Ostatni dzień mojego życia…

11 grudnia 2014

Miałam sen. Sen z rodzaju tych, po których budzisz się spocona, a po policzkach spływa cały potok łez. Śniło mi się, że umarłam.

Ona płakała nad moim ciałem dotykając mojej zimnej twarzy. On całował zimne policzki i trzymał za rękę błagając bym znów zaczęła oddychać. Zostawiłam ich samych na tym wielkim świecie. Spoglądałam na nich z góry z miejsca, którego nie umiałam nazwać, ale przypominało piekło. Piekło, w którym grzesznicy krzyczą jakby ich ktoś rozdzierał. Właściwie coś ich rozdzierało. Wyrzuty sumienia z powodu źle przeżytego życia. Jedna pani płakała w kącie bo nie kochała wystarczająco mocno. Jeden pan płakał, bo ostatnich 10 lat stracił na kłótnie z synem, którego więcej nie zobaczy. Ja też płakałam…bo umarłam zbyt młodo. Żałowałam tych kłótni o brudne naczynia i o to, że przy myciu rąk zawsze opryskiwał wodą całe lustro, które musiałam myć po raz setny tamtego dnia… Żałowałam tego dnia kiedy Pola pierwszy raz kąpała się w swoim baseniku, a ja się nie cieszyłam, bo zostałam wciągnięta w jakąś śmieszną facebookową aferę, która zabrała mi 2 godziny z życiorysu. Żałowałam tych nocy kiedy było mi brak cierpliwości i złościłam się na nią przez kilka minut, bo nie spałam trzecią noc z rzędu. Żałowałam tego, że w liceum czasem podkradałam tacie piątki, żeby mieć na piwo na imprezie, a ona drugiego dnia wstawał zarabiać na całą naszą rodzinę…Żałowałam, że złościłam się na mamę, kiedy kazała mi myć naczynia i sprzątać swój pokój. Tak. Byłam w piekle, w którym całą już wieczność miałam cierpieć.

Obudziłam się. On był obok. Przytuliłam go mocno i pobiegłam do jej pokoju. Spała tak słodko i mamrotała coś pod nosem przez sen – „Nigdy Cię nie opuszczę” – wyszeptałam i wzięłam ją w swoje ramiona…i nagle coś mnie trafiło. Tak. To był tylko zły sen, ale…ale to nie prawda, że jej nigdy nie opuszczę. Kiedyś…kiedyś to się stanie. Najgorsze jest to, że…nie wiem kiedy. Może to się zdarzyć za 50 lat, za 30, a może się stać nawet dziś. A co jeśli… co jeśli jutro się dowiem, że jestem chora i zostało mi kilka miesięcy życia? Jak chciałabym je przeżyć? Nie…nie chciałabym wylądować w tym piekle ze snów. Chciałabym znaleźć się w niebie, w którym mówię sobie „Tak…przeżyłam życie tak jak chciałam. Niczego nie żałuję…”. Chciałabym wycisnąć to życie jak cytrynę. Nie skupiać się na tym by mieć, tylko na tym by być. Chciałabym zaszczepić w sobie kosmiczne podkłady energii i cierpliwości, by móc bawić się z nią w cały dzień. Ona tak to kocha… Chciałabym więcej z nim rozmawiać o miłości, a nie patrzeć się w laptop, bo tylko gdy jest mam na to czas. Chciałabym jeździć do mojej siostry w odwiedziny i mówić jej jak bardzo ją kocham, przytulać jej dzieci, po czym wbiegać do mamy na piętro i kazać odpocząć i posprzątać za nią mieszkanie.

