Jak efektywnie sprzątać?

13 stycznia 2016

Odkąd pamiętam byłam okropną bałaganiarą. Cały dom wysprzątany zawsze był na błysk, a mój pokój… był jak jakiś oderwany od rzeczywistości. Po kilku latach mama przestała już nawet do niego wchodzić, żeby się nie denerwować. Paczki po chipsach, pozasychane talerze i całe mnóstwo kurzu. Kiedy wyprowadziłam się na swoje, wcale nie było lepiej… do czasu.

Sprzątanie nagle stało się dla mnie codziennością. Konkretnie od momentu, kiedy siedzenie w bałaganie zaczęło znacznie wpływać na moje samopoczucie. Być może wpływało na nie zawsze, ale nie umiałam tego powiązać. W sieci znajduję setki obrazków, mówiących, że idealne mamy mają klejące podłogi, pozasychane piekarniki i szczęśliwe dzieci. Cóż – nie wiem jaka jest analogia, ale z tych 3 rzeczy posiadam tylko szczęśliwe dziecko. A jest ono szczęśliwe wtedy gdy i ja jestem. Z klejącą podłogą i upieprzonym piekarnikiem – cóż… niekoniecznie. Od zawsze wyznaję zasadę, że zlew pełen naczyń poczeka – oczywiście, że poczeka. Ale coś jest chyba nie tak, kiedy czeka tam sobie od dwóch tygodni i liczy jakieś 1,5 metra. Pora powiedzieć to głośno – te wszystkie internetowe bzdury, to nasze wymówki! Wymówki na lenistwo. Nikt nie wmówi mi, że przyjemnie jest siedzieć przy uwalonym od jedzenia stoliku. Nikt też mi nie wmówi, że ekstra sprawą jest przyklejanie się naszych stóp do poklejonej podłogi. Nie jest!

Kobiety często mówią ” Jutro posprzątam”. Jutro jednak odkłada się w czasie, a wraz z nim nasze sprzątanie – a my w prezencie otrzymujemy zapuszczone mieszkanie, które należy generalnie wysprzątać. Dlatego podstawowym punktem, od którego należy zacząć bycie „perfekcyjną panią domu” (  z przymrużeniem oka, of kors!) jest…

Systematyczność

I tak naprawdę na tym punkcie ten wpis mógłby się zakończyć, bo to właśnie ten punkt jest główną zasadą, dzięki której utrzymuję porządek w moim mieszkaniu, a sprzątanie nie jest przykrym obowiązkiem. Systematyczności od zawsze uczyła mnie moja mama. Wkurzało mnie to niesamowicie ” Jeju, przecież nic się nie stanie jak umyję to później”. Teoretycznie nic się nie działo, ale talerzyk nigdy nie leży samotnie przez kolejne godziny. Dochodzą do niego kolejne i kolejne, a blat zaczyna wyglądać jakby nie był myty od roku, a nie od godziny. Tak po prostu jest.

Najbardziej brudzącym się miejscem jest łazienka i kuchnia. W łazience non stop myje się ręce, zęby po każdym posiłku. Z rana robi się makijaż, bierze prysznic, wieczorem zmazuje się makijaż, znów bierze prysznic. W kuchni za to, toczy się całe życie. Śniadania, przekąski, obiady, kolacje – ich przyrządzenie i spożywanie. Każda czynność zostawia ślad. I możesz wybrać dwie opcje: albo po każdej czynności, olać system i nie robić nic, zostawiając to na później – albo zrobisz to od razu. Na pierwszy rzut oka lepiej wszystko zrobić wieczorem za jednym zamachem. W rzeczywistości obraca się to przeciwko nam. Po pierwsze – cały dzień siedzimy w syfie. Po drugie – wieczorem gromadzi nam się tego tyle, że kiedy zmęczone chcemy usiąść – szorujemy blaty, myjemy naczynia i klniemy pod nosem. Opcja druga to opcja, dzięki której w mieszkaniu czuję się komfortowo. Robię śniadanie – sprzątam po śniadaniu. Od jakiegoś czasu nauczyłam się też gospodarować przestrzeń czyli kłaść na blat serwetę bądź kuchenny ręcznik, a na niego deskę, tak by ograniczyć brudzenie się całego blatu. Mama non stop w domu rodzinnym powtarzała mi, żeby brudzić w jednym miejscu, a nie w każdym zakątku kuchni, kiedy coś robimy. Nareszcie kiedy jestem na swoim, doceniam tą radę jak żadną inną.

Tak samo z łazienką – od lat po każdym myciu rąk w zlewie, czy po kąpieli w wannie – suchą szmatką przecieram cały zlew i wannę. Weszło mi to od małolata tak bardzo w krew, że robią to automatycznie. Tak samo z lustrem – jeśli przy myciu zębów, coś niechcący poleci na lustro – z automatu biorę szmatkę, płyn i czyszczę. To wszystko brzmi tak, jakby całe życie miało ograniczać się tylko do sprzątania. NIE! To są sekundowe czynności, ale trwają one chwilę tylko jeśli robimy je od razu. Jeśli wszystko odkładamy na POTEM – z sekund robią się godziny, a sprzątanie trwa … wiecznie.

