nic przeciwko sobie samej. Każdego rana budził mnie widok najdroższych mi osób, które wynagradzały mi WSZYSTKO. Wiedziałam, że dla nich warto. Ale nie warto ich kosztem.

OSZCZĘDNOŚCI

To co wciąż nie dawało nam spokojnie funkcjonować, to brak własnego „M”. To w jaki sposób udało nam się uzbierać pieniądze na wkład własny to efekt zaciśnięcia pasa do tego stopnia, że nie raz chciało mi się wyć. Nie pozwalaliśmy sobie absolutnie na nic, poza tym co potrzebne do przetrwania. To był dobry sposób, ale tylko wtedy jeśli w głowie miało się odpowiedź na pytanie: po co to robisz. My mieliśmy cel, wiedzieliśmy po co to robimy. Wiedzieliśmy, że może teraz nie pozwolimy sobie nawet na batonik za 2 zł, ale kiedyś, kupimy tych batoników nawet 20 na raz… Chodziłam w jednych, podartych już trampkach, starym płaszczyku, a tubkę od fluidu męczyłam tak długo, aż nie mogłam jej już pociąć na mniejsze kawałki i nie mogłam dostać się już do żadnego zakamarka. Opłaciło się. Kiedy uzyskaliśmy zdolność kredytową, mieliśmy odłożone pieniądze, dzięki którym mogliśmy ruszyć z wszystkimi formalnościami. Warszawa pomogła nam tym, że F. nie narzekał na brak pracy, a ja nie narzekałam na brak zleceń. Możliwość spotkań „face to face” z firmami zainteresowanymi współpracą ze mną, sprawiła, że na koncie miałam znacznie więcej współprac, a co za tym idzie – pieniędzy, które mogłam odłożyć. I mimo ogromnego rozwoju mojej strony…

OLAŁAM WYŚCIG SZCZURÓW

Stolica ma to do siebie, że charakteryzuje się biegiem. Nieważne w jakiej pracujesz branży – na pewno nie jesteś w niej niezastąpiony. Żeby utrzymać się na powierzchni musisz się nagimnastykować, bo na Twoje miejsce jest 1000 takich osób jak Ty. Ja miałam ten komfort, że sama sobie byłam ( i jestem) szefem. Ale i w mojej branży ludzie urządzają sobie wyścigi. Sama chciałam kiedyś w niech biec… Wszystko się zmieniło w momencie, kiedy na naszym stole wylądował akt notarialny. Poczułam w sobie jakąś lekkość, jakbym uwolniła się od największego, życiowego ciężaru. Grunt pod nogami jaki zyskałam, wraz z kupnem mieszkania, poczucie bezpieczeństwa – te rzeczy sprawiły, że wszystko stało się łatwiejsze. Stwierdziłam, że jakoś nic więcej nie jest mi już potrzebne. Nareszcie mogę odetchnąć. Jakiś czas później, udało nam się wysłać Polę do przedszkola, a ja mogłam pracować jeszcze więcej, a co najśmieszniejsze – wcale nie dało to skutku, zachłyśnięcia się pracą i pieniędzmi, a wręcz odwrotnie – jeszcze bardziej zaczęłam doceniać rodzinę, drobne przyjemności i całkowicie zrezygnowałam z wyścigu szczurów, biznesplanu, jakiegokolwiek konkurowania z kimkolwiek i ogólnie postrzegania swojej pracy w kategorii inwestycji, marketingu itp… Poszłam za głosem serca.

Po raz kolejny przewartościowałam swoje życie. Usunęłam prywatny facebook, kiedy Pola była w p-kolu pisałam w przypływach weny, odpisywałam na Wasze wiadomości, myślałam nad fajnymi rzeczami, które mogę Wam pokazać, wydurniałam się na instastory i pokazywałam Wam prawdziwą siebie. Wymyślałam ciekawe projekty, latałam na służbowe spotkania i realizowałam to, na co miałam ochotę. Przestałam odczuwać potrzebę chwalenia się tym co osiągam, a skupiłam się na tym, by robić to co lubię, nieważne czy dotrze do 100 czy do 10 000 osób. Ilość przestała mieć dla mnie znaczenie. Rzeczy materialne również zmalały w moich oczach i przestały być dla mnie rzeczami wielkiej wagi. Olałam wyścig szczurów, przestałam śledzić rankingi, plebiscyty blogowe, sprawdzać tabelki. Nie mogłam pozwolić na to, by jeszcze kiedykolwiek coś takiego, przysłoniło mi to co najważniejsze. Nigdy więcej przedkładania pasji czy pracy nad rodzinę i prawdziwe emocje. Wystarczy, że moja praca daje mi jakieś pieniądze, pozwalające godnie żyć. Blichtr nie jest mi potrzebny…

