Miłość też musi mieć swoje miejsce w kalendarzu…

14 lutego 2016

Tym razem omijam szerokim łukiem jakiekolwiek dyskusje na temat walentynek. Nigdy nie rozumiałam i nie zrozumiem hejtu na to święto, a już tym bardziej argumentu, że miłość należy okazywać sobie cały rok…

Bo idąc tym tokiem myślenia – nie obchodźmy dnia matki, dnia ojca, dnia babci – przecież ich też trzeba kochać cały rok… Ja uważam, że wszystko co dla nas ważne, wszystko co wartościowe – powinno mieć swój jeden dzień w kalendarzu. Bo tak – miłość trzeba sobie okazywać przez cały rok, ale raz na jakiś czas można to uczcić i poświęcić dzień refleksjom nad nią. Tak jak w listopadzie myślimy o przemijaniu, życiu, śmierci – tak ja 14 lutego staram się przypomnieć sobie rzeczy, o których na co dzień w biegu zdarza mi się zapomnieć. Oczywiście zdarza się to też przy okazji rocznic, czy innych okazji tego typu, ale… to samo tyczy się walentynek.

Na co dzień nie mamy raczej czasu na wspominanie, oglądanie zdjęć. Cieszymy się wspólnym czasem, wspólnie obejrzanym filmem, zjedzonym obiadem i ciszą po zaśnięciu dziecka. Cieszymy się piękną codziennością. Tego dnia skupiamy się na tym, co występuję u nas dnia każdego, ale nie codziennie to uczucie się tak celebruje. Mam gdzieś teorie spiskowe na temat tego, że pary cały rok się gryzą, kłócą, a w walentynki są wielce zakochani. Mam gdzieś ten jad nieszczęśliwie zakochanych lub tych, które bardzo chciałyby uczcić ten dzień, ale ich facet ma to w dupie, więc i one udają przed światem, że mają. Mam to gdzieś, bo takie mamy czasy, że w natłoku obowiązków, pracy, rozwożenia dzieci do szkół, nie ma czasem czasu na nic więcej niż zwyczajne rzucenie „kocham” w biegu, a wieczorem minięcie się bez słów. Bo miłość to nie jest to co widzicie na filmach, czy o czym czytacie w sieci. To nie jest wieczne nadskakiwanie nad drugą osobą, mówienie sobie pierdyliard razy dziennie, że się kocha. Miłość nie wygląda do usranej śmierci tak samo jak na początku, bo wszystko ma swoje etapy. I sama musiałam dorosnąć, by to zrozumieć. Że miłość jest w obiedzie ugotowanym przez niego kiedy wraca z pracy. W wyniesionych śmieciach, kiedy widzi, że jesteś zmęczona i w pójściu Ci o 22 do żabki, kiedy nachodzi Cię ochota na truskawkowe lody. Miłość jest wtedy kiedy on robi z siebie głupka, żeby Cię rozbawić, a Ty obrażona na cały świat mówisz mu że ma przestać, bo jest żałosny, a on wygłupia się jeszcze bardziej. I żrecie się okrutnie i kłócicie. I czasem to masz ochotę wyrzucić go z domu, wykrzyczeć, że go nie cierpisz, a często i tak mówisz po 3 nieprzespanej nocy, kiedy powolnie zamieniasz się w sfrustrowaną matkę polkę. I tak – nie sracie za sobą jak nienormalni, unosicie głos, sprzeczacie o pierdoły, ale kiedy trzeba i kiedy tego chcecie- zwalniacie i celebrujecie Waszą miłość. Nie mówię o Twojej miłości? Fakt! Bo mówię o tym, co ja znam i czego sama doświadczyłam. Mówię o miłości zapewne innej od Twojej, bo każda miłość jest inna, każdy związek jest inny. I jeśli związek jest tego wart, to nie zamierzam tego dnia udawać, że jest dniem jak każdy inny. Nie jest. Bo to dzień miłości. Miłości, bez której ciężko oddychać, nawet jeśli rani nasze serce raz na jakiś czas. Miłości, bez której ciężko nam po prostu żyć i funkcjonować, bo to ona sprawia, że wszystkiego chce nam się 10 razy bardziej. Może nie jestem w punkcie, w którym miłość się ze mnie wylewa, a ja skaczę pod samo niebo z radości – wręcz przeciwnie, w ostatnim czasie moja miłość okupiona była cierpieniem i smutkiem, tym bardziej więc pragnę docenić tego dnia, że jednak wciąż jest, nie ważne jaka, nieważne po ilu przejściach…ale jest. Chcę wyjąć zdjęcia i album, który kiedyś zrobiłam – z biletami PKP, z rachunkami z restauracji, z wróżbami, które kupiliśmy na naszej pierwszej wycieczce do Sopotu.

Bo nie mam zamiaru rezygnować ze świętowania czegoś tylko dlatego, by pokazać, że jestem jedną z tych fajnych, która kocha cały rok, a nie od święta. Nie mam zamiaru rezygnować, tylko dlatego, że ktoś pomyśli, że to udawane. Nie mam zamiaru rezygnować, bo nie widzę powodu, by jednej z ważniejszych wartości nie poświęcić jednego szczególnego dnia.

I nie trzeba tutaj przepychu, prezentów za kilkaset złotych ( choć byłoby fajnie). Ci, którzy za argument przeciwko walentynkom podają komercję, chyba nie rozumieją, że do celebrowania miłości nie trzeba zaraz głupich pierdół z serduszkami… To są tylko fajne dodatki, o ile w ogóle są. Wystarczy zapalona świeczka, pyszne kanapki i odkurzenie półki ze wspomnieniami. Bo tego dnia nie będziemy rozmawiać o filmie, o pracy. Tego dnia przypomnimy sobie to co zdaje się już być czasem niewyraźnym, ulotnym wspomnieniem. Np. te walentynki, kiedy wracałam z liceum zimą i kupiłam gotowe jedzenie w polomarkecie i tanie wino i jedliśmy i piliśmy je u mnie na dywanie. O! Albo to jak niosłeś mnie w deszczu na barana obok stawu przy Twoim bloku, a ja mówiłam jak bardzo Cię kocham i całowałam w czoło, po którym spływał deszcz. Albo ten liścik, który mi wsadziłeś za wycieraczkę auta, kiedy się pokłóciliśmy. Z rozmazanym napisem „Kocham Cię”, bo niosłeś go 7 km w deszczu i pisałeś na kolanie… I sama łapię się za głowę, bo wszystko co napisałam, przypomniałam sobie dopiero teraz. Odłożyłam kiedyś na półkę wspomnień i pozwoliłam mojej pamięci na zapomnienie…

I właśnie o to chodzi w tym święcie… i właśnie tego Wam życzę. Przypomnienia sobie wszystkich najpiękniejszych chwil w Waszym związku i spojrzenia na drugą osobę tak jak na początku. Codzienność zawsze będzie robić swoje. Ale nigdy nie będzie to świadczyło o tym, że kochacie się tylko od święta. A Ci co nam to wmawiają…cóż. Pewnie znają sprawę z autopsji…

 

Wszystkim, bez wyjątku – szczęśliwych walentynek…

 

DSC_1067

 

DSC_1068

 

DSC_1069

 

DSC_1070

 

DSC_1072

 

DSC_1073

 

DSC_1075

 

DSC_1076

 

DSC_1077

 

DSC_1078

 

kredki i kolorowanki to prezent od mojego ukochanego – widziałam je już w empiku, auchanie, tesco, także na pewno są w wielu sklepach :) taki egzemplarz dorwał ostatni. piękny prezent, zwłaszcza, że 2 tygodnie temu kiedy byliśmy w empiku mówiłam, że chciałabym takie mieć. Jednak mnie słucha ;)

 

Wspaniały pled, miał mieć swoją premierę we wpisie o dodatkach do domu, ale jako że służy mi odkąd go dostałam, znalazł się i tutaj. Absolutnie jedna z najwspanialszych rzeczy, które posiadam w mieszkaniu…piękny, cudownie wykonany, ciepły i doskonały do spędzania wieczorów w moim kąciku, przy książce lub dobrym filmie. Cudo pochodzi z tej samej strony, z której ostatnio pokazywałam Wam dywanik i poszewki na poduszki – decovena.pl – specjalnie dla Was, na hasło „mamala” mam 15 % rabatu na ich produkty ! :)