Na początku był… targ.

23 sierpnia 2016

Nie jestem osobą, która może się poszczycić bogatym CV. Ale nie oznacza to, że słowo „praca” jest mi obce. Poszczycić się za to mogę smykałką do handlu, którą zaszczepiono we mnie od najmłodszych lat. Chyba dzięki temu właśnie, zaraz po skończeniu liceum i pierwszej fatalnej pracy na ogródkach piwnych, podjęłam decyzję o tym, by pracować nie mając nikogo nad sobą. Ciągnęło mnie do własnego interesu, a wizja szefa stojącego nad głową zdecydowanie nie była dla mnie. 

Zanim doszłam do punktu, w którym jestem obecnie – praca jaką jest blog –  po drodze spróbowałam wielu rzeczy. I zawsze, ale to zawsze chodziło o handel. Zgodnie z zasadą ” kupuj taniej, sprzedawaj drożej”, próbowałam tego handlu na wiele możliwych sposobów. Gdybym tylko miała możliwości finansowe, od razu otworzyłam jakiś sklep internetowy albo stacjonarny, byle tylko móc sprzedawać coś dalej. Ale to byłby mój drugi interes, a ja wolę skupiać się jednak monotematycznie na jednej, konkretnej rzeczy. Na razie… ;)

TARG

Pierwszej pracy posmakowałam już w gimnazjum, kiedy to tata zabierał mnie ze sobą na targ. Każdej soboty stałam na targowisku w Janikowie i podawałam tacie z auta to o co proszą klienci. Czasem na chwilę zostawiał mnie samą, a ja jeszcze wtedy wstydliwa i mało pewna siebie, musiałam wynaleźć w aucie te wszystkie rzeczy o które prosili klienci, zapakować, podliczyć i ewentualnie wydać resztę. Nie zawsze chciało mi się wstawać, ale kiedy już tam byłam – lubiłam to. Bardzo to lubiłam.

BRZOSKWINIE

Potem przyszedł czas na większą samodzielność. Sprzedawanie brzoskwiń. Początkowo przy ulicy przed moim domem, potem na słynnym inowrocławskim manhatanie. I tak jak w przypadku targowiska – nie chciało mi się czasem okrutnie, ale ważenie tego wszystkiego, pakowanie, noszenie kartonów i podliczanie kasy – to były pierwsze kroki ku samodzielności, które niesamowicie mnie ekscytowały. Gdzieś tam po drodze miałam też swoje epizody ze zrywaniem wiśni, na które jeździłam rowerem kilka km wstając wcześnie rano, z roznoszeniem ulotek, czy z pracą w polu – i choć nie trwało to długo to nauczyło mnie więcej niż jakieś prace biurowe… Ach! Zapomniałabym też o byciu konsultantką avon w gimnazjum – potrafiłam miesięcznie kosić po 3/4 stówki, co dla takiej małolaty było całym majątkiem! Ale nie polegało to na siedzeniu na tyłku – byłam naprawdę bardzo aktywna. Miałam też z siostrą epizod sprowadzania butów ze stanów – najnowsze modele nike i adidasów – wtedy to było naprawdę coś! Jak widzicie… handel, handel i jeszcze raz… handel ;)

OGRÓDKI PIWNE

W liceum byłam raczej skupiona na nauce i… noo i na tym co nastolatki lubią najbardziej – ciągłymi wyjściami ze znajomymi. Ale mimo wszystko znajdowałam czas na to, by po szkole chodzić do sklepu mojej mamy i tam wczuwać się w rolę ekspedientki. Przyjmowałam towar, wyceniałam, obsługiwałam klientów. Kiedy zakończyłam edukację w liceum w wakacje zatrudniłam się w ogródkach piwnych. To była fajna praca za dnia, kiedy grała muzyka i świeciło słoneczko. Wieczorami bywało gorzej – pijani faceci rzucającymi obrzydliwymi tekstami, toalety w stanie gorzej niż tragicznym, często bójki i pobite szkło. Całe szczęście zwolniono mnie kiedy tylko poprosiłam o dwa dni wolnego. Pracowałam tam od 9/10 rano do… ostatniego klienta. Czasem nawet do 3. Trzeba było dojechać do domu, wykąpać się i za chwilę znów wstać. To była fajna praca, gdybym mogła cofnąć się w czasie mimo wszystko nie poprosiłabym wtedy o wolne. Ale wtedy wielce zakochana nie mogłam znieść tego, że z wakacyjnego okresu pełnego szaleństwa korzysta tylko on. Beze mnie.

