Odebraliśmy klucze do naszego mieszkania!

23 listopada 2017

Stało się. Czas ciągnął się jak flaczory z olejem, ale koniec końców – maaaaamy to! Już za chwileczkę, już za momencik, zwariowana familia wkroczy na swe skromne warszawskie salony i nareszcie poczuje, że jest na swoim. Wiecie, jak w tym programie: rodzina na swoim, czy coś.

No bo wieeecie jak to jest. Wynajmowanie i takie cackanie się, żeby czasem czegoś na domówce doszczętnie nie zdemolować. Żeby czasem dziury w ścianie nie zrobić. I żeby czasem z chałupy nie wylecieć, jak się właścicielom zachce wrócić. To nie jest tak, że się na co dzień myśli o tym, że to mieszkanie nie jest nasze, bo się o tym nie myśli. Ale w głębi serducha się wie, że się ładuje mega duże pieniądze, a nie tworzy się z tego żadnego kapitału. Po prostu – płacisz komuś za to, żeby udostępnił Ci dach nad głową, a mógłbyś płacić tyle samo, albo nawet mniej i ładować już w swoje. I to wynajmowanie na start było super. Spędziliśmy tutaj przepiękne dwa lata naprawdę! Na zawsze będę mieć w pamięci to mieszkanie i zawsze już będę pamiętać co czułam, kiedy weszliśmy do niego pierwszy raz. Dla mnie Warszawa i zamieszkanie tutaj, było jak jakiś american dream, serio. To wyrwanie się ze schematów, ta różnorodność ludzi, te możliwości, ta przestrzeń. Odżyłam tutaj, zaczęłam żyć na nowo, zrozumiałam, że świat jest w moich rękach! Ja wiem, wiem, że możesz to czytać i myśleć: przesada! Ale ja tego potrzebowałam, nie tylko po to, żeby zarabiać tutaj dużą kasę, ale głównie po to, żeby poczuć, że żyję. Uwolnić się od przeszłości, w której trochę narozrabiałam i trochę się pogubiłam. Potrzebowałam nowego startu, nowej przestrzeni. Potrzebowałam zrozumieć, że mogę być wolnym i świadomym człowiekiem, jeśli tylko sobie wszystko poukładam. I poukładałam. Nie dziw się więc, że jestem teraz jaka jestem. Że prędzej porozmawiasz ze mną o wierze niż o imprezach. Że nie zacznę z Tobą narzekać, tylko będę wszędzie dopatrywać się jasnych stron. Jestem teraz właśnie taka i taka chcę być. I nigdy więcej nie chciałabym wrócić do świata, w którym jestem pogubiona, mam poprzestawiane priorytety, wiecznie się zamartwiam, wbijam innym szpilkę i widzę świat w czarnych barwach. Poukładałam sobie życie i samą siebie. Na nowo. Kawałek po kawałeczku. Stałam się silna i niezależna. A wystarczyło tylko powiedzieć spontanicznie: wyprowadzam się. Do Warszawy.

I stało się. Jazda bez trzymanki, praca na pełnych obrotach, wzloty i upadki, ale w końcu dopięliśmy swojego. Ekscytacja rośnie z dnia na dzień, a jednocześnie jakiś żal w sercu się pojawia, bo o ile mieszkanie i osiedle piękne, to jednak tu gdzie mieszkam obecnie… tu jest chyba nasze miejsce na ziemi. Ten las obok, te klimatyczne bloki, pomiędzy którymi wojażowaliśmy rowerami z F. w letnie wieczory… i tak sobie myślimy, że to dobrze, że przeprowadzamy się tylko jakieś 5 km dalej. Bo wciąż będziemy tutaj pewnie zaglądać każdego dnia, a ja wciąż odwożąc Polę do przedszkola, będę kupować wędlinę obok mojego obecnego bloku. Człowiek się przyzwyczaja. Do wszystkiego. Ale pierwsze razy są najpiękniejsze. Jako pierwszy raz, traktuję naszą przygodę właśnie w tym wynajmowanym mieszkaniu, przy ulicy wręcz filmowej, bo Alternatywy… więc cieszę się jak nienormalna, że już zaraz idę na swoje, a jednocześnie z małym smutkiem żegnam się pomału z tym co tak dobrze poznałam i co tak mocno pokochałam. Od początku mieliśmy szczęście jeśli chodzi o mieszkania i lokalizację. Na początku było Bemowo i cudowne białe mieszkanie – wiecie, że kocham sterylną biel? ;) Wszystko wkoło było piękne. I może nie zachłysnęłabym się tak stolicą, gdybym właśnie trafiła gorzej. Gdybym trafiła np. na Pragę czy na Białołękę. Niech się nikt, kto tam mieszka, teraz nie obraża. To po prostu nie są moje klimaty, a przynajmniej nie klimaty, w którym mogłabym mieszkać. Ubolewałam strasznie, kiedy właścicielka po dwóch miesiącach musiała wrócić do mieszkania na Bemowie, ale jak widać, wszystko dzieje się po coś. Po Bemowie trafiliśmy tutaj, a tutaj zrozumieliśmy, że Ursynów to nasze miejsce na ziemi. Nie zrozumie tego nikt, kto tym klimatem nie przesiąknie, kto nie pozna wszystkich zakamarków, architektury. Nie zrozumie tego ten, kto nie przejdzie się między wszystkimi starszymi blokami i nie zobaczy jak bardzo są one charakterystyczne. Dobrze, że będziemy mieszkać tak blisko tego miejsca… że Pola wciąż będzie chodziła do tego samego przedszkola. Dobrze, że w pewnym sensie, wciąż pozostajemy na Ursynowie. No i nareszcie, będę mieć pod nosem wielką galerię. Tego było mi trzeba! ;)

