Nasza droga na szczyt…

12 marca 2017

PAMIĘTAM JAK JAKIEŚ DWA LATA TEMU, POWIEDZIAŁAM MOJEJ MAMIE: MAM DOŚĆ. NIGDY NIE BĘDĘ MIAŁA WŁASNEGO MIESZKANIA… NIGDY SIĘ NICZEGO NIE DOROBIĘ. NIE MAM STAŁEGO, PEWNEGO PRZYCHODU, NA NIC MNIE NIE STAĆ, CIĄGLE KŁÓCĘ SIĘ Z F… – MAMA ODPOWIEDZIAŁA MI KRÓTKO : JESTEŚ JESZCZE TAKA MŁODA… W TWOIM WIEKU LUDZIE NAWET O TYM NIE MYŚLĄ… JESZCZE WSZYSTKO PRZED TOBĄ.

Miała rację. Miałam wtedy 21, no prawie 22 lata – raczkujący biznes, dziecko, narzeczonego, studia dobiegały końca – większość moich koleżanek w tym wieku rozmyślała jedynie o tym na jaką imprezę iść, lub czego wykuć się na egzamin. Ja miałam już za sobą długą drogę. I zaczęłam pragnąć więcej, nie wierząc, że mogę to osiągnąć. Jakieś dwa miesiące po tej rozmowie, spakowałam manatki i w kilka dni zdecydowałam o przeprowadzce do Warszawy. Nie wiem czego się spodziewałam, nie pamiętam jakie miałam oczekiwania. Wiedziałam natomiast jedno: w mieście, w którym mieszkam nie ma opcji na dobrą przyszłość. Kilka ofert pracy na krzyż, beznadziejnie zarobki i jeszcze Ci ludzie… dla których nie do pomyślenia jest wyjście ze strefy komfortu i zrobienie czegoś inaczej, złamanie schematu, pójście własną ścieżką. Nie byłam w stanie dłużej tam żyć. Czułam się jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca, czułam się coraz częściej tak, jakby oddychanie sprawiało mi trudność. Ogarniał mnie jeden wielki niepokój… i nie było szans na to, żeby to uległo zmianie.

Po przeprowadzce tęskniłam nie raz. Okazało się, że życie w dużym mieście, nie jest takie proste. Ciężko było mi samej całe dnie, z dzieckiem w domu, pracą, z której chciałam w końcu mieć realne zyski i obowiązkami. F. tyrał od rana do nocy, a z czasem w jego miejscu zatrudnienia, zaczęło się wszystko walić. Co chwilę wypadały nam niespodziewane wydatki – najczęściej w kość dawało auto. Spłukaliśmy się ze wszystkich naszych oszczędności, ale to własnie wtedy dostałam jeszcze większą moc. To własnie wtedy zrozumiałam, że… tak wygląda życie. Czego się spodziewaliśmy? Że mało z siebie dając, można wiele zarobić? Że mieszkania dorobimy się w miesiąc? Karta się odwróciła. W firmie, w której pracował F. znów był lepszy okres, a mój blog rozbujał się naprawdę na dużą skalę. Tyraliśmy jak osły, od rana do nocy, on jako kierowca, ja jako blogerka. Padaliśmy wieczorami jak muchy, nie mając siły na nic. Seks czy wspólny film były dla nas abstrakcją. Wtulaliśmy się w siebie każdego wieczora, i zasypialiśmy w sekundę. Byliśmy zdeterminowani. Musieliśmy, po prostu musieliśmy kupić własne mieszkanie. By zapewnić poczucie bezpieczeństwa sobie i naszemu dziecku. By mieć kapitał, który pozwoli nam za kilka lat się nie martwić, że nie mamy kompletnie niczego, co jest coś warte.

