Nauczycielu bądź człowiekiem.

14 maja 2014

Pamiętam to jak dziś. Liceum. Każdy z Nas czuł się już prawie jak dorosły. Nowa szkoła, nowy start, można pokazać się od innej strony.

Wychowawczyni mi znana. Uczyła mnie historii w podstawówce. Fajna babka. Byłam jej najlepszą uczennicą. Pierwsze miejsca w konkursach historycznych, dodatkowe zajęcia, referaty na oceny celujące. Wszystko ponad program. Jednak już na starcie zauważyłam, że nie jest już taka jak kiedyś. Szydercze uśmiechy, docinki. Czułam jakąś dziwną energię, która od niej biła. 

Na lekcji organizacyjnej zrobiliśmy wyboru do samorządu klasowego. Zostałam przewodniczącą. Uczniowie nie znali mnie jeszcze zbyt dobrze, ale widocznie wzbudziłam zaufanie. Stwarzałam wrażenie pewnej siebie, bo z taką maską żyje się po prostu łatwiej. W rzeczywistości byłam krucha, słaba, nie mogłam znaleźć swojego miejsca na ziemi. Wszystko ładnie pięknie. Tydzień później na godzinie wychowawczej, wychowawczyni wpadła na „genialny” pomysł. Każdy z nas, na kartce napisać miał trzy osoby, które lubi najbardziej i trzy których nie lubi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wyniki zostały ujawnione.

„Najbardziej nielubiane w klasie są X,Y i Alicja W.” – ogłosiła głośno przy 30 osobach, przy czym przy moim nazwisku na jej twarzy pojawił się głupi uśmieszek. Poczułam się jakbym dostała w twarz. Ja, stwarzająca pozory niezniszczalnej i wygadanej dziewczyny – poczułam, że palę się ze wstydu, a oczy zaszły mi łzami. Dawno nie czułam się tak poniżona. I pomijam już fakt, że nie wiem czy to była prawda, bo zbierając wtedy kartki widziałam się w rubryce tych najbardziej lubianych. To już jest mało istotne. Czułam się źle. Cholernie źle. Dla kogoś kto ciągle w siebie wątpi, a swoje poczucie własnej wartości uzależnia od innych, było to tak, jakby ktoś wyrwał cząstkę mnie i ją zdeptał, przeżuł i wypluł.

Ale minęło kilka dni i wszystko zaczęło wracać do normy.  Cudownie spełniałam się w roli przewodniczącej i każdego dnia potrafiłam załatwić wszystko to, co było w interesie mojej klasy. Na przerwach prowadziłam „korki” z j. angielskiego, ponieważ pani, która Nas go uczyła nie potrafiła przekazać wiedzy tak, by ktokolwiek skumał o co chodzi. I to był kolejny błąd. Niby podważyłam autorytet nauczyciela. Teoretycznie chciałam dobrze. Zawsze w każdej szkole była jedną z najlepszych uczennic jeśli chodzi o j.angielski. Miałam do tego głowę, świetny akcent. Umiałam też uczyć innych. Ale szkoła nie lubi uczniów, którzy się wychylają i są przebojowi. W naszej szkole najbardziej lubiane były takie szare myszki w pierwszych ławkach. Nie przeszkadzały, ale też nigdy się nie udzielały.