Wiesz…cieszę się. Cieszę się, że mogłam zobaczyć swoją śmierć, by zrozumieć. By móc prowadzić życie takie jak prowadzę od jakiegoś czasu. Z laptopem otwieranym raz dziennie na pół godziny, by opublikować wpis, a resztę czasu być odciętą od wirtualnego świata i żyć tym co mam tu i teraz. Miłością, córką, macierzyństwem, książkami, rodziną. Cieszę się, że obudziłam się wtedy zalana łzami, bo od tamtej pory nad ranem bierzemy Polkę do siebie i śpimy we trójkę…C ieszę się, bo od tamtej pory każdy spacer traktuję jako przyjemność, a nie obowiązek…cieszę się, bo każdy jej płacz w nocy traktuję jako jej potrzebę mojej bliskości, a nie traktuję jak kary i już nie marudzę pod nosem… i już się nie wkurzam na te brudne podłogi, bo po raz kolejny zjadła ciastko, którego resztką postanowiła namalować obrazek na panelach. I nie latam na crossfit, bo mi się nie chce po całym dniu spędzonym na zabawie, sprzątaniu i spacerach, ale próbuję ćwiczyć w domu i jest to takie zabawne kiedy ona łapie mi nogę i śmieje się w głos i próbuje na nią wejść… i czekamy aż on wróci z pracy pocałuje nas w czółko, weźmie ją na barana, a ja zrobię mu ciepły obiad… i jestem tak cholernie szczęśliwa, że ten złodziej czasu zwany komputerem przez większość czasu leży nieużywany, bo my turlamy się po podłodze ze wszystkimi misiami i gramy na bębenku…

i gdyby to miał być ostatni dzień mojego życia to…to właśnie tak chciałabym go spędzić. Nie na majorce, nie pod palmami z drogim drinkiem, nie w Paryżu na romantycznej kolacji…chciałabym go spędzić tak jak spędzam ostatnio każdy swój dzień… i chyba mogę być spokojna wiesz? Chyba nie zobaczę tego piekła ze snu, bo chyba już wiem jak chcę żyć, by nie żałować. Nigdy, niczego.

  • Bliźniaczki w akcji

    :* :*

    • mamalablog

      :*

  • Gratuluję. Mądrych przemyśleń, mądrych decyzji, dojrzałości. Ja wciąż sie uczę, bo gdyby ten dzień byłby moim ostatnim… cóż nie przeżyłam go tak jak chciałam. Nie kłócilam się z nikim, po prostu nie zrobiłam tyle co chciałam, nie do końca to co chciałam, nie do końca tak jak chciałam…

    • mamalablog

      Niestety chyba kazdy ma takie dni, ktorych nie przezyl do konca tak jak chcial. Grunt, by bylo ich jak najmniej i by wyciagac z nich wnioski :)

  • Paulina S.

    Dziękuję ci za ten wpis, tak wiele mi uświadomił…Tak wiele tracimy. Koniec z tym, czas by tak jak to opisałaś „wyciskać życie jak cytrynę” oraz doceniać nawet drobnostki by kiedyś nie żałować.

    • mamalablog

      Mam nadzieję, że plan wdrożysz w życie… !

  • Agnieszka Mikielska

    Wow! Ale mnie trzepło!!!! Uświadomiłaś mi coś co po raz kolejny uciekło w kąt. Ide poszukać…. DZIĘKI;-);-);-);-) NAJWAŹNIEJSZA JEST MOJA RODZINA!!!♥♥♥

    • mamalablog

      Nie dziękuj :*

  • Naprawdę miałaś taki sen?

    • mamalablog

      O swoich snach powinnam mieć osobnego bloga.. ;)

  • Różyczka

    Ojj ja to dzisiaj poszla bym do tego piekla …. :(

    • mamalablog

      Mam nadzieję, że dziś już jest lepiej ;) Głowa do góry!

  • Ladymami Paulina

    Mam wiele takich dni gdy czuję, że nie do końca było tak, jak bym chciała. Tylko już przestałam przejmować się kolejnym brudnym talerzem czy okruchami na podłodze bo po co? Jak tylko ogarnę bałagan to robi się na nowo, a bawić się z Filipem mogę tylko teraz, a nie za naście lat gdy trzaśnie drzwiami i pobiegnie z kolegami na boisko :). Uwielbiam Twoje przemyślenia.