Blog zaczął rozwijać się na tyle, że nareszcie byliśmy w stanie coś odłożyć. Ale to odkładanie, było kosztem… wszystkiego. Każdej najmniejszej przyjemności. Na życie wydawaliśmy miesięcznie ok. 600 zł. Nauczyliśmy się żyć prosto i skromnie. Ale bywało ciężko. Całe szczęście pracowałam w branży, w której często coś dostawałam, często mogłam korzystać z jakiś usług za darmo – wiem, że to dużo, bo bez tego, pewnie płakałabym dużo razy częściej. A może i nie… każda zła sytuacja, cały ten pęd, w którym nie mieliśmy dla siebie nawet złotówki, bo każda złotówka była na wagę złota i musiała zostać odłożona – cała ta sytuacja sprawiała, że jeszcze bardziej zagłębiałam się w temat pozytywnego myślenia, by dać sobie z tym wszystkim radę, by to wszystko udźwignąć. Dziś choć znów powinnam odkładać pieniądze, nie umiem już być tak konsekwentna jak wtedy. Z perspektywy czasu widzę, jak ogromnie musiałam być zdeterminowana. Ale pokazałam wtedy samej sobie, że… da się. Tylko trzeba zrezygnować z wielu, wielu rzeczy. Może wtedy aż przesadzałam z tą oszczędnością, z tym liczeniem, z tym nie wydawaniem nawet nadprogramowej złotówki, ale wiecie co? Bez tej konsekwencji, kilka miesięcy później nie miałabym z F. tej kasy którą odłożyliśmy. Jak się okazało – nie mogło być inaczej. Po roku ciężkiej pracy, dostaliśmy kredyt i trzeba było włożyć dużo pieniędzy we wkład własny. I te pieniądze były, czekały. Ostatnie wpływy za współprace odbierałam jeszcze na kilka dni przed wpłatą wkładu własnego. Wszystko na styk… Pamiętam jak ktoś na FB dziwił się… jeju! Żeby dostać taki kredyt trzeba zarabiać z pięć tysięcy. Na pewno dostaliście kredyt? – nie no nie dostaliśmy, ściemniam tak dla frajdy. Skoro ktoś sam powiedział ile trzeba zarabiać i skoro wie jakie są realia w ubieganiu się o kredyt…  to widocznie tyle zarabialiśmy… to jest stolica. Tutaj nie zarabia się tysiaka na głowę… co nie czyni z nas wciąż bogaczy, bo wydatki są dwa razy wyższe ( wynajmując mieszkanie), więc wychodzi na to samo jeśli patrzeć na to, ile człowiekowi zostaje.

Po dostaniu kredytu wydawało nam się, że najgorsze już za nami. Nie wzięliśmy jednak pod uwagi faktu, że … mieszkanie jest do odbioru dopiero za … ponad rok. A kredyt trzeba spłacać… JUŻ. A do wydatków doszło nam jeszcze przedszkole – to było priorytetem, żebym mogła zacząć normalnie pracować w domu, bez wiecznego odrywania się. Na początku wszystko szło dobrze, ale kilka miesięcy temu, wszystko zaczęło się sypać. Blog wciąż hulał, ale praca F. zaczęła stawać pod wielkim znakiem zapytania. Widoków na coś lepszego nie było… Co chwilę coś szło nie tak. Kiedy już coś odkładaliśmy – nagle zaczynały się choroby, nagle psuło się auto. I nie były to naprawy za kilkaset złotych… Starałam się to wszystko ogarniać, na każdy wydatek reagowałam: phiii, damy radę. Ale powoli miałam dość. Czułam się w tej walce o lepsze jutro, osamotniona. F. był przybity z dnia na dzień coraz bardziej, ja zaczęłam sobie wymyślać, że pewnie mnie już nie kocha ( typowa kobieta). W lutym tego roku, było już naprawdę fatalnie. W auto wtopiliśmy ok. 5 tysięcy, pensje F. zmalały o połowę, a ja byłam wykończona. Wyjechałam do rodziców, miałam ochotę rzucić to wszystko w pizdu. Ale karta się odwróciła. F. od dwóch miesięcy walczył o stanowisko w firmie o dobrej renomie. Zgłosił się tam sam ze swoją ofertą, trochę go zwodzili, ale… po powrocie do Warszawy, oznajmił mi, że się udało. I zaczął się… najbardziej ciężki i intensywny czas w naszym życiu. Była jednak „mała” różnica, pomiędzy tym intensywnym czasem, a pomiędzy tym sprzed roku… Teraz wiedzieliśmy, że ta tyrka i te wszystkie pieniądze, które teraz wydajemy – to nasza wielka inwestycja. Inwestycja w w jego pracę, która nareszcie pozwoli nam nie martwić się o to jak przeżyć do pierwszego. Inwestycja w pracę, w której będzie czuł się dobrze, będzie dobrze zarabiał i będzie miał poczucie, że robi coś co lubi i że jest to gra warta świeczki.