To samo tyczy się zabawek – jeśli skończyłyśmy bawić się klockami – klocki lądują na swoim miejscu, a wyjmowane są kolejne zabawki. Do szału doprowadza mnie salon pełen zabawek, wszystkich ze sobą wymieszanych, bo dziecku co 30 minut chce się bawić czym innym. Tym samym uczę młodą porządku i zawsze jej powtarzam, że jeśli przestała się bawić zabawką, to zanim sięgnie po kolejną – ma schować tą, której już nie chce. Nie pomyślcie sobie, że moje dziecko takie posłuszne i tak mnie słucha w tej kwestii. Gdybym tylko jej pozwoliła, wywróciłaby dom do góry nogami. Potwierdzić to może moja siostra. Zawsze kiedy do niej jadę, dziewczyny bawią się same w pokoju Milli. Wejdźcie tam po pół godziny. WSZYSTKO dosłownie wszystko jest na podłodze wymieszane ze sobą. Dlatego, nie dopuszczam do takich akcji na co dzień w swoim domu. Oczywiście nie weźcie mnie za frika – nie jest to jakaś żelazna zasada i wciąż zdarza się, że wszystko jest wywalone na podłogę jak leci. Staram się jednak tego unikać – ani się w takim otoczeniu człowiek fajnie nie czuje, ani niczego to nie uczy.

Gdyby więc tak streścić przekaz punktu pierwszego, brzmiałby on: NIE ODKŁADAJ NICZEGO NA POTEM!

Sprzątaj rano i wieczorem

Kiedy napisałam na facebooku o tym, że spędza mi się dnie znacznie lepiej w 4 ścianach, odkąd dbam o porządek, padło pytanie: kiedy znajdujesz czas na sprzątanie? Rano czy wieczorem? Cóż… Przyznam, że te opcje muszą się ze sobą łączyć, by w ogóle działały. Osobno jakoś nie ma to racji bytu. Aczkolwiek jeśli zastosujecie SYSTEMATYCZNOŚĆ, to tak naprawdę wieczorne i poranne sprzątanie będzie można nazwać jedynie kosmetycznymi poprawkami. Jeśli chodzi o mnie, to staram się, wieczorem zostawić mieszkanie w takim stanie, by rano jedynym moim obowiązkiem było pościelenie łóżka. Nie robię już błędu typu: wieczorem po kolacji w salonie, zostawiam wszystko na stoliku, na narożniku zostawiam rozwalone pledy i poduszki, a rano dostaję zawału. O wiele bardziej wolę to wszystko ogarnąć i rano usiąść sobie w piżamie w czystym salonie.

Nie rób niczego na raty  

Jeśli już bierzesz się za większe porządku, albo nawet te małe typu sprzątnięcie kuchni po posiłki – zrób to RAZ A DOBRZE. Nie rób błędu typu: umyję kubeczek, usiądę, potem wyczyszczę blat. Lepiej poświęcić 10 min i mieć z głowy, niż męczyć się z tym przez godzinę, bo nam się nie chce od razu. Właśnie z takiego podejścia rodzi się efekt ciągłego sprzątania bez efektu.

Nie traktuj sprzątania jako zło konieczne

Ja traktuję tą czynność, jako czynność, która jest krokiem do dobrego samopoczucia. Wiem, że w czystym mieszkaniu czuję się komfortowo i dobrze – dlatego nie traktuję sprzątania jako przykry obowiązek.

Odkładaj na swoje miejsce

Skończyłaś czytać książkę? Odłóż ją na regał. Wypiłaś kawę? Umyj kubek i odłóż na półkę. Przebrałaś się w inne rzeczy? Złóż je w kostkę i i schowaj na swoje w miejsce do szafy. Drobne rzeczy rzucane gdzie popadnie, w mgnieniu oka stają się bałaganem nie do ogarnięcia. Tutaj kubek, tam książka, tu kilka ciuchów, tam jakaś zabawka, którą nikt się nie bawi. A najbardziej na nerwy to działają mi…ciuchy na krzesłach. Za młodu krzesło było moją garderobą, ale teraz kiedy widzę…ten męski t-shirt przewieszony na jednym krześle, a spodnie na drugim…a jeszcze nie daj Boże, kurtkę na trzecim – muszę wziąć solidne 3 wdechy, by nie wybuchnąć.

Wyrzucaj to co niepotrzebne

Nie kieruj się zasadą: „Może się jeszcze przyda” – zastanów się po co realnie, to coś miałoby się przydać. Jeśli już jesteś typem, który usilnie wierzy, że za dwa miesiące TO COŚ będzie nam niezbędne – stwórz miejsce, w którym możesz to wszystko składować.

Takich mniejszych zasad, mogłabym tutaj wymienić o wiele więcej, ale uważam, że jeśli zrozumiecie i wdrożycie w życie punkt 1 – to będzie to już duