Nasz nowy salon – kącik wypoczynkowy

10 lipca 2018

No dobra – napisałam to tak, jakby ten salon miał z 50 metrów i kilka części :D Ale chciałam po prostu, by od początku było jasne, że pokazuję tylko ten kąt z narożnikiem, nie całość, dlatego, że całość nie jest jeszcze skończona w 100 %.

Ile to ja miałam pomysłów na swoje mieszkanie, na to jak będzie wyglądało… tego to nie wie nikt, nawet ja sama. Od miłości do stylu skandynawskiego, po miłość do pięknego glamour. Na czym się skończyło? Na tym, że w sumie wybieram to co mi się podoba i dbam o to, żeby wszystko do siebie w miarę pasowało. Jaki wyszedł z tego styl? Sama nie wiem :D

Pisałam Wam o tym już milion razy, ale wiem, że mogą tu być osoby, które dopiero co tu trafiły, dlatego krótko napiszę jaki był zamysł. Ogólnie wymyśliłam to sobie w swojej głowie tak, że bazą jest biel: ściana, podłoga. I tą biel miałam uzupełnić kolorami. Wiem jednak, że mówiąc kolorami, większość może czuć się rozczarowana, że są one tak stonowane i w większości…szare :D No ale doceńcie moje starania, że mimo miłości do bieli i szarości, wplotłam jednak jakiś mini element różu i niebieskiego. Dla mnie to już max kolorów, które mogę u siebie tolerować :P

Generalnie wyszło tak, że jest i trochę z kochanego glamu, ale jest też coś ze scandi ( np. narożnik czy drewniane ramki na ścianie ) co ociepla nieco wizerunek salonu. 100 % glamu nie jest dla mnie, bo poczułabym się jak w pałacu, a to ma być jednak DOM. Dla mnie wyszło idealnie i chyba nic na obecną chwilę bym nie zmieniła ( jeszcze się nie nacieszyłam). Poza tym – rzeczy z kategorii glamour, naprawdę wysokiej jakości, mają ceny z kosmosu. Te tańsze niestety wyglądają strasznie tandetnie.

 

STOLIK KAWOWY

 

Pierwszym elementem, który znalazł się w naszym mieszkaniu, jak jeszcze siedzieliśmy tyłkami na podłogach, był stolik. I już od samego początku dostałam o niego kilkadziesiąt zapytań, mimo, że gdzieś tam delikatnie tylko przewijał się na kilku zdjęciach. Właścicielkę marki TAVOLINI poznałam na targach i była to jedyna osoba z która nawiązałam kontakt, bo jej produkty na targach wnętrzarskich olśniły mnie do tego stopnia, że nie mogłam się nie zatrzymać :D Od razu wiedziałam, że stolik tego typu idealnie wpisze się we wnętrze, które wtedy dopiero planowałam w swojej głowie. TAVOLINI to młoda firma. Oferowane przez nich stoliki wpisują się w aktualne trendy światowego designu, a modele stolików są minimalistyczne. W ofercie mają bogaty wybór rozmiarów i kształtów, możecie np. wybrać sobie stolik okrągły. Stoliki Tavolini to połączenie stali nierdzewnej polerowanej z blatami wykonanymi z włoskich spieków kwarcowych marki Laminam. Jeśli chodzi o blat to również możecie sobie wybrać spośród wielu proponowanych w ofercie. Blaty są odporne na kwasy, w tym sok z cytryny i są bardzo łatwe w utrzymaniu – możecie z nich zmyć nawet ślady po pisaku, a to przy dzieciach bardzo prawdopodobne :P Blaty są higieniczne i żywność może mieć z nimi bezpośredni kontakt. Ciekawe jest też to, że można bez obaw odłożyć gorący kubek bezpośrednio na blat. Blaty są też odporne na jakiekolwiek zarysowania itp.

Jeśli chodzi o mój stolik to jest to kwadrat w rozmiarze 80×80 z blatem o nazwie Pietra Di Savoia Grigia i podstawą ze stali nierdzewnej z wysokim połyskiem.

 

 

 

 

 

NAROŻNIK

 

Jeśli chodzi o narożnik, to przyznam, że kierowałam się w jego przypadku wyglądem a nie funkcjonalnością. Nie jest rozkładany, ale jakoś wielce mi na tym nie zależało. Teściowa mówi, że śpi się dobrze :D Jest bardzo wygodny, piękny i soliiiidny. Model narożnika to REPOS od Vox. Na stronie do wyboru jest chyba mniej tkanin, niż na miejscu w salonie, więc warto wybrać się do najbliższego salonu i obejrzeć wszystkie próbki materiałów. Tkanina, którą ja wybrałam to SOFIA13 grupa C. Nóżki narożnika są z drewna bukowego. Plusem jest ich wysokość, która pozwala na dotarcie odkurzaczem do tych zazwyczaj trudno dostępnych miejsc, bez konieczności przesuwania mebla. Szczerze? Nie zamieniłabym tego narożnika na żaden inny. Super mi się na nim odpoczywa i cieszy oko każdego dnia.

