Mentalna trzydziestka

29 listopada 2016

Lubię ciepło swoich czterech ścian, wieczory przy telewizorze, lubię spokojny bieg życia. Zamiast wyjść ze znajomymi na miasto, wybieram lampkę wina przy świeczce w swoim mieszkaniu. A bardziej niż o torebce LV marzę o zajebistej pralce do nowego mieszkania. Mentalnie mam dużo więcej niż 23 lata. I dobrze mi z tym.

Wielokrotnie moje starsze ode mnie znajome, mówiły mi: po trzydziestce przestajesz martwić się pierdołami, zaczynasz żyć naprawdę… nie rozumiałam o co chodzi z tą magiczną trzydziestką, ale teraz wiem, że mentalnie taki stan można osiągnąć dużo wcześniej. Właściwie osiąga się go po prostu, stając się matką i w wieku 21 lat robiąc te wszystkie rzeczy, które Twoja znajoma, kobieta po 30, zaczęła robić dopiero niedawno.

Kiedy przypominam sobie siebie na początku przygody z macierzyństwem, odczuwam jednak… niepokój. Tak! Niepokój. Próbowałam wtedy tylu rzeczy, łapałam kilka srok za ogon, zarywałam noce, ciągle biegłam. To całkiem normalne – musiałam wtedy odnaleźć w życiu to co kocham. Musiałam próbować, sparzyć się nie raz, by być w punkcie w jakim jestem teraz. Miałam dziwne priorytety, marzyłam o wielu rzeczach materialnych, czasem aż zbyt obsesyjnie. Żyłam też jakąś wyidealizowaną wizją związku, przez co… ciągle było mi źle, było mi mało. Dopiero poznawałam życie, próbowałam go i starałam się je zrozumieć.

a obecnie jestem trochę jak … kobieta po 30.

Obecnie tkwię w punkcie, w którym mogłabym śmiało powiedzieć, że przekroczyłam swoją magiczną trzydziestkę. Może metryczka mówi coś innego, ale mentalnie… mentalnie czuję, że tak jest. Potrafię dogadać się z rówieśnikami, a nawet z osobami młodszymi ode mnie, ale … coraz częściej zaczynam się czuć w ich towarzystwie jak stara baba ;) Rzeczy o których dyskutują, ich marzenia, ich priorytety całkowicie rozmywają się z tym co siedzi w mojej głowie. Za to kiedy dopadam się z moimi znajomymi 30+ , mam wrażenie, że nadajemy na identycznych falach.

Zamiast bieganiny wybieram spokój, grunt pod nogami. Zamiast zarwanych nocy, spokojny wieczór, modlitwę i zasypianie w łóżku dużo wcześniej niż przed północą. Zamiast oczekiwania, że mój książę zaskoczy mnie bukietem róż, doceniam jego wariacje w kuchni, których widok jest dla mnie czymś, przy czym mięknę. Zamiast żalu do ludzi, którzy mnie skrzywdzili, wybieram przebaczenie, czystą kartkę. Grubą kreskę, która oddziela to co było, od tego co jest. Moje ego wciąż próbuje mówić mi, że coś wiem lepiej od kogoś, że nie ma innej racji od mojej. Zagłuszam je jak tylko mogę, bo ego ma to do siebie, że ciągle domaga się pieszczot, a to wcale nie wychodzi nam na dobre…

Łupie mnie też czasem w kościach i trochę się wściekam, że mój świetny tyłek nie jest już tak świetny jak pięć lat temu, a cycki bardziej niż na wprost zaczynają patrzeć w dół. Piwo, które trzy lata temu wypijałam w pięć minut, teraz męczę godzinę jeśli w ogóle mam na nie ochotę, a jeśli zdarza mi się wyjść i popić, to kac trwa kilka dni, a kiedyś to się piło, spało, a na drugi dzień od nowa.

To co było tak ważne jeszcze dwa lata temu, dziś nie ma znaczenia. To co wtedy znaczenia nie miało, dziś ma znaczenie największe. Zmieniamy się, zmieniają się nasze potrzeby, priorytety. I niech się zmienia wszystko. Jeśli z biegiem czasu mam odczuwać coraz większy spokój, coraz większy luz… jeśli każdego dnia coraz bardziej pragnę być, nie mieć, coraz mocniej kocham, coraz mocniej wierzę i doświadczam dzięki tej wierze – to czemu nie cieszyć się z tego biegnącego czasu, skoro działa on na naszą korzyść? Skoro z jego biegiem, stajemy się coraz lepsi… kiedyś miałam wiele marzeń i celów, dziś mam kilka, a jeden najważniejszy… być lepszym człowiekiem. Reszta… przyjdzie sama. Ot taka ze mnie…

mentalna trzydziestka.