Mój pierwszy biegowy medal – o tym jak wygrałam ze swoim strachem i słabościami

11 października 2018

Mniej więcej na początku września, struta po zjedzonej dzień wcześniej pizzy, wstałam o 6 rano i powiedziałam: dość. Nigdy więcej nie doprowadzę się do takiego stanu. I poszłam biegać. Przebiegłam AŻ kilometr. Czułam się jak nowo narodzona, a biegłam zaledwie kilka minut…

Nigdy nie lubiłam biegać. W ogóle nie lubiłam się ruszać. Świadomie za aktywność wzięłam się po ciąży, bo była to dla mnie odskocznia od matczynych obowiązków. Ale bieganie to była dla mnie zawsze najgorsza z możliwych katorg. Robiłam jeden, podstawowy błąd: biegłam przez kilometr jak dzik, do zrzygania. Po kilometrze wypluwałam płuca i klęłam jakie to bieganie jest beznadziejne i w ogóle najgorsze. Tym razem było inaczej. Drugie podejście do biegania zaliczyłam w piękny, słoneczny dzień. Biegłam z słuchawkami na uszach, podziwiałam wszystko co wkoło. Drzewa, błękitne niebo, startujące i lądujące samoloty. Inny świat. Najpierw trzy kilometry, później pięć ale z małymi przerwami. Wszystko wolnym tempem, bez patrzenia na czas. Biegłam, żeby się delektować, żeby się zachwycać i odpocząć. Wbrew pozorom nie mam idealnego życia i borykam się z jednym zajebiście trudnym problemem. Bieganie i podziwianie tego co w koło, zatapianie się w muzyce, okazało się moją terapią. Terapia najlepszą z możliwych.

Pewnego dnia mnie natchnęło – może pobiegnę z innymi ludźmi? Nie mam kondycji pozwalającej na maraton, ale jakaś piątka na start byłaby idealna. No i znalazłam. W ramach PZU Maratonu Warszawskiego, tego samego dnia organizowano również T-Mobile Bieg na Piątkę. Totalnie nie myślałam o za i przeciw. Stworzyłam konto na stronie, zapisałam się i opłaciłam od razu pakiet startowy. Kiedy na drugi dzień, na chłodno zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam, zesztywniałam ze strachu i oblał mnie zimny pot. Moja pieprzona reakcja na każde wyzwanie w życiu, na każde nawet najmniejsze wyjście ze strefy komfortu. Dobrze, że wszystko było już opłacone i zaklepane, bo klasycznie po dłuższym namyśle, po prostu bym sobie to wybiła z głowy.

Na dzień przed biegiem i rano już w dniu biegu, trzęsłam się ze strachu jak galareta. Bolał mnie brzuch z nerwów i było mi niedobrze. Nie chodziło o dystans 5 km. Chodziło o zrobienie czegoś innego. Wspólnie z innymi,obcymi ludźmi, a ja jednak zawsze aspołeczna. Chodziło o zrobienie tego wśród tych ludzi, ale jednak w POJEDYNKĘ, bez kompana, który pobiegłby ze mną. A ja nie umiem podejmować się nowych rzeczy sama. Jestem kozakiem jak mam kogoś obok, a sama jestem taką trochę ułomną jednostką, która podpiera ściany. Ale nie było odwrotu. Drogi były zablokowane, brak możliwości zaparkowania. Familia wyrzuciła mnie z auta dużo dalej i klasycznie zostałam ze swoim wyczynem sama. I na starcie i na mecie… Przed biegiem popłakałam się z nerwów w plastikowym „tojtoju”. Ale ten płacz mnie oczyścił. Powiedziałam sobie: robisz to dla siebie. Tylko i wyłącznie dla siebie. Uśmiechnęłam się i czekałam na start. Ja pier…lę. Jak mi było ciężko. Nie wiedziałam jak szybko biegnę, ale miałam wrażenie, że chyba za szybko, bo męczyłam się okrutnie. Po 3 kilometrach czułam, że totalnie wszyscy mnie wyprzedzają, ale biegłam. Było pięknie, świeciło słońce, było mi nawet trochę za gorąco. Przy 4 kilometrze myślałam, że umrę i powiedziałam sobie, że w dupę z tym, nigdy więcej. Ale na mecie mimo wszystko czułam zajebistą satysfakcję, uniosłam nawet ręce w górę, przekraczając magiczny napis META. Chciało mi się płakać ze wzruszenia, bo jak to… ja? Która całe życie nosiła karteczki ze zwolnieniem na WF? Ja, dla której jedyną aktywnością w liceum było przemieszczanie się od klubu do klubu i scrollowanie fejsa po nocach? Serio, ja?!

Okazało się, że mój czas wynosił 26 minut, a normalnie piątkę pokonywałam w około 34 minuty. To duża różnica. 291 miejsce na prawie 1500 kobiet i 1221 na prawie 4 tysiące osób. Dla mnie, świeżaka, to był wynik nie do pomyślenia. Na drugi dzień po biegu, dostałam PMS życia, gorączkę i takie grypowe objawy. Wyszedł mój stres, wyszło przeziębienie i wyszło zmęczenie materiału. Przez cały tydzień nie ruszyłam nawet palcem. Za to wczoraj przebiegłam pierwszą swoją w życiu dyszkę… 10 kilometrów.

Ten bieg na piątkę, był dla mnie czymś więcej niż tylko bieg. To było przełamanie swoich słabości i stawienie czoła strachowi, który jest mam wrażenie nieodłącznym towarzyszem mojego życia… Kiedy przebiegłam metę, miałam taką myśl, że teraz dam sobie już radę ze wszystkim. Naprawdę. Bo ja jestem człowiekiem niezwykle silnym i szczęśliwym, ale borykam się z trudnościami, które praktycznie codziennie próbują mnie emocjonalnie zabić. I to bieganie tak trochę mnie od tego ratuje. Czasem czuję, że jestem już na skraju, że za chwilę już nie wytrzymam i wtedy wbijam się w legginsy, zakładam adidasy, odpalam muzykę i biegnę. I czuję się totalnie oczyszczona, wolna. Biegnę i wiem, że kurde – wszystko będzie dobrze. Zawsze wracam z biegania z totalnie nowa energią, powerem i motywacją. Bo wiem, że nawet jak mi się wszystko spierdoli, to ja sobie z tym doskonale poradzę. Ja po prostu nie widzę innej opcji. Ze szczęściem mi do twarzy i nie zamierzam go sobie odebrać. Chyba nauczyłam się żyć szczęśliwie pomimo rzeczy, które są w moim życiu totalnym niewypałem…

i tak właśnie chcę żyć.