SKRAJNE ŚWIATY

Stolica wymaga od nas wiele. O ile w małym mieście wszystko płynęło wolniej i spokojniej, doba zdawała się być długa, a wydatki dzisiaj zdają się być dla mnie śmieszne – tak w stolicy nagle rzucono nas na głęboką wodę, wymagając od nas harówki, jakiej nie znaliśmy, organizacji i masy wyrzeczeń na początku drogi. Ale to wszystko ma swój cel – uczy nas pokory. Stolica trochę mnie rozczarowała, bo pokazała mi dwa różne od siebie światy: świat, w którym nie liczy się nic poza hajsem, i świat, w którym są ludzie, którzy żyją tu i teraz, bez parcia na kasę i fejm. Warszawa pokazała mi brutalnie, że najbardziej liczy się ten pierwszy świat, a władzę mają ludzie, którzy się w nim znajdują. Ta wyraźnie ukazana skrajność, sprawiła, że zaczęłam brzydzić się tym wyścigiem, zaczęłam brzydzić się próżnością, a nawet trochę tym co materialne. Postanowiłam, że NIGDY nie stanę się taka jak oni. Stałam się innym człowiekiem, który świadomie zrezygnował z wielu pozornie zajebistych rzeczy. To co najbardziej zajebiste w życiu każdego z nas, to ludzie, z którymi żyjemy, emocje, które z nimi tworzymy, wydarzenia, które z nimi celebrujemy. Ale teraz przed nami już…

OSTATNIA PROSTA…

I choć czeka nas jeszcze trochę pracy, rewolucji zwłaszcza u mojego F. i sajgonu związanego z pójściem na swoje – to jak tylko zamkniemy drzwi od naszego mieszkania i dopniemy kilka innych naszych spraw w tym roku – odetchniemy i zaczniemy wieść nasze wymarzone życie. To ostatnia prosta, w której podejmiemy kilka najważniejszych życiowych decyzji. To ostatnia prosta, w której już zdecydowaliśmy co jest dla nas najważniejsze. Świadomie zrezygnowaliśmy z rzeczy, które być może wypchałyby nasze portfele po brzegi i pozwoliły nam się obracać w „wyższych sferach” tylko pytanie co nam to da. Wybraliśmy siebie. Zamiast tyrki po nocach, granie razem w gry na xboxie po nocach. Zamiast eventów i ścianek, śniadania w łóżku. Zamiast spisywania biznesplanów, spisywanie marzeń… Wyścig szczurów szczurów zamieniliśmy w spokojną podróż w głąb siebie, podróż w stronę szczęścia. I będzie to…

NAJPIĘKNIEJSZA PODRÓŻ W NASZYM ŻYCIU…

Tak. Stolica zdecydowanie zmieniła nas na lepsze, uratowała naszą rodzinę, priorytety i wartości. Rajem nie jest teraz Warszawa, tylko nasze życie w niej. Stolica otworzyła nam wiele drzwi, pokazała możliwości, nauczyła ciężkiej pracy i pokazała nam, że… w niej, że w tym mieście jest nasz dom. A tego domu nie stworzą nigdy przedmioty, obcy ludzie, fejm czy kasa. Dom stworzą ludzie i uczucie między nimi. I taki dom tworzymy już teraz my. A teraz rozpoczyna się dla nas najpiękniejsza podróż w naszym życiu. I w tą podróż zapraszam również Was… Mam nadzieję, że jeszcze wiele razy Was wzruszę, rozśmieszę, zainspiruję, a może skłonię do zastanowienia nad własnym życiem… Dziękuję, że jesteście! Wkrótce przygotuję dla Was wpis, z konkretnymi już informacjami i „radami” dla osób, które rozważają przeprowadzkę do wielkiego miasta. Bądźcie cierpliwi! Ściskam. A.

  • Ewelina

    Dawno nie czytałam u Ciebie tak wzruszającego wpisu! Idealnie pokazuje Twoją drogę, wzloty i upadki. Tyle treści i przekazu w jednym wpisie – jak Ty to robisz? Ostatnie wzruszasz mnie niesamowicie! Taka młoda, a taka mądra. Wielki szacun Alicja!