Chciałam mimo wszystko się na coś przydać. Za chwilę miałam jednak zaliczyć kolejny fuck-up. Lekcje fizyki nie należały do najprzyjemniejszych, ale znieślibyśmy to, gdyby nie fakt, że po pierwszym sprawdzianie okazało się, że skala ocen kończy się na czwórce. Taki system znacznie zaniża średnią końcową wszystkich ocen, bo piątki z fizyki nie dostanie nikt. Miałam w sobie poczucie takiej misji, że nie możemy być traktowani jak idioci, którzy jako jedyni ze wszystkich szkół w mieście, mają jakiś inny system oceniania. Poszłam do dyrekcji. Nie poszłam tam walczyć. Chciałam, żeby było sprawiedliwie. Brak piątek nie był jeszcze tak fatalną sprawą jak fakt, że to co przy normalnej skali łapałoby się na dwójkę, przy skali pana od fizyki było na pałę. Tej interwencji dyrekcja nie przełknęła. Dowiedziałam się, że jestem bezczelna, że uważam się za nie wiadomo kogo. Wiele epitetów usłyszałam na swój temat, zostałam wyśmiana, wytknięta palcem. A na koniec zwołano w szkolę radę. Z mojego powodu. Zwołano radę jak gdyby chodziło o gwałt na uczennicy.

Kolejny zwykły szary dzień. Wchodzę do szkoły. Godzina wychowawcza. „Przykro mi, ale nauczyciele jednogłośnie stwierdzili, że zostałaś usunięta z samorządu.”. Stoję jak wryta. Co ja im zrobiłam? Znów ten cholerny szyderczy uśmieszek. Znów moje łzy w oczach. Znów moje starania okazały się niczym. Może jestem totalnym gównem. Może jestem nic nie warta. Może oni mają rację. A może to i lepiej. Może teraz nie będzie już żadnych kwasów, może lepiej się usunąć, nie wychylać. To było akurat ciężkie, bo byłam jedną z tych uczennic: głośne, przebojowe. Tylko, że za tą moją głośną naturą, była też wielka ciekawość świata, aktywność, zaangażowanie. Ale jak już wspominałam – nauczyciele tego nie lubią.

Myślałam, że teraz będzie już tylko lepiej. Że będzie spokój. Najgorsze miało jednak nadejść. Wkrótce do grona nie trawiących mnie nauczycieli, dołączyła pani od języka niemieckiego. Nie ma mnie na lekcji. Przychodzę dopiero na drugą. W szkole wielkie poruszenie. Nauczycielka nie chce wpuścić mnie do klasy krzycząc, że o wszystkim wie już dyrekcja, że natychmiast mam dać telefon do rodziców. Jestem bezczelna, po co w ogóle chodzę do szkoły, z takim podejściem daleko nie zajdę. I znów. Czuję się jak gówno. Można mnie wyzywać, można mną pomiatać. Wszędzie wszystkim przeszkadza. Mam coraz mniejszą chęć chodzić do szkoły. Całą urazę i złość chowam jednak w sobie. Po cichu w samotności płaczę, ale wśród znajomych nadal staram się mieć maskę niezniszczalnej. Zresztą wśród nich, nie myślę o tym całym syfie zwanym szkołą. Nie mam już ochoty się uczyć i robić nic. Szkoła i nauka są do bani. To wszystko jest nic nie warte.

Po sytuacji z j.niemieckim wróciłam do domu. Mama powiedziała mi, że dostała telefon ze szkoły. Podobno są ze mną poważne problemy.  Do szkoły uczęszczają chłopacy dostający same pały, są też ćpuny, są złodzieje. Są jednostki, które potrafią wyzwać nauczyciela na środku sali. Ale to ja jestem poważnym problem. To ja te problemy stwarzam. Same pozytywne oceny, zaangażowanie, raz nie było mnie na lekcji – najbardziej problemowy uczeń w szkole. O co tutaj chodzi… W kolejnych dniach dowiedziałam się z prywatnych źródeł, że wychowawczyni obgaduje mnie… poza szkołą. Ze swoimi koleżankami. Dzień wcześniej widziała jak w szkole w czasie przerwy siedziałam na schodach. Nade mną stał kolega. Jej wersja : ” I siedzi i ryczy na tych schodach, przeżywa jakieś miłosne rozterki i co ona sobie głupia myśli, że szkoła to miejsce na takie rzeczy?”. Nie dałam rady. Dlaczego ciągle jestem na językach? Dlaczego w ogóle ktoś tak bardzo na mnie się skupia? Czy jestem aż tak żałosna? Czy jestem aż takim gównem, że mój smród porusza wszystkich wkoło?

Może brzmi to niepozornie, ale mnie dotknęło jak nigdy. Te wszystkie wydarzenia razem wzięte spowodowały, że moje poczucie własnej wartości spadło w końcu do zera. Z radosnej nastolatki, która czuje, że może wszystko stałam się zbłąkaną duszą. Czułam się jak … jak nikt. Zaczęłam dostawać pały za nieuzasadnione sprawdziany, za nieobecności nawet z powodu choroby na forum klasy zostawałam przepytywana. Codziennie grożono mi nagannym zachowaniem. W kolejnych dniach za złe zachowanie koleżanek, podczas gdy ja siedziałam cicho – musiałam pisać jako jedyna niezapowiedziane kartkówki. Miałam dość. Wróciłam do domu i poleciałam prosto do toalety. Zaczęłam wymiotować, a na myśl o szkole dostawałam dreszczy. Czułam, że nie znaczę nic. Zamknęłam się w pokoju, zasłoniłam roletami całe okno. Poszłam spać. Wstałam o 20, spakowałam się do szkoły i szłam spać dalej. Rano szkoła, po szkole sen w ciemnym pokoju, pobudka o 20 i znów spać. Nim się obejrzałam minęło mi w tym stanie kilka miesięcy.

Kilka miesięcy w ciemnym pokoju. Odcięłam się od rodziny, a w weekendy ( i nie tylko….) odreagowywałam alkoholem. Depresja pochłonęła mnie całą. Coraz mniej się uczyłam. Jakby tego było mało przed ukończeniem pierwszej klasy kiedy świadectwa były już wypełnione jednak nie można było ich jeszcze nikomu pokazać dowiedziałam się, że koleżanki wychowawczyni już widziały moje świadectwo. Nie rozumiałam czemu, ale wkrótce zrozumiałam. Wychowawczyni chciała się zapewne popisać, jaką zgotuje mi nauczkę. Doprawdy, świetnie opracowany plan… Zakończenie roku. Odbieram świadectwo. Zachowanie UWAGA nieodpowiednie. Nawet koleś, który wyniósł ze szkoły telewizor nie dostał takiego zachowania…Jebs. Chaos w głowie. Wpatruję się w ten świstek papieru. Oczy zalewają mi się łzami. Pytam zdziwiona ” Nieodpowiednie…?”. W odpowiedzi dostaję znów ten głupi szyderczy uśmiech i odpowiedź: ” A dziwisz się?”. Jestem gównem… jestem gównem.

Wakacje mnie zregenerowały. Spotkania z przyjaciółmi, wspaniałe osoby wkoło. Beztroska, chillout, pierwsze wyjazdy bez rodziców nad jezioro. Na regale leżała książka. Dostałam ją od mamy. Miała tytuł sekret, a mama kiedy mi ją kiedyś dała powiedziała: może to Ci pomoże. Pewnego dnia w końcu po nią sięgnęłam i zaczęłam czytać. Pierwszy raz poczułam, że może jeszcze odzyskam sens życia. Ten prawdziwy. Taki, który sprawia, że chce się żyć, że chce się sięgać gwiazd. Pewnego dnia wstałam, odsłoniłam rolety i zaczęłam żyć. Druga i trzecia klasa liceum upłynęła mi na fazie: wyjebane. Dużo wagarowałam i miałam tryb imprezowicza, ale wychowawczyni z tego co pamiętam zaszła w ciążę i odeszła, fizyki w 3 klasie z tego co pamiętam już nie było.