KOMIS ODZIEŻOWY

Po wakacjach poszłam na studia zaoczne, postanowiłam otworzyć wreszcie coś swojego. Otworzyłam… komis odzieżowy. Uwielbiałam być w tym sklepie. Czułam się tam jak ryba w wodzie. Początkowo wszystko szło dobrze, rzeczywiście znajdywały się tam same perełki. Marynarki, których ceny w sklepach sięgały kilkuset złotych, u mnie można było dostać za … 40. W stanie oczywiście idealnym. Wszystko zniszczył mój brak asertywności. Ludzie przychodzili i wpychali mi w ręce rzeczy delikatnie mówiąc… przeciętne. A takich to wiecie – wszędzie jest mnóstwo. Wiedziałam, że dłużej tak nie pociągnę, zwłaszcza, że nie były to jeszcze czasy, w których można było bez problemy rozreklamować coś w social mediach. Nie chciałam tego dłużej ciągnąć i zamknęłam sklep. Była to jednak dla mnie ogromna lekcja. O cały sklep dbałam sama. Przyjeżdżałam rano, przygotowywałam sklep do otwarcia, do godziny 17 przyjmowałam towar, wyceniałam, metkowałam, zawieszałam, obsługiwałam klientów, pakowałam to co się nie sprzedało. Podobało mi się to tak bardzo, że na prawdę byłam ogromnie zawiedziona kiedy mi nie wyszło. Dziś znów śmiało mogłabym otworzyć ten sam biznes, nie popełniając błędów, które popełniłam wtedy. Bo naprawdę to lubiłam.

PRACA BIUROWA i… INTERNETOWY SECOND HAND

Zaraz po zamknięciu sklepu poszukałam sobie pracy biurowej. Głównie ze względu na to, że był to czas starań o dziecko, więc nie mogłam sobie olać zatrudnienia. W ciąże zaszłam niemalże na początku tej pracy, szybko przechodząc na chorobowe w związku z kilkoma omdleniami i wymiotowaniem 20 x dziennie … Ale siedzenie w domu bezczynnie nie było dla mnie. Musiałam coś robić! I wtedy założyłam blog, a wraz z nim… YOUR STYLE SCEOND HAND. Wyszukiwałam perełki – kupowałam taniej, sprzedawałam drożej. Same rzeczy w idealnym stanie, unikatowe, pachnące i wyprasowane. Kupowałam, prałam, prasowałam, a następnie robiłam zdjęcia, obrabiałam i wystawiałam – pod każdym zdjęciem znajdowały się wszystkie potrzebne wymiary, firma oraz cena. Uwielbiałam wrzucać nowy towar i patrzeć jak pojawiają się komentarze: rezerwuję! Kupuję! A ja wszystko pakowałam, drukowałam wizytówki, biegałam na pocztę i wysyłałam. O jeju! Jak ja to lubiłam! Im bliżej rozwiązania, tym mniej miałam sił. W ostatnim miesiącu całkowicie zaprzestałam sprzedaży ubrań, zwłaszcza, że kulałam się codziennie na praktyki do Straży Pożarnej w Toruniu. Do podobnej branży wróciłam jeszcze całkiem niedawno, wykonując już równolegle zajęcie, o którym poczytacie poniżej – tym razem jednak załatwiłam sobie dojście do rzeczy sieciówkowych, nowych – które sprzedawałam w znacznie niższej cenie niż w sklepie. Również wspominam miło, ale jednak poniższy „zawód” nie pozwolił mi działać na dwa fronty… ;)