    • Wiesz, to chyba przez to, że już dawno nie miałam takiego czasu, by usiąść i spisać swoje myśli … więc jak teraz go mam, to piszę i piszę… i takie kwiatki jak ten potem wychodzą. dziękuję! <3

  • emmmm

    uświadomiłaś mi pewną rzecz, wiesz …? dziękuję…

  • Jak zawsze w punkt. Uwielbiam w Tobie te rozwagę i mądrość.

  • Ola Pawlaczyk

    Aluśka, cóż ja mogę napisać po raz kolejny! Niezmiennie mnie inspirujesz, motywujesz i jesteś moją wirtuuuualną przyjaciółką! :* Bez Ciebie moje życie byłoby tylko pasmem rozczarowań!!! Ale jesteś Ty, Twoje teksty i one nadają sens WSZYSTKIEMU ! Uwielbiam Cię! :*

    • Takie wirtualne przyjaciółki to ja mogę mieć. Piękny komentarz, aż łezka w oku, ach! <3 Dzięki! :*

  • Daria Kowalczyk

    Wspaniały post. 😀 Pamiętam Cię jeszcze z tych zdjęć (chyba) w windzie i powiem Ci że Cie uwielbiam za to że tak silnie (ale nie po trupach) potrafisz dążyć do swojego celu. Już nie raz wzięłam z Ciebie przykład. 😀 Motywujesz pewnie nie tylko mnie. 😆

    • Bardzo mnie to cieszy Daria! Na prawdę – bardzo! <3

  • Basia Potocka

    Ja zaczynam się zastanawiać czy wyprowadzka z mojej mieściny nie zrobiłaby mi dobrze. Tylko że sama z małym dzieckiem..? Hmm nie wiem czy nie jestem za mało odważna. Będę czekać na ten wpis z radami! Może mi pomoże z decyzją :) Ty i tak mi już bardzo pomogłaś Kochana! :*

    • Basiu do usług, zawsze i wszędzie! Idź za głosem serca, ono wie najlepiej :*

  • majenka

    tak sie rozkrecilaś, że nie moglam nadazyc z nadrabianiem nowych wpisow heh :) Sama zastanawiam sie nad przeprowadzka… nie wiem czy stolica nie bedzie wlasnie takim rzuceniem sie na gleboka wode. podziwiam Cie, bo wiedzialas ze ta ciezka sytuacja, oszczedzanie itp, jest po to, by pozniej bylo lzej. ja nie wiem czy moglabym obnizyc sobie standard zycia, jestem chyba zbyt wygodna :/ nic, moze wezme kiedys z Ciebie przyklad, kto wie!

    • Fakt, obniżenie sobie standardu jest ciężkie. Wiem po sobie teraz. Mieliśmy teraz dobry czas, zaczęliśmy więcej wydawać, lepiej żyć i znów ciężko jest się przestawić na oszczędzanie, ale wiesz co – musisz zawsze wiedzieć, po co to robisz i co możesz dzięki temu zyskać. Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby później zrobić dwa naprzód :*

  • Małgorzata Stryjecka

    Wiesz ze wam kibicuje, duże miasto to ryzyko ale ile możliwość dla dziecka. Moja starsza kocha tańczyć woze ja 2 razy w tygodniu na zajęcia a w stolicy to pełno szkół, możliwości rozwoju pasji. Ty masz swoją i oby zawsze była Pasja nie Praca <3

    • Dokładnie, te możliwości zwłaszcza dla dziecka, były mega przekonujące… wiem jak ciężko było mi w małym mieście, jako dziecku, nastolatce, studentce…

  • moi-mili.pl

    fajnie o tym piszesz. ja nie wiem, jak to się stało, że dopiero dziś trafiłam na Twojego bloga. ale Twoja prawdziwa i prosto napisana opowieść o rzeczach najważniejszych wciągnęła mnie na tyle… że idę dalej czytać.

    • Kochana mam nadzieję, że zostaniesz już na zawsze! <3 Miło mi poznać! :*

  • Oj to prawda też mam podobne przemyślenia o Warszawie i podobne cele do zrealizowania. Wielu mnie nie rozumie i pyta „Ale jak 10 lat harówki, prestiż i wysokie stanowisko jakie uzyskałaś i chcesz zamienić na…” i tu następuje milczenie, bo właśnie nie rozumieją, że jasne blichtr wawy jest super ale zatracamy się przez niego, tracimy siebie nawzajem, a mamy tylko jedno życie i naprawdę nie warto, nie warto.