Czy sytuacja w liceum miała na mnie wpływ? Tak. Ogromny. Do tej pory mam problem z wiarą we własne możliwości. Często zwierzam się siostrze, że ogromnie jej zazdroszczę tego, że umie to i tamto podczas gdy ja do wszystkiego mam dwie lewe ręce. Przed każdym napisaniem pracy na studia odczuwam presję, że człowiek taki jak ja nie może napisać nic wartościowego ani czegoś co ma sens. Zaniżone poczucie własnej wartości dotknęło mnie całej. Nie chodzi tutaj tylko o to co w głowie, ale też o wygląd, który pewnego dnia stał się moją obsesją. Bo tu nie chodziło tylko o fakt, że nic nie znaczę. Ja po prostu cała jestem… do dupy. W moim późniejszym życiu miało miejsce jeszcze wiele przykrych sytuacji, które wynikały z niskiej samooceny.

Dziś z tym walczę. Staram się wierzyć w siebie i kochać swoje odbicie w lustrze. Studiuję i jestem wspaniała mamą. Staram się. Codziennie staram się doskonalić we wszystkim co robię, ale wiem, że pewnych przykrych doświadczeń nie wymażę z pamięci. I czy tego chcę czy nie chcę, one już na zawsze będą się one odbijać na mojej psychice. Bo mimo walki i wiary we własne możliwości – pewne sytuacje są zbyt głęboko zakorzenione, by pozbyć się ich całkowicie.

PS: Tych przykrych sytuacji było o wiele więcej. Nie starczyłoby mi jednak miejsca, by o tym wszystkim napisać. Obrywało mi się nawet wtedy gdy się nie odzywałam. Obrywało mi się za wyraz twarzy – jak się nie uśmiecham wyglądam jakbym była wkurwiona. Gdy odpowiadałam przy sprawdzaniu obecności „Jestem” stwierdzano, że powiedziałam to bezczelnie i w moim głosie czuć pretensje. W drugiej klasie na zastępstwo przyszła do nas dyrektorka. Nigdy cała klasa nie była tak cicho jak na tych zajęciach. Dyrektorka zadała pytanie dla ochotników. Pamiętam, że chodziło o wojnę w jakimś kraju. Zgłosiłam się jako jedyna i odpowiedziałam. Kilka dni temu czytałam o tym w jakiejś książce i czułam się tak cholernie dumna, że jako jedyna z całej klasy miałam taką wiedzę i jeszcze zdobyłam się na odwagę, by o tym powiedzieć. Kilka dni później moja mama dostała informację ze szkoły, że na zajęciach z dyrektorką byłam nieuprzejma i przeszkadzałam… Prosty sposób na to, jak zabić w uczniu chęci do nauki i jego ambicje.

Dlaczego o tym piszę? Bo liceum to czas, kiedy człowiek szuka własnej tożsamości. Błądzi, szuka odpowiedzi na milion pytań. Sprawdza, testuje, doświadcza. Jeśli podczas tego etapu, na naszej drodze staną osoby, które na każdym kroku będą nam pokazywać, że nie znaczymy nic – uwierzymy w to. Dziś, kiedy o tym sobie przypominam, myślę sobie: jeny, dlaczego nic z tym nie zrobiłaś? Dlaczego pozwoliłaś się tak traktować? Dlaczego nie powiedziałaś rodzicom, siostrze? A no dlatego, że tak właśnie działa ten mechanizm. Kiedy ktoś kto powinien być autorytetem, jest nauczycielem i ma „władzę” – zaczynamy wierzyć po cichu, że to z nami jest coś nie tak. I choć bardzo swojego „oprawcy” nienawidzimy… rośnie w nas poczucie, że to my jesteśmy winni. I jeśli komuś o tym powiemy – inni również uznają nas za innego.

Nauczycielu bądź człowiekiem. Nie podcinaj skrzydeł. Pozwól tym skrzydłom latać.

 

Anty reklama dla mojej szkoły. Pozdrawiam i pokazuje dziś środkowy palec. To i tak za mało.
Tempus w Inowrocławiu. A napisy na budynku mówią same za siebie.