Odbijając od ursynowskich sentymentów. Odebrałam ostatnio te wymarzone klucze… przeszłam się po mieszkaniu, po osiedlu… i zrozumiałam, że dla osoby, która pracuje w domu – jest to miejsce idealne. Zobaczyłam plac zabaw pod samym balkonem. Wyobraziłam sobie Polę bawiącą się z dziećmi i nas, spijających herbatkę na balkonie. Zobaczyłam jeziorko. Wyobraziłam sobie moje wieczory przy nim, z słuchawkami na uszach i relaksującą mantrą. Zobaczyłam ławki, zasadzone rośliny. Wszystko, mimo, że jeszcze nie skończone – przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Bóg chyba czuwa nad tym, bym żyła w miejscach, które mimo, że są w mieście, to są odseparowane od hałasu i tłumu. Tak mieszkam obecnie i tak będę mieszkać już za moment. Od roku, mój mózg ciągle wytwarza obrazy tego, jak będzie wyglądać moje życie w nowym mieszkaniu. Jak będą wyglądać wspólne posiłki przy okrągłym stole. Jak będą wyglądać spotkania z przyjaciółmi w naszym bialutkim salonie. Jak będą wyglądać moje kąpiele w mojej odjazdowo sterylnej łazience. Jak będzie wyglądać moje malowanie się, przed wielkim, okrągłym lustrem. Jak będzie wyglądać życie… w tych naszych nowych, czterech kątach. Już niedługo być może klapniemy tyłkami na podłodze, bo zapewne nie będziemy jeszcze mieć mebli, otworzymy szampana i wypijemy za nasze kolejne, wspólne lata, spędzone już w NASZYM miejscu… Wiesz. Możesz mi mówić, że przesadzam, że z czego ja się tak cieszę, że mieszkanie nie jest moje, bo jeszcze przez jakiś czas banku, bla bla bla. Włożyliśmy w to mnóstwo wysiłku, pracy i pieniędzy. Zrezygnowaliśmy z wielu przyjemności i nawet nie wiesz ile razy się potknęliśmy i prawie dotknęliśmy dna. Dla mnie to sukces. Nie porównuję się z innymi. Nie obchodzi mnie, że w dzisiejszych czasach, większość jest na swoim. Patrzę tylko na siebie. Na to ile od siebie dałam. Ile osiągnęłam. I co dzięki temu zyskałam. To nie są tylko cztery ściany. To nasz dom. To nasze miejsce na ziemi. To nasz grunt pod nogami. To nasza praca. To nasz kapitał. To efekt.

I ja od początku czułam, że to nowe mieszkanie, będzie dla mnie na każdej płaszczyźnie, drzwiami do lepszego życia. I każdy kto mnie zna i wie, jakie mam podejście do pracy, mówił mi: Ty dopiero jak będziesz na swoim, to pokażesz na co Cię stać. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Ale już czuję energię, która przypływa do mnie z każdym dniem, im bliżej jestem wejścia na swoje. Ja po prostu muszę być na swoim, by dać z siebie 100 %. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu muszę… i niebawem poczujecie na pewno tę samą energię i zrozumiecie, że miałam rację! Ale jeszcze trochę kochani. Jeszcze trochę…