Zaczęło się załatwianie samochodu, leasingu – mnóstwo kosztów, bo nie dosyć, że chcieliśmy wpłacić jakiś wkład własny, to jeszcze ubezpieczenia za 5 tysięcy, kolejny raz zepsuta astra i naprawa za ponad tysiaka, kupno sprzętu do pracy za kilka tysięcy, i masa innych wydatków związanych z tą pracą. Nawet za każdy głupi papier z każdego urzędu, trzeba było płacić po 30 zł… Zrobiliśmy sobie u rodziny spory dług, po raz pierwszy, ale… ale nie była to głupia pożyczka na nasze zachcianki. Była to pożyczka na inwestycję w nasze lepsze życie…

Do października, kiedy to odbierzemy mieszkanie, zostało jeszcze trochę. Jestem zdeterminowana, by do tego czasu nie tylko wyjść na zero, ale jeszcze odłożyć coś grosza na wykończenie. Każda porażka, każdy dzień, w którym nie mam widoków na jakiś zarobek – to dla mnie motywacja, by dawać tu z siebie jeszcze więcej… siebie. Wciąż nie robię biznesplanów, a jedynie myślę jak tworzyć jeszcze lepiej… każdy Wasz komentarz, każda Wasza aktywność – to moja siła napędowa, dzięki której chcę robić to dalej. Jestem wdzięczna za tą pracę, jestem wdzięczna za to, że Bóg obdarzył mnie taką siłą i determinacją.

Jestem wdzięczna, że z F. nie powiedzieliśmy w chwilach zwątpienia  tych najgorszych słów, które na pewno wszyscy dobrze znacie: nie da się tego zrobić. Bo jak widać – wszystko się da. Tylko trzeba pamiętać, że … prawie zawsze coś dzieje się kosztem czegoś. Żeby wieść spokojne życie, mieć stabilizację finansową, i nie martwić się wiecznie czy starczy do końca miesiąca – żeby to wszystko osiągnąć, trzeba się najpierw ostro nagimnastykować. Nie chodzi mi tylko o tyrkę fizyczną, ale o umiejętność podejmowania decyzji, cofania się czasem w tył, wiedząc, że to zaprocentuje. Sama tyrka dla pieniędzy, byle przeżyć może trwać w nieskończoność. Jeśli Ci źle – musisz myśleć nieustannie co można zmienić, czyhać na okazje, a przede wszystkim wierzyć. Gdyby nie wiara, nie byłabym tu gdzie jestem, nie miałabym tego co mam.

Tak. Nie jest łatwo, ale nie chcę już na to patrzeć w kategorii: będzie ciężko. Owszem, będzie, ale … przecież zmierzamy na szczyt. A droga pod górkę, nigdy nie jest łatwa… Dlatego – nigdy nie narzekaj, nigdy się nie poddawaj. Walcz o swoje marzenia i nie czekaj aż ktoś podstawi Ci coś pod nos. Nie jest łatwo, ale z drugiej strony… możliwości jest wiele. Nie poddawaj się za każdym razem, kiedy coś nie wyjdzie. Porażki są po to, by dać nam lekcję, by nas zahartować. Gdyby osiągnięcie sukcesu było proste, a droga do niego usłana różami – osiągałby go każdy. Tymczasem zobacz… zobacz ilu ludzi wypada z tej drogi, bo… za trudno, za długo, za ciężko. Na szczyt dochodzą Ci najbardziej zdeterminowani. Ci, którzy nie siedzą na kanapie i się nad sobą nie użalają, tylko działają. Ci, którzy po porażce, wstają się, otrzepują i cisną dalej. Pokłady siły potrzebnej do osiągnięcia sukcesu, ma w sobie każdy z nas. Są jednak skryte bardzo głęboko… należy się do nich po prostu dokopać, poznać je i pielęgnować. Z czasem będziesz już wiedział co robić dalej… gwarantuję Ci. Po prostu zrób pierwszy krok…

… i zacznij iść na sam szczyt.