walka o związek

Kiedy walka o związek przestaje mieć sens?

9 lipca 2015

Zapewne wiele z Was ma za sobą związki bardziej lub mnie udane. Zapewne niektóre z Was mają za sobą nieudane małżeństwa. I zapewne prawie wszyscy z Was walczyli o to, by do rozstania nie dopuścić, prawda? Ale w którym momencie to nastąpiło? Gdzie jest granica naszej wytrzymałości i ile czasu człowiek potrafi żyć nadzieją, że coś się zmieni?

Jak długo trwa walka o związek? Długo. Czasem za długo. 

Znacie ten przypadek kiedy przekraczacie cienką linię i zamiast miłości pojawia się nienawiść? Brzmi znajomo? Jeśli tak to współczuję. Nie ma nic gorszego od patrzenia na osobę, którą kiedyś się kochało, a teraz na jej widok marszczą nam się brwi. Pozwólcie, że opowiem Wam swoją historię…

Pamiętam wiele rzeczy z całego swojego życia. Jedne bardziej, inne mniej. Są też takie rzeczy, które z pamięci bym chciała wymazać. I nie wiadomo czemu tamten wieczór pamiętam wyjątkowo wyraźnie. Krople deszczu stukały wtedy w okno wyjątkowo głośno. Kropla po kropli. Słyszałam oddech jego, słyszałam oddech jej. To była kolejna noc, w której moja bezsilność sięgała zenitu. Paznokcie obgryzione niemal już do zera, ale palce i tak dawały jeszcze radę wydłubywać brewka po brewce . Spojrzałam na swoje chudsze niż zwykle od stresu ciało, na swoje obgryzione paznokcie i zmęczoną twarz w lustrze. Chyba nigdy nie czułam się tak zdemolowana psychicznie jak wtedy. Roztrzęsiona, bezsilna. Z jednej strony bezbronna – z drugiej gotowa zrobić wszystko by zmienić swoje życie. Cała deszczowa noc spędzona na przemyśleniach. Kolejny poranek i jak zwykle to samo. Jego wkurzenie, moje poirytowanie i jeszcze bardziej wkurwiająca cisza i ignorancja unosząca się w powietrzu . Cztery lata chuj strzelił . Nic nie zostało. Nawet zdjęcia w ramkach same spadają z szaf, a słonie które miały przynosić szczęście ulegają samozniszczeniu. Jakby to był jakiś znak, że nawet na wspomnienia i sentymenty nie ma już tutaj miejsca. Jego obecność nawet gdy milczy doprowadza mnie do furii . Nie znoszę go i mam wrażenie, że on czuje to samo. Jeśli już się do siebie odzywamy to raczej po to, by powiedzieć sobie jak bardzo jesteśmy pokurwieni. Kiedy się uspokajam myślę … jakim cudem ktoś kto przyrzekał sobie być ze sobą na dobre i na złe, ktoś kto patrzył sobie głęboko w oczy całymi nocami – dziś potrafi się tak ranić. Nie rozumiem i już chyba nawet nie chcę. Zbieram się do kupy i już wiem, że jedyne co może pomoc mi się pozbierać i zacząć od nowa to nowe miejsce. Bez tych wszystkich posranych ludzi i bez niego. Kalkuluję, przeliczam, odkładam grosz do grosza. Informuję go o tym gdy jest w pracy. Kiedy wraca zachowuje się inaczej niż zwykle. Nie idzie się kąpać, ale przychodzi siada i zaczyna pytać jak to sobie wyobrażam po czyn mówi, że się nie zgadza. Wpadam w furię . Mam ochotę zacząć rzucać w niego wszystkim co mam pod ręka, ale zamiast tego płaczę i krzyczę pytając dlaczego nie pozwala zacząć mi nowego życia i robi znów problemy?! Po chwili on się uspokaja i mówi, że ok jedź gdzie chcesz, ale ja jadę za wami. Nawet jakbyś miała się wyprowadzić na koniec świata. Wolałam tego nie słyszeć jednak nie pozwalam mącić sobie w głowie . Po chwili  z łazienki dobiega do mnie jego płacz . Pytam czemu, co się dzieje, ale nie odpowiada. Po chwili jednak zbiera się w sobie i mówi resztkami sił „kurwa myślałem, że jedyne co nas rozłączy to śmierć ” pękam . Nareszcie po kilku miesiącach bez żadnego czucia do niego niczego poza nienawiścią, czuję rozżalenie i i smutek. Moje serce rozpada się na kawałki. Rozmawiamy jeszcze wiele godzin, a kilka dni później szukamy w stolicy pracy i mieszkania.  Nadal jednak wszystkie próby są takie… na siłę. Mam wrażenie, że już nic nas nie łączy. Prócz dziecka. Ratujemy coś czego nie ma . Kiedy jesteśmy już w stolicy wszystko jest pięknie – poza tym co jest między nami. Nie rozmawiamy, nie przytulamy się,  nie całujemy – ja żyję dzieckiem, blogiem a on ma swój świat i swoje kredki. Robimy osobne zakupy, aż w końcu nie wytrzymujemy i rozbijamy naszą rzecz, która była ostatnią nadzieją tego związku – skarbonka, do której wrzucaliśmy piątki za małolata, a potem całe wypłaty – skarbonka sprzed 4 lat kiedy już byliśmy pewni ze kiedyś ją rozbijemy i zrobimy wesele …  Dzielimy się po połowie, a on ma zacząć szukać mieszkania. Nie cierpię, wręcz przeciwnie – czuję ulgę. Marzę o tym, by odnaleźć szczęście u boku kogoś innego, kto mnie pokocha, kto da mi szczęście, którego nie dostaję…