 

 

 

 

DYWAN

To jest petarda. Swoje kosztuje, ale za tą jakość, rozmiar, wykonanie i wzór – można zapłacić! W poprzednim mieszkaniu trzy razy kupowałam gówniane dywany za ok. 300 zł każdy! Wszystko tandetne, łapiące brud w tempie ekspresowym i na maksa beznadziejnie wyglądające w realu… w dodatku tak ciężkie w utrzymaniu, że wszystko z czasem lądowało na śmietniku.

Ale ten dywan… to jest jakiś kosmos. Można go znaleźć w sklepie Carpets&More gdzie jest masa cudownych dywanów – różne rozmiary, różne wzory i wszystko absolutnie zachwycające i unikatowe. W życiu nie sądziłabym, że zdecyduję się na dywan patchworkowy, ale ten wpadł mi w oko od razu. Próbowałam szukać czegoś innego, bo byłam święcie przekonana, że rozmiar 140×200 jest za duży, ale miłość do wzoru od pierwszego wejrzenia wygrała, a dywan w salonie okazał się rozmiarowo idealny – jakby był szyty na miarę. W rozmiarach mniejszych, dywan ten występują w konfiguracji prostokątów 4×4 a nie 3×3 jak u mnie. Ten 4×4 pokazany jest na stronie, o tutaj.   Nie chcę Wam tutaj kurcze wypisywać poematów o dywanie, ale serio on jest tak boski, że nie mogę się wciąż nim nacieszyć :D ( jak wszystkim hahaha)

 

 

 

 

 

Dywan jest mega łatwy w utrzymaniu, nic się z nim nie dzieje, nie łapie brudów, wystarczy go odkurzyć i po sprawie. To zasługa niskiego runa, ale nie pytajcie mnie o to :D Tak napisali na stronie :P Znawcą dywanów nie jestem,  toteż ten fragment opisu muszę tutaj wkleić:

 

„Ten piękny dywan jest nowy, ale został celowo poddany procesowi szlachetnego postarzenia, by uzyskać efekt Modern Vintage. Oprócz niezwykłej estetyki dywan ten cechuje absolutnie bezkompromisowa jakość wykonania. W 100% naturalne materiały – 15% wełny nowozelandzkiej i 85% bawełny szenilowej – sprawiają, że jest nie tylko przyjazny dla środowiska (w pełni biodegradowalny i wyprodukowany przy użyciu najbardziej ekologicznych technologii), ale również niesie ze sobą niepowtarzalne korzyści i udogodnienia w życiu codziennym”

Jest sztosik, co? Serio, lepiej wybrać nie mogłam!

PODUSZKI

Wszystkie poduszki, które znajdują się w moim salonie pochodzą ze sklepu Pillovely.  Szczerze mówiąc wzory ich poduszek ( od totalnie klasycznych, po takie ze zdobieniami) są na maksa unikatowe i niepowtarzalne. Poduszki są wykonane z mega dokładnością i nie można się tutaj do niczego przyczepić. Nawet mój F. który jeśli chodzi o to co kupuję do wnętrz, nie zwraca na to szczególnej uwagi ( bezczelny ) o poduszkach powiedział, że są mega fajne i miłe w dotyku i widać, że nie jest to żadna tandeta. Kto na bieżąco ogląda stories, ten widział jak ekipa Pillovely pakuje swoje produkty – każda poduszka, w osobnym kartoniku dekoracyjnym, a każdy kartonik ręcznie ozdobiony – wszystkie różne, wszystkie absolutnie piękne! Ja wiem, że to tylko karton, opakowanie, ale ja mam tak, że dla mnie to w czym przychodzi produkt robi dużą robotę i zawsze taką firmę postrzegam jako maksymalnie dbającą o klienta, a nie traktującego go jako kolejne zamówienie w sklepiku, które trzeba szybko owinąć streczem i niedbale wysłać, byle chajs się zgadzał.

Poduszki są produktem polskich, szytym w lokalnych szwalniach. Gwarantuję Wam, że wszystkie poduszki są tak unikatowe, że możecie mieć pewność, że nie zobaczycie ich w co drugim mieszkaniu.

Różowe poduszki, które są u mnie w salonie to JUGE z kolekcji retro. Niebieskie jak widać są z tej samej kolekcji i nazywają się LISAMI , a te fioletowawe myślałam, że będą bardziej szare, ale i tak są śliczne – to klasyczne poduszki DALA. 

 

 

 

 

 

 

PLAKATY

Plakaty w ramach są ze strony Bluebird Design. Nawet nie wiecie ile czasu zajęło mi wybranie i stworzenie kompozycji, która nie ograniczałaby się do powieszenia trzech pionowych plakatów obok siebie :D Ale dałam radę. Początkowo wszystkie plakaty chciałam zamówić w srebrnej ramie, ale stwierdziłam, że dla przełamania, dwa mniejsze wezmę w ramkach drewnianych. Ktoś może powiedzieć: to kompletnie do siebie nie pasuje! Zapewne dla wielu osób, tak to właśnie będzie wyglądało, ale mi się podoba i lubię takie nie oczywiste rozwiązania. Plakaty są starannie wykonane, a na stronie jest dużo fajnych grafik do wyboru, do każdego pomieszczenia.

Teraz przy efekcie „finalnym” widzę, że na ścianie jest jeszcze sporo miejsca, żeby dodać kilka mniejszych grafik, ale póki co – pas. Nie chcę przesadzi. Na razie podoba mi się tak jak jest.

 

 

 

 

 

 

OŚWIETLENIE

W kwestii oświetlenia miałam najwięcej wątpliwości. Prześledziłam chyba cały asortyment we wszystkich sklepach online i stacjonarnych wzdłuż i wszerz. Finalnie stwierdziłam, że nie ma sensu wydawać 500 zł albo i więcej na lampę, która podoba mi się jedynie „jako tako” a nie urywa mi tyłka. Toteż kupiłam w leroy dwie jednakowe lampy do salonu i kuchni, każda po stówce i póki co mi styka. Lampa idealnie pasuje mi do salonu i nie sądzę, że będę mieć jakieś parcie, żeby ją zmieniać. Wręcz przeciwnie, odczuwam dumę, że straciłam tak mało kasy, a efeky mi się podoba :D

 

 

 

GRZEJNIK

W świeżo odebranym mieszkaniu, grzejnik był dokładnie tam gdzie teraz stoi narożnik – centralnie za nim. Mało tego, był tak wielki, że nie było opcji, trzeba było to wszystko przenieść na ścianę, na której jest wyjście na balkon. No ale tam z kolei trzeba było już kupić grzejnik pionowy, z rodzaju tych dekoracyjnych. Sporo się naszukałam, zwłaszcza, że okazało się, ze te super cienkie i ładne, mają bardzo małą moc, mianowicie ogrzewają pomieszczenia mające do ok. 4 m2. Ten grzejnik znalazłam w necie i kupiliśmy go za ponad 2 tys złotych, ale było warto. Jest naprawdę ładny i porządnie grzeje. Cena wcale nie jest kosmiczna, grzejniki dekoracyjne z prawdziwego zdarzenia czyli już naprawdę przypominające jakieś dekory czy rzeźby, to koszta rzędu nawet 20 tys złotych. Kosmos.

 

 

DODATKI

Na sam koniec zostawiłam drobiazgi, które widać na stoliku. Tacy naszukałam się jak chora, ale w końcu znalazłam piękną, lustrzaną i w dodatku nie taką masywną, jak chciałam kupić pierwotnie. Ta jest delikatna i meeega efektowna. Będę nudna, jak powiem, że się nią niesamowicie jaram :D Kupiłam ją w sklepie primavera home.

To co na tacy, logiczne, że będzie się zmieniać, ale póki co postawiłam na niej to, co kolorystycznie pasuje do całości – upolowany dwa lata temu zestaw filiżanek i talerzyków na stojaczku ( westwing) i śliczne jabłuszka ze sklepu KiK – za mega grosze.

Kwiatki są w zwykłej szklance z Zara Home. Szklanki te pokazywałam Wam już we wpisie z Wielkanocną aranżacją stołu. 

 

 

 

 

 

 

CO DALEJ?

 

Kąt, który Wam pokazałam, właściwie jest już skończony, ale i tak się zmieni, kiedy dojdą zasłony i firanki oraz piękne listwy przysufitowe. Za narożnikiem zostanie również położona sztukateria taka jak na ścianie z telewizorem ( pokaże Wam w następnym wpisie), ale czekam na montaż kuchni, żeby wiedzieć, dokąd mają sięgać listwy ( kuchnia jest na tej samej ścianie co narożnik). Te dodatki jeszcze bardziej uprzytulnią ten kącik i będzie to wyglądało dużo lepiej.

 

 

Salon w całości pokażę Wam na przełomie lipca/sierpnia, kiedy zostaną już położone tapety, powieszone zasłony i kiedy kupię w końcu stolik pod TV – a tutaj sprawa nie jest prosta, bo również mi się nic nie podoba :D

Póki co – to na tyle. W urządzaniu własnego gniazdka, najważniejsze jest to, żeby finalnie, czuć się w nim po prostu dobrze. Ja czuję się wyśmienicie, więc chyba osiągnęłam zamierzony efekt. Jest idealnie, tak jak lubię. Jasno, szaro, srebrno, ale dla mnie… przytulnie. To wnętrze stworzone typowo dla mnie, ale mam nadzieję, że goście i domownicy również się w nim odnajdą… ;) Dziewczynkom jak zaraz zobaczycie, odpoczywa się w tym kącie całkiem dobrze :P

A na koniec, dziękuję Wam za cierpliwość – wiem, że ogromna liczba czytelników, czekała z niecierpliwością na kolejny wpis z naszego gniazdka, ale wiecie jaka jestem… wolę zaczekać niż robić coś na odpieprz :) Mam nadzieję, że się podoba i że wielu z Was choć odrobinkę zainspiruję :*