BLOG

W międzyczasie pisałam blog. Pisałam go i pisałam, zyskując coraz więcej czytelników. Im dłużej pisałam, im więcej czasu na to poświęcałam – tym większych rozmiarów to wszystko przybierało. Wywiad w DDTVN, w radiu, w gazecie… pierwsze wyróżnienia. Zaczęły pojawiać się pierwsze propozycje współprac, początkowo barterowych, potem za pieniądze. Zdarzało się to sporadycznie, ale od jakiegoś półtora roku zaczęło to wyglądać na prawdę poważnie. Spotkania służbowe, telefony, stos umów, rachunków, ustaleń ze zleceniodawcami. Lubiłam to, lubię i … będę lubiła. Zdecydowanie odnalazłam coś co sprawia mi przyjemność i daje nareszcie pensję jakiej nie dałaby mi pierwsza lepsza praca…

TAK TO WYGLĄDAŁO…

Smykałka do handlu i obserwowanie przez pół życia rodziców, którzy sami byli sobie szefami zaszczepiło we mnie chęć posiadania własnego biznesu. W życiu co prawda nie powiedziałabym, że biznesem okaże się blog, ale… cieszę się, że tak wyszło. I choć praca ta trwa nieprzerwanie 7 dni w tygodniu, 24 na dobę, bo tak to jest z czymś własnym… to nie zamieniłabym jej chyba nigdy na etat.

Tak wyglądała moja droga. Tak wyglądały moje „prace”. Jestem ciekawa jak to wyglądało u Was… Czyta mnie wiele dużo starszych ode mnie kobiet, więc założę się, że macie bogatsze ode mnie doświadczenie i związane z tym mniej lub bardziej fajne wspomnienia! Dotarliście już do momentu, w którym metodą prób i błędów nareszcie jesteście w miejscu, w którym chcieliście być? Czy może wciąż zdobywacie doświadczenie, by dopiero być tam gdzie chcecie? A ilu z Was naprawdę robi to co lubi? A ilu z Was zarabia na… na swoim hobby? W dzisiejszych czasach spróbować zarobić na tym co się lubi, to duża odwaga. Zauważam jednak, że coraz więcej osób rzeczywiście bierze życie w swoje ręce i coraz więcej osób postanawia zarabiać na swojej pasji.

Warto pamiętać jednak, że po drodze można załapać dodatkowe źródła przychodów, które możemy polubić. Ja np. od długiego już czasu zbieram na kilku stronach punkty za ankiety. Będę je mogła z czasem wymienić na kasę. Nie za dużą, ale kilkadziesiąt złotych ot tak po pewnym czasie to miła niespodzianka. Takich podobnych sposobów jest całe mnóstwo i ja zawsze się ich łapałam. Nawiązuję do tego po przeczytaniu artykułu Hobby jako sposób na dodatkowy zarobek, w którym autorka genialnie zakończyła swój artykuł stwierdzeniem:

 „Dlaczego zatem warto zainwestować w hobby? Bo to ogromna satysfakcja – pozwoli nam nie tylko się rozwijać i zgłębiać swoje pasje. To może być także dobry i bardzo wdzięczny sposób na dodatkowy zarobek (lub, jak w przypadku wielu, którzy postanowili poświęcić danym obszarom zainteresowań całe życie – główny). Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to sposób na zarabianie pieniędzy, na którym zyskuje się podwójnie – bowiem oprócz lepszego stanu konta (potencjalnie lub realnie – wszystko zależy od tego, czy i kiedy spieniężymy naszą kolekcję) robimy coś dla siebie. Angażujemy się w to, co jest dla nas ważne i nas interesuje. A co więcej, możemy się uznawać za znawców danej dziedziny lub ekspertów. I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa:)” 

Jeśli chodzi o mnie – ogromnie się cieszę, że w swoje hobby zdecydowałam się kiedyś zainwestować. I inwestuję wciąż. W lepsze sprzęty, za którymi idzie lepsza jakość. I wiecie co? Dzięki temu, że tak to lubię… lepszej pracy nie mogłabym sobie wymarzyć… Może nie spróbowałam tych prac zbyt wiele, ale jedno jest pewne – siedzenie na tyłku i narzekanie nigdy nie było dla mnie! A takiej pracy, którą lubicie ( czy to pracując dla szefa, czy dla samego siebie we własnym interesie) – takiej pracy Wam właśnie życzę :) Choć doskonale wiem, że w dzisiejszych czasach o taką pracę jest niezwykle trudno…

  • Kinga Walczak

    O tak! Moje cv tez jest bardzo bogate a mianowicie mam AŻ staż ;-) zaszlam w ciążę w 4tej klasie. W gimnazjum juz chodzilam do „pracy” zrywannie ogórków,wyrywanie cebuli zbieranie pomidorow.nawet wtedy gdy jeszcze nie wiedzialam o ciazy zbieralam z pola cebule a brygadzista zasmial sie ze zarabiam na wozek (chyba jakis wróżbita) ha ha ;-) oczywiscie zrezygnowalam odrazu ale jak to ja znalazlam sobie fuche i siedzialam w kiosku :-)potem przerwa bo byla szkola i matura. Potem ten staz,dorabialam tez w pizzeri i robilam kebaby i bylam nawet na kilku dniach probnych w sklepie obowniczym ale zamkneli sklep w naszym miescie. Aaaa i bym zapomniala pracowałam tez kilka dni w przetworni warzyw ;-)no i oczywiscie jako nianka haha :-)
    A potem nic bo opiekowalam sie babcia lezaca a teraz mam maluszka.
    Handel…uwielbiam pracować w tym kierunku :-) uwielbiam rozmawiac,doradzac miec.kontakt z ludzmi :-) to jest to.co lubie

    • Widzę, że też niezła pracowita mrówka z Ciebie! :D Ale handel to rzeczywiście jest coś super!

  • Właśnie mam kryzys, więc trafiłaś wpisem w sedno…
    Pracuję od 2008 roku kiedy to skończyłam liceum i postanowiłam pójść na studia zaoczne równolegle pracując. Pracowałam i w ogródku piwnym i w sklepach (w galeriach handlowych). Obecnie nie jest źle, bo nie haruję jak wół, ale pracuję na 3/4 etatu, za co dostaję…1000zł. Oprócz zarobków irytuje mnie poczucie, że mogę więcej. Nie tyle zarabiać, co dawać z siebie. W miejscu w którym jestem nie mam możliwości awansu, ani choćby wykazania się. Wymagane ode mnie jest przyjść, odbębnić robotę i pójść do domu. Zamierzam (od 2 lat! :( ) otworzyć własny biznes – ale środków brak. Uwielbiam tworzyć – dłubać w drewnie i szyć. Ludziom się podoba, ale…no właśnie, bez wkładu nie stworzę tego o czym marzę. Od kilku dni rozmyślam jak to jednak ogarnąć, bo nie pociągnę dłużej tak dalej. Mam 27 lat, marzę o założeniu rodziny i prowadzeniu biznesu, jednak tkwiąc w tym w czym tkwię marzenia te za szybko się nie spełnią…

    Zmotywowałaś mnie, to jaką mam karierę za sobą nie przekreśla moich marzeń!

    Życzę Tobie dalszych sukcesów i podziwiam na każdym kroku! :)

    Aga

    • Aga ze mnie to taka niepoprawna optymistka i wiesz co? Wierzę, że pewnego dnia znajdziesz sposób na to, by zrealizować swoje marzenie i zacząć robić to co lubisz. Pamiętaj, że żeby to zrobić czasem trzeba wyjść ze „strefy komfortu” i wręcz się cofnąć… Powodzenia! I dziękuję :*

  • M

    Alu wspanialy post, przewspanialy, przeczytalam jednym tchem:) ja zaczynalam swoja przygodę z pracą na trampolinach dla dzieci, później był salonik kolportera i sezonowa praca w uk na stanowisku pokojowej, później była lodziarnia i na koncu recepcjonistka:) ale teraz jestem na etapie właśnie targu i sprzedawania moich ubran:) Pozdrawiam Cię serecznie:) Ps.blog już zalożony, później podesle Ci adres:) dziękuję moja motywacjo;)

    • Ależ my kobiety jesteśmy pracowite! I żadnej pracy się nie boimy z tego co czytam :) Powodzenia w prowadzeniu bloga :*

  • Ewelina

    Jak widać – i bez wielkiego zawodowego doświadczenia można własną ciężką pracą „na swoim” osiągnąć tak dużo, w tak młodym wieku! Dajesz power wszystkim kobietom – w każdym wieku! Bo udowadniasz, że ten wiek… to bez znaczenia właściwie jest ;) Ja mam 32 lata i wiele prac za sobą na fajnych stanowiskach, ale… ale jednak najbardziej lubię to co robię teraz – posiadanie własnego interesu, bycie samej sobie szefem jak i Ty… pracowałam w Call Center, pracowałam w wielkich korporacjach w Warszawie, na lotnisku, ale… co z tego skoro robiłam to tylko po ty, by się utrzymać, a codziennie wracałam do domu wściekła…Rób dalej to co robisz Alicjo i ja nie zamierzam zaprzestawać robić tego co robię. Pozdrawiam całą Twoją rodzinę !

    • O wow, rzeczywiście masz za sobą dużo prac i dużo doświadczenia i jak widać… najlepiej na swoim :) Dziękuję za miłe słowa, pozdrawiam i Ciebie :*

  • kammm

    dałaś mi power… po raz kolejny :*

  • Urodziłaś się chyba pod szczęśliwą gwiazdą.
    Jesteś inspiracją dla wiele kobiet, matek i blogerek – nawet dla mnie. :)
    Pozdrawiam

  • Wierzę, że kiedyś uda mi się żyć z mojej pasji. Zrobiłam już wiele ogromnych kroków na przód, jednak polskie przepisy są bardzo radykalne i trudno jest otworzyć coś w dziedzinie gastronomii. Kochałam plastykę od zawsze. I nie wiadomo skąd wzięło mi się zamiłowanie do pieczenia. W połowie studiów pedagogicznych zrobiłam kilka tortów, bo strasznie fascynował mnie wygląd masy cukrowej, która była rzadkością jeszcze wtedy. Poddałam się, mnóstwo nerwów, płaczu, niewypałów. Ale mnie ciągnęło i spróbowałam jeszcze raz. W pewnej chwili pomyślałam, że muszę coś z tym zrobić i nie szukać wymówek. Bałam się, że nie podołam, ale kto nie ryzykuje, ten się nie rozwija. Ogłosiłam się na lokalnej grupie „sprzedam/kupię”, że mogę wykonać tort artystyczny. Zrobiłam dla kogoś z rodziny mojej, mojego faceta, dla znajomej znajomej itp.. Robiłam w ciasnej kuchence, w naszym mieszkanku, nie znając jeszcze wielu zasad i podstaw udanych dekoracji. No ale jakoś szło :D Kiedy miałam na koncie 10 tortów, założyłam fanpage. Trochę się wstydziłam, trochę było mi głupio, ale co tam. Po kilku dniach miałam 300 polubień.. Potem 500… potem 10000!!! Mija drugi rok od założenia strony, ja nabyłam potężnego doświadczenia, dostałam się do pracy w dużej cukierni (już tam nie pracuję, jednak wolę domowe zacisze), udzieliłam wywiadu do dwóch lokalnych gazet, mam ponad 2600 fanów, wciąż się rozwijam, udoskonalam swoje umiejętności… Mam nadzieję kiedyś żyć tylko z tego i oddać się temu w pełni. Póki co wspomagam się pracą biurową na etat. Torty kosztują mnie podupadłe zdrowie, permanentne niewyspanie, często nie spałam po 2 doby, miałam wiele kryzysów… Mam nadzieję, że warto.

    • Oj tak, polskie przepisy to w wielu w kwestiach jakaś kpina… Kurcze ogromnie trzymam za Ciebie kciuki, widać, że włożyłaś w to kawał pracy i byłoby super poświęcić się tylko temu. Dzielnie pracy na etat z pasją na pewno wymaga od Ciebie wile siły…. POWODZENIA!

  • Pierwszy Twój tekst, który kiedyś przeczytałam, był o odciągniętym mleku, które się przypaliło czy jakoś tak :-D Od tamtej pory nie trudno zauważyć, że jesteś pracowitą osobą. Niestety czasem jest tak, że nie wszystko zależy od nas, albo inaczej – zależy od nas, ale my zależymy od wielu czynników. Myślę, że istotne jest wsparcie od rodziców. Nie chodzi już o pieniądze, ale o budowanie poczucia własnej wartości i pielęgnowanie wiary we własne możliwości. Trudno być super zaradnym dzieckiem, człowiekiem sukcesu, jeśli nie ma się przykładu z góry, a rodzina każdy pomysł neguje – nie uda ci się, nie masz tylu pieniędzy, zbankrutujesz i wszystko stracisz, nie masz głowy do interesów, itd. Powodzenia!

    • Hej! Wiesz co… na pewno jest to istotne, ale niestety moi rodzice w tej kwestii się akurat nie popisali… wszystkie pomysły były przez nich z góry skazywane na porażkę, nawet nie chodziło im o mnie, ale o realia takie jak piszesz – nie masz tyle pieniędzy sratata. Nigdy nie usiedli nie spytali się jak ja to widzę, niestety. Mówię tutaj oczywiście już o powazniejszych decyzjach jak np. w moim przypadku otwarcie sklepu. Dasz wiarę, że zrobiłam to za ich plecami? Zaprosiłam ich na otwarcie :D Ale u mnie to zawsze było tak, że ja ich stawiałam przed faktem dokonanym, żeby nie mogli mi się sprzeciwić :D

  • spodziewajka.pl

    A ja zawsze chciałam mieć internetowy sklep lub właśnie lumpex. Super sprawa, tylko zawsze zastanawiałam się, czy można z tym wyjść chociaż na zero?

    http://tiny.pl/gw1fc

    • Ajj nie dostałam info o tym komentarzu… wiesz co – w dzisiejszych czasach social mediów, w których wszystko można rozreklamować, można wyjść na swoje. Ale trzeba mieć dobry pomysł i odbiorcę. W mniejszych miastach ciężko ich znaleźć…

  • Misako – matka po japońsku

    Powiem ci szczerze, że często jak gdzieś tam mi przemkniesz w sieci to trochę wywracam oczyma. W szczególności jak piszesz „filozoficzne” wpisy o życiu, ale teraz właśnie sobie uświadomiłam czemu tak było. Patrzyłam na ciebie przez pryzmat innych kilku młodych siks które znam i jakoś tak błędnie założyłam, że za ich przykładem nie możesz mieć za wiele w głowie. To był błąd i zwracam honor Ala. Doszłasz jak na swój wiek bardzo daleko i samo „urodzenie pod szczęsliwą gwiazdą” to za mało, jest w tym i twoja praca za co podziwiam. Wielu może tylko zazdrościć spełnienia zawodowego i wolnego zawodu :) powodzenia

    • Aj nie dostałam info o tym komentarzu, a taki cudowny… nawet nie wiesz jak się cieszę z tego co napisałaś. Bardzo mi miło, że zmieniłaś nieco zdanie i potrafiłaś mi o tym napisać. Dziękuję!

  • Podziwiam Cię za tą siłę, dziewczyno. Jesteś kimś, kogo chcę naśladować, jeśli chodzi o sposób myślenia. Dajesz swoim działaniem niezłego kopa motywacyjnego.

  • Pingback: O oszczędzaniu, uporze i determinacji + sprawdzone sposoby na to, by kupować taniej.()