Trwam w swoim miłosnym nieszczęściu i nie widzę w sobie żadnej winy. Walka o związek nie ma dla mnie sensu. Nazywam go moim tyranem, który mnie wykańcza, ale sobie nie mam nic do zarzucenia. W końcu wyjeżdżam do rodziców pozałatwiać trochę spraw związanymi ze studiami itp. Coś mi odwala i zamęczam go wiadomości na fejsie. Wyzywam, wylewam swoje żale, on odpowiada tym samym. Jestem już kłębkiem nerwów i co chwilę piszę do niego jak bardzo go nienawidzę, dołączając do tego milion wykrzykników. Zachowujemy się jak głupi małolaci, a nie dorośli. Obydwoje pękamy i wyrzygujemy sobie to co nas tak boli. Podejmujemy decyzję o ostatecznym rozstaniu. Po kilku dniach przyjeżdża po mnie i Polę do rodzinnego miasta. Jestem akurat ze znajomymi w pizzerii  i wiem, że lada moment powinien już być. Wracam do domu – jest. Kładę się obok niego z lekkim stresem, jakbym widziała go po raz pierwszy. Przytula mnie mocno tak jakby jutra miało nie być. Czas się zatrzymuje. Moje przyspieszone bicie serca i jego dłonie – dawno ich nie czułam. Rano zaskakuje nas szara, brutalna rzeczywistość. Jego obecność znów zdaje się mnie denerwować, ale z czasem dochodzi do mnie, że między tym zdenerwowaniem, a rozżaleniem, jest jakiś pociąg do niego, którego nie czułam chyba od czasów, kiedy na świat przyszła Pola. Po tej niewinnej nocy zakończonej jedynie niewinnym przytuleniem, świat zdaje się zmienić o 180 stopni. Podczas drogi do Warszawy jestem jakoś zamyślona… W głowie nachalnie pojawia się obraz mojej osoby sprzed kilku miesięcy. Zapatrzona w laptop i telefon i traktująca go jak powietrze. Nie teraz, zaraz, później. Mam robotę, muszę to skończyć, jestem zmęczona, nie mów teraz do mnie. A między to wplećcie milion pretensji. Nie… nie biorę całej winy na siebie, ale dochodzi do mnie brutalna prawda o samej sobie. Mam ochotę napluć sobie w twarz. Tego wieczora gdy wróciliśmy do wwa odkładam telefon, wyłączam laptop, usypiam Polę i włączam film. Wtulam się w niego jak gdybyśmy znali się miesiąc. Zapalam świeczki i całuję go w polik, na co on odpowiada mi całusem w czoło. Rozpływam się. Nie czułam tego całe wieki. Rano przed pracą całuje mnie w policzek… Kiedy wraca, czeka na niego ciepły obiad, wysprzątane mieszkanie i ja cała w skowronkach. Znów trzymamy się za ręce, żartujemy… I znów… znów ledwo wszedł i pozostawiał wszystko na wierzchu jak leci. Korci mnie niesamowicie, zwrócić uwagę, znów zrobić grandę o nic, ale… przestań ty głupia idiotko! Chowam tą cukierniczkę, którą przed chwilą wyjął, chowam tą koszulkę, którą rzucił na kanapę. Zajmuje mi to dwie minuty. Dwie pieprzone minuty, o które toczyłam wojny każdego dnia.  Nazajutrz ten sam schemat. Tu coś zostawił, tam coś zostawił. Mniej mnie to drażni, a wręcz śmieszy. Przecież pokochałam go z wszystkimi wadami. Rzucam słodkim głosem ” Kochanie…ta cukierniczka to mnie drażni niesamowicie, chowaj ją proszę…”. Odpowiada całkiem normalnie, znów zaczynamy żartować… Jest mi tak cholernie głupio. Mam wrażenie, że cały ten pieprzony kryzys, wszystko to było wojną o nic. Od słowa do słowa, aż w końcu tworzyliśmy między sobą jedno wielkie gówno.

