Matczyna nijakość

20 czerwca 2016

Matczyna nijakość, a w niej ja. Nijaka, niewyróżniająca się żadnymi skrajnymi i charakterystycznymi poglądami na temat macierzyństwa. Od dwóch i pół roku jadąc na intuicji i nie zawodząc się na niej wcale. Trafiając na dyskusje, co się powinno, a czego nie i nie rozumiejąc o co to wielkie halo… przecież wystarczy kochać. I tyle.

I w tej matczynej nijakości nie jestem sama, ale też jestem jednocześnie wyobcowana. Zastanawiam się… skąd to wszystko się bierze? Te poradniki, ci specjaliści. Tak, tak – chcemy być lepszymi rodzicami. Jednak czy to wszystko nie mija się z celem? Czy nie lepiej żyć chwilą, postępować tak jak podpowiada serce? Czy nie lepiej tego serca słuchać, niż na forach wiecznie pytać o każdą najmniejszą pierdołę, nie ufając sobie wcale? Wierząc w każde słowo poradników jak w biblię, a nie biorąc sobie na to wszystko poprawki?  Czy nie lepiej wsłuchać się w dziecko i spojrzeć w jego oczy, niż ślepo obierać jakieś drogi wyznaczane przez tych, co niby wiedzą lepiej od nas. Któż może matko wiedzieć lepiej od Ciebie?

Któż Twoje dziecko pozna lepiej niż Twoje oczy, które widzą każdą łzę, każdy smutek i każdą radość. Któż lepiej niż Ty, zna każdy gest Twojego dziecka, każdą jedną minę i któż będzie wiedział, że kiedy mina jest taka i taka, to trzeba przytulić, a kiedy inna to trzeba odejść. Nikt matko, bo Ty znasz dziecko najlepiej. Od pierwszej chwili gdy spojrzałaś dziecku w oczy, do teraz – gdy całujesz na dobranoc.

Ja ciągle słyszę… że noszę, bo tak przyzwyczaiłam. A ile tak jeszcze nosić będę…a do osiemnastki jak już sama zejdzie ze mnie. Albo jak się wyprowadzi… a ile tak spać z dzieckiem jeszcze będę… aż partnera nie przyprowadzi, bo w czwórkę to się na pewno w łóżku nie zmieścimy. A może bym tak krzyknęła porządnie w końcu, to by zrozumiała. A ja wolę rozmawiać i tłumaczyć setki razy, bo wiem, że nawet jak minie kilka miesięcy zanim zrozumie to wiem, że było warto. A może bym tak… a może srak. A przecież w tej książce to nie kazali odpowiadać sarkastycznie i nie kazali oszukiwać, że plac zabaw dziś zamknięty. A w innej książce to jeszcze kazali dziękować dziecku, że się przeciwstawia, bo to takie super, że dziecko asertywne. A skąd Wy specjaliści od siedmiu boleści wiecie jak ja z własnym dzieckiem mam postępować. Gdybyście tylko tacy mądrzy byli, za jakich Was inni uważają, to byście zrozumieli, że ile dzieci tyle „technik” wychowania.

Bo każde dziecko inne jest. I jak jednemu odpowiesz : „jajco” to się zamknie w sobie, a drugiemu jak tak powiesz to się zaśmieje i nawet nie pomyśli, że mogłoby to go zranić. A dziesięcioro innych dzieci, zareaguje jeszcze inaczej i weź tu człowieku bądź mądry i jedną książkę do wszystkich stosuj. I weź tu czytaj i na każdym kroku myśl jak masz postąpić i z tego wszystkiego na samym końcu zdaj sobie sprawę, że w tym całym dążeniu do perfekcyjności, o jednym najważniejszym zapomniałaś – o tym, że macierzyństwem trzeba się delektować. Każdą chwilą ważną lub mniej ważną. Iść za głosem serca, nieco spontanicznie, a zarazem rozważnie. Poradniki i rady innych traktować jako wskazówki, a nie wyznaczniki. A głosu swego serca słuchać najbardziej. Wsłuchiwać się w potrzeby dziecka i samemu poddawać rozważeniom co dla niego będzie najlepsze. Uczyć się na własnych błędach i wyciągać wnioski, a nie za każdym razem gdy coś nam nie wyjdzie, stwierdzać, że poniosło się klęskę.

Nie rodzimy dzieci z wiedzą zawartą w małym paluszku, jak wszystko robić idealnie. Sami na przestrzeni dni, doszkalamy się w tej matczynej miłości i stajemy się bogatsi o nowe matczyne doświadczenia. Poradniki, rady specjalistów i metody wychowawcze nie zrobią z Ciebie idealnej mamy i nie zrobią roboty za Ciebie. Co z tego, że będziesz postępować w 100 % tak jak mówi każde słowo w książce, jeśli sama czuć tego nie będziesz? Czytaj, inspiruj się, wyrywkowo podchwytuj to co do Ciebie przemawia, ale nie rób czegoś z czym do końca się nie zgadzasz, bo przecież ten z przedrostkiem mgr i dr, specjalista do spraw wychowania, specjalista od dzieci, na pewno ma wiedzę większa od Ciebie. Największa wiedza jest w Twojej głowie i nazywa się intuicją. Tak. Czasem Cię pewnie zawiedzie, ale powiem Ci nieskromnie, że porównując się z koleżankami, które od dwóch lat ( albo i więcej) jadą na książkach, rozważając książkowo wszystkie emocje dziecka, bo ktoś tak kazał… to ja jestem tą bardziej wyluzowaną i spokojną, ufającą sobie, a nie innym. To ja nie stwarzam sobie dodatkowych problemów, jakby mało mi było tych, które mam. To ja nie rozważam kilka godzin, czy ta smutna mina była aby na pewno wyrazem głębokiego zranienia przez mój podniesiony ton czy może poczucia żalu. Bo ze smutku wolę wyrwać dziecko zabawą niż pogadanką o zrozumieniu i szacunku emocji, jakby jeszcze dwuletnie dziecko rozumiało o czym ja do niego w ogóle mówią używając takich słów.

Czy decydując się na dziecko, zrobiłaś to, bo tak kazały książki? Zrobiłaś to, bo przekonały Cię koleżanki? Te czynniki mogły się do tego przyczynić, ale ostatecznie decyzję podjęłaś tylko dlatego, że TY czułaś, że jest ona słuszna. Że tego chcesz. Czemu więc w kwestii wychowania miało być inaczej?

Przestań postrzegać się jako ktoś, kto ma mniej do powiedzenia w zakresie wychowania, tylko dlatego, że nie kształciłaś się w tym temacie na uczelni. Poznałam w swoim życiu wiele matek i wierz mi… jeszcze nie spotkałam takiej, z której książka uczyniłaby super matkę. Za to te, które jadą na intuicji… one same w sobie są najlepszą książką. I jeśli już mam się czymś/kimś inspirować – to właśnie nimi i ich metodą wychowawczą zwącą się… UFAJ SOBIE.

 

DSC_0875-2

 

DSC_0877-2

 

DSC_0880-2

 

DSC_0882-2

 

DSC_0886-2

 

DSC_0887-2

 

DSC_0888-2

 

DSC_0893-2

 

DSC_0894-2

 

DSC_0896-2

 

DSC_0897-2

 

DSC_0902-2

 

DSC_0907-2

 

DSC_0909-2

 

DSC_0910-2

 

DSC_0911-2

 

DSC_0918-2

 

DSC_0922-2

 

DSC_0923-2

 

DSC_0925-2

 

DSC_0927-2

 

DSC_0930-2

 

DSC_0932-2

 

DSC_0933-2

 

DSC_0936-2

 

DSC_0941-2

 

DSC_0943-2