Jak na nowo odzyskać radość z życia ?

26 sierpnia 2015

W momencie, w którym dowiedziałam się, że muszę zmienić mieszkanie, w którym czułam się fantastycznie – moje myślenie i nastawienie do życia obrało bardzo złe tory. Jedna zła myśl, przyciągała kolejne, a negatywne reakcje na każde niepowodzenie… przyciągały kolejne niepowodzenia. Jeszcze miesiąc takiego trybu życia i byłabym wrakiem człowieka.  

Zaczęło się niewinnie. Informacja o tym, że niestety właścicielka wraca do mieszkania. Mimo, że walczyłam jak mogłam i wmawiałam sobie, że to tylko mieszkanie, że znajdę szybko inne równie ładne – poszukiwania sprawiły, że zwątpiłam i miałam ochotę wrócić do rodziców. Cierpliwie jednak szukałam i szukałam, a w międzyczasie wyskoczyły mi problemy zdrowotne. Potem jakieś problemy w pracy F. , zepsuty laptop , choroba Polki. Przecież jak się wali to wszystko. Możecie sobie wmawiać, że nasz los zależy od kogoś innego, że nie mamy na niego wpływu. Ja wierzę w moc przyciągania. Zarówno dobrych jak i złych sytuacji. I całe to zło, które na mnie spadło – spadło przezemnie. Poddałam się problemom, zaakceptowałam je i pytałam każdego dnia, cholera wie kogo ” co jeszcze?!” – no to skoro pytałam, to mi pokazywano co jeszcze. Zwątpiłam w sens tej całej przeprowadzki i zatęskniłam za czasami kiedy mieszkałam z Polą u rodziców i nie obchodziło mnie nic poza macierzyństwem, blogiem i sprzątaniem. Ale no ludzie. To jest życie, to jest odpowiedzialność. Trzeba to wziąć na bary i iść do przodu. I z pozoru wszystko wyglądało ładnie i pięknie. Znalezione kolejne mieszkanie, przeprowadzka z głowy, nowa chyba lepsza praca F. – a w głowie nadal coś nie tak. Milczałam. Przestałam udzielać się na blogu, fp. Ilekroć próbowałam coś Wam wyskrobać – usuwałam, bo czułam, że wcale nie chcę Wam niczego pisać. Pewnego dnia sięgnęłam po moje lekarstwo – książkę „Sekret”, która wyciągnęła mnie w liceum z silnej depresji. Czytałam i czytałam, ale nie mogłam zmusić się do zmiany toku myślenia. Bo jak?! Jak być optymistą, kiedy codziennie, ale to codziennie wyskakują mi niespodziewane wydatki, a ja zaczynam się martwić czy w ogóle będę miała za co przeżyć kolejne dni. Po kilku dniach zgłębiania wiedzy, zrozumiałam jednak, że muszę po prostu muszę zatrzymać tą lawinę nieszczęść. I zadzwonił wtedy F. że dostał mandat – 300 zł. Ugryzłam się w język i odpowiedziałam – eee tam ! Mają taki syf w papierach, że spokojnie możemy poczekać kilka miesięcy i dopiero zapłacić. Pół godziny później koleżanka przyszła kupić ode mnie buty, czytelniczka kupiła sukienkę, a F. zadzwonił, że kolega oddał mu jakiś stary dług. Nareszcie po długim czasie uśmiechnęłam się z własnej, nieprzymuszonej woli, zaczęłam energicznie prasować koszulki F. i pognałam z Polą na spacer. Zrobiłam obiad, kolejne pranie i po raz kolejny przysiadłam do czytania.

Przypomniałam sobie najlepsze momenty mojego życia. Przypomniałam sobie swoje podejście w tamtych chwilach – pozytywna myśl przyciągała dobre rzeczy – kolejne i kolejne, a nawet jeśli coś nie szło po mojej myśli – nie pogrążało mnie to, a co za tym idzie nie nasyłało na mnie żadnych nieszczęść. Kiedy byłam najszczęśliwsza? Kiedy skupiałam się na pozytywnych rzeczach, a nie negatywnych. Kiedy nie oglądałam wiadomości z setkami newsów o aferach, katastrofach, chorobach. Byłam najszczęśliwsza kiedy na chorobę dziecka reagowałam pomocą i uśmiechem i myślą ” Wszystko będzie dobrze” niż wtedy gdy czytałam smutne historie ze łzami w oczach myśląc jakie to wszystko musi być okropne … Byłam najszczęśliwsza gdy kochałam siebie i…kochałam innych. Złe emocje, nienawiść, którą obdarowujemy innych ludzi – wraca do nas.

Wiem. Ludzie nie lubią słodko pierdzącego życia, ale ja chcę, pragnę znów takie życie mieć. I nie chodzi o to, że będę mieć hajsu jak lodu, dziecko, które nie płacze i narzeczonego dającego kwiaty co dzień. Chcę po prostu cieszyć się z tego życia jak tylko mogę, przestać narzekać, przestać się martwić. Dałam sobie kiedyś wmówić, że takie optymistyczne życie jest przereklamowane i jest ściemą. Niepotrzebnie. Bo to wtedy gdy każde nieszczęście brałam na klatę i wychodziłam z założenia, że to zły początek czegoś dobrego – wtedy miałam właśnie najpiękniejsze życie jakie mogłam sobie wymarzyć. Przypomnijcie sobie kiedy tryskałam energią i radością. Przypomnijcie sobie wpisy na fp, które aż biły po oczach szczęściem – pamiętacie? Dziwnym trafem to wtedy odnosiłam największe sukcesy i to wtedy wszystko mi się udawało. Spełniało się każde moje najskrytsze marzenie. Moc przyciągania.

Czemu więc popadłam w pułapkę – pułapkę myśli? Główną przyczyną była…samotność i rutyna. Odkąd przeprowadziłam się do Warszawy byłam tylko ja i dziecko. 24 na dobę. Żadnych znajomych, rodziny. Początkowo wszystko ładnie, pięknie, bo przecież JA WCALE NIE POTRZEBUJĘ ZNAJOMYCH, wystarczy mi narzeczony i dziecko. Gówno prawda. Nikomu to nie wystarcza i każdy chce czasem otworzyć gębę do kogoś innego, czy pobyć sam na sam. Zadałam sobie wczoraj jedno pytanie – dlaczego nigdzie nie wychodzę kiedy F. wraca do domu. Bo chcę być z nim – no tak. Ale czy zbawi mnie 10 min kiedy on akurat będzie przykładowo kąpał Polę? Nie. Czemu więc nie robię niczego dla siebie? Tak zawsze krzyczałam, że nie można ograniczyć się do macierzyństwa nie widząc poza tym świata, że tata równie dobrze dzieckiem się zaopiekuje pod naszą nieobecność – a tymczasem sama popadłam w jakiś stan ” Muszę być przy Poli/rodzinie non stop!” . Wczoraj powiedziałam – dość! I gdy F. kąpał młodą, ubrałam strój sportowy, odpaliłam muzykę, przełamałam się psychicznie i poszłam biegać. Nie było mnie niecałe 20 min. Wróciłam naładowana endorfinami, energią i poczuciem, że teraz to mogę do Poli wstawać nawet co 10 minut.

Kolejna rzecz, która do mnie dotarła to taka, że unikam ludzi. Non stop w Warszawie ktoś proponował mi wyjście. Czy to czytelniczka, czy znajoma blogerka. A ja nie – przecież dziecko, przecież narzeczony, obowiązki,  a wieczorami zmęczenie. I ruszyłam dzisiaj dupsko. Wsadziłam Polę do wózka, zrobiłam jej bułki, mleko, nalałam wody do bidonu, zrobiłam makijaż i …wyszłam. Prawie godzina spędzona w autobusie bez klimy, która skończyła się niemal bełtem i omdleniem, ale…dotarłam. Blue city, sala zabaw, a w nim moje najukochańsze kobiety pod słońcem. Matki blogerki, ich dzieci, mężowie. To nic, że Pola nie dała mi usiąść i wszędzie chodziła ze mną za palec. Samo bycie w miejscu innym od moich 4 ścian, od osiedlowego podwórka było dla mnie wybawieniem, oderwaniem od codzienności.

Jeszcze jedną rzecz zaczęłam zmieniać w swoim życiu…kiedy Pola zajmie się na 10 minut sobą, lub kiedy zaśnie – nie sprzątam, nie spinam tyłka – biorę kubek ciepłej herbaty, siadam i czytam. Tak rzadko to robię, odkąd zostałam mamą, że zapomniałam jak bardzo mnie to odpręża.

Nie muszę wychodzić do znajomych codziennie, nie muszę wychodzić codziennie biegać, ale mogę robić to raz na tydzień, by po prostu…nie zwariować! Przecież to ja! To ja zawsze mówiłam o przełamywaniu rutyny! Ale łatwo było pisać i gadać kiedy miało się możliwość podrzucenia dziecka do babci, albo pojechania z dzieckiem do siostry/ rodziców. Gorzej kiedy wylądowałam sama w wielkim mieście. Ale dosyć tego.

Od dziś chcę bardziej optymistycznie patrzeć na świat. Odnaleźć dawną siebie. Prasować przy energicznej muzyce i śpiewać przy odkurzaniu. Odgradzam się od wiecznie narzekających ludzi, bo ich narzekanie również ma wpływ na nasze myśli i po prostu się nam…udziela. Chcę po prostu skupiać się na pozytywach, a nie na negatywach. Ta pozornie prosta rzecz jest ciężką do opanowania sztuką. Ci, którzy opanowali ją do perfekcji – wiodą najbardziej szczęśliwe życia. Jestem jednak już bliżej niż dalej – bo powiedziałam stop złym myślom, i być może – wrrróć – na pewno powstrzymałam lawinę nieszczęść spadających na moją osobę. Każdy z nas ma w sobie moc przyciągania i kształtowania swojego życia myślami…jeśli wiedziesz życie nieszczęśliwe i pełne rozczarowań…to po prostu jeszcze nie wiesz, że to wszystko możesz zmienić całkiem sam. Ja kiedyś zmieniłam WSZYSTKO. I tym razem też mi się uda…

A wszystkim, którzy nie wiedzą jak odnaleźć szczęście, jak odzyskać radość z życia i jak zacząć myśleć pozytywnie podczas gdy toniemy w długach i jesteśmy nieszczęśliwi – polecam książkę „Sekret” – możecie zacząć od obejrzenie filmu, czego ja akurat jeszcze nie zrobiłam. W połowie książki możecie czuć się zniechęceni, przytłoczeni – gwarantuję, że po dotarciu do ostatniej strony zrozumiecie przekaz tak bardzo, że aż będziecie się trząść z podniecenia. Ja wczoraj tak podekscytowana wiedzą, wertowałam ostatnie kartki jakbym wypiła zgrzewkę tigera… Mając jednak lat 16 robiłam do tej książki kilka podejść. Bo sama książka jest bezwartościowa – jeśli wiedzy z niej wyniesionej nie połączymy ze swoimi chęciami.

 

DSC_1636

 

DSC_1637

 

DSC_1638

 

DSC_1639

 

DSC_1640

 

DSC_1644

 

DSC_1645

 

new1

 

DSC_1649

 

DSC_1650

 

DSC_1653

 

DSC_1655

 

DSC_1658

 

new2

 

DSC_1665

 

DSC_1668

 

DSC_1669

 

DSC_1677

 

DSC_1682

 

new3

 

czekoladki w różnych kształtach np. takich jak na zdjęciu możecie znaleźć na Chocolissimo –  idealny pomysł na prezent. Ruszcie wyobraźnią, a oni na pewno to zrealizują :)

klocki/piramida – Poldun bawi się tym od miesiąca i się nieeee nudzi! – Pikinini

klocki plastikowe – plastiku generalnie nie lubię, ale czasem robię wyjątek – zresztą…dla dziecka jak widać bez znaczenia ;) – Wader

spodenki – Little Gold King

opaska to dzieło najwspanialszej na świecie twórczyni Lilandia :*