I teraz już zawsze…gdy słyszę to jego pieprzenie o czymś co jest dla mnie kompletnym idiotyzmem…jak widzę tą pieprzoną cukierniczkę, którą co chwilę chowam… jak widzę ten brudny t-shirt wsadzony z powrotem do szafy…za każdym razem przypominam sobie…że za coś tego człowieka pokochałam.

Gdzie jest więc granica? Jak długo powinna trwać walka o związek? Granica jest zawsze indywidualna. Byłam w stanie uciąć sobie oby dwie ręce, by udowodnić wszystkim, że on jest moim tyranem, że mnie niszczy. Byłam w stanie sobie to wmówić i wierzyć w to jak w swoją własną religię. Byłam przekonana już milion razy, że go nie kocham. Nie czułam nic, a nawet gdy walczyłam, nawet gdy było stabilnie – wiedziałam, że za kilka lat będę z kimś innym. Pewnego dnia spytałam samą siebie ” Czy to możliwe, że znów coś do niego poczuję? Nawet jeśli zajmie to 5 czy 10 lat?” . W głębi duszy tego chciałam. Nie sądziłam jednak, że to możliwe. Myślę, że śmiało mogę mu dziś podziękować, że to on nigdy nie zwątpił i się nie poddał. I może nie zapomnę tych wszystkich przykrości, które sprawialiśmy sobie nawzajem… może nie do końca je wybaczę… ale będę cholerne wdzięczna, że do końca w nas wierzył. Jak widać nie naiwnie…

O pewne rzeczy w życiu warto walczyć do samego końca. Do usranej śmierci. Nigdy kończąc związek nie jest się do końca pewnym czy podejmuje się słuszną decyzję. U mnie zawsze była pewność, po czym zwątpienie – może nie zrobiłam wszystkiego, by to ratować? W zeszłym roku przez jakiś czas mieszkaliśmy osobno. Byłam szczęśliwa. Cholernie. Jednak po jakimś miesiącu zaczęłam czuć, że nie zrobiłam wszystkiego. Nie wybaczyłabym sobie nigdy gdybym za 50 lat obudziła się cholernie nieszczęśliwa i samotna i plułabym sobie w brodę, że nie zrobiłam wszystkiego… Przecież ludzie czasem są w kryzysach parę lat, po czym znów są szczęśliwi jak nigdy dotąd… Ta nadzieja pozwalała mi wierzyć, że i dla nas jest jeszcze jakiś ratunek. Że może jeszcze obydwoje postanowimy, że walka o związek może się powieść i nas uratować.

Dziś śmiało mogę powiedzieć, że go kocham. Kocham jego uśmiech, jego żarty i to, że jest. Kocham kiedy dla mnie gotuje i kocham kiedy robi z siebie debila tylko po to, żeby mnie rozśmieszyć. Miałam do wyboru kilka dni temu…albo zostać w domu, albo jechać na jedną z najlepszych blogerskich imprez. Fajna sprawa. Nowe kontakty, nowe możliwości. Ale nie… nie teraz. kiedy oni tak bardzo potrzebują mnie, a ja ich. I co? Spędziłam najlepszy weekend odkąd Pola jest na świecie. Najpiękniejszy, bez wymuszonych pocałunków i bycia ze sobą na siłę. Ja, on i Pola. Najlepsze trio ever. Basen, spacery, lody, puzzle i po wielu miesiącach celibatu sex.

A Wy…czytacie obserwujecie… i widzicie, że mnie mniej niż zwykle. Że chłonę znów to życie i wyciskam jak cytrynę, a świat wirtualny nie przysłania mi już niczego co ważne. Bez problemu gdy Pola zasypia odkładam wszystkie sprzęty i wtulam się w jego ramiona…co najlepsze, gdy zaczęłam umieć to wszystko rozdzielać…pracę, rodzinę itp… on zaczął wspierać mnie w tym wszystkim, co go do tej pory odrzucało.

Czasem warto przestać robić z kogoś potwora i porządnie przyjrzeć się samemu sobie. Nieufnie słucham opowieści kobiet, które zazwyczaj są bez winy, bo przecież całą winą obarczają faceta. Myślę, że większość z nas jest tak naprawdę po prostu zbyt uparta i samolubna, by czasem ustąpić i uśmiechem zareagować na błąd. Gorzkniejemy na „starość”, a obowiązki nas frustrują. Facet po przyjściu z pracy i marząc o chwili spokoju, otwiera drzwi od domu a tam co? Wiedźma na miotle witająca go całą litanią ” Czemu nie zrobiłeś tego i owego”. Anioł, by nie wytrzymał.

Nie mogę Ci powiedzieć czy Twoja walka o związek ma jeszcze jakiś sens. Nie mogę powiedzieć czy Twoja walka o związek zakończy się powodzeniem. Nigdy się nie dowiesz, jeśli nie spróbujesz. To Ty musisz ustalić sobie swoją, własną granicę i być prawie pewna, że nie możesz zrobić już nic… W tej kwestii nie doradzę i nie pomogę. Bo sama byłam już przekonana, że nam nic nie pomoże… Tymczasem po największym kryzysie jaki przeszliśmy…na niebie pojawiła się zajebiście kolorowa tęcza…i to wcale nie ta z Waszych profilowych na fejsie. Tylko ta dająca nadzieję na to, że nawet po największej burzy, po największej katastrofie…może zrobić się kolorowo. I to nie jest tak, że jest już super pięknie, a my możemy spocząć na laurach. My dopiero zaczęliśmy walczyć i czeka nas najcięższy sprawdzian w życiu. Czeka nas ciężka praca nad związkiem, walka o związek, walka o lepsze i relacje. Ale nareszcie wierzę, że ta walka o związek ma sens… i nareszcie czuję, że tego chcę…

 

 

walka o związek

 

DSC_0806

 

DSC_0807

 

DSC_0811

 

DSC_0818

 

DSC_0819

 

DSC_0820

 

DSC_0822

 

walka o związek

 

DSC_0824

 

11.07.2017 – Wpis pt: kiedy walka o związek przestaje mieć sens, stał się bardzo popularny, więc pozwalam sobie dopisać kilka słów. Od czasu publikacji tego wpisu, przeszliśmy jeszcze kilka ciężkich sytuacji, kiedy myślałam, że to koniec. Obecnie jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, jakimi nigdy wcześniej nie byliśmy, nawet wtedy kiedy byliśmy na początku swej drogi. Nasza walka była naprawdę długa, ale obecnie nie wyobrażam sobie, że ktoś z nas mógłby się poddać i pójść własną drogą. Jesteśmy zakochani, szczęśliwi i zapatrzeni w siebie. Niemożliwe? Możliwe… przede wszystkim każdy z nas musiał dojrzeć, a ja zamiast skupiać się na zmianach partnera, skupiłam się na zmianach samej siebie. Przede wszystkim dostrzegłam, że w każdej poprzedniej walce, zbyt bardzo skupiałam się na tym jak mi źle, zamiast wyobrażać sobie nas szczęśliwych i dążyć do tego. Wszystko jednak zaczyna się w głowie… teraz to wiem! I wszystkim Wam życzę podobnego happy endu! PS: Warto dodać też, że często złe zachowania partnera/partnerki powodujemy my sami. Nie usprawiedliwiam nikogo, ale warto się przyjrzeć samemu sobie i to od siebie zacząć zmiany. Może zbyt bardzo jesteśmy zafiksowani na tym co nas boli, a nie dostrzegamy co boli naszą drugą połówkę… Niech Wasza walka o związek zakończy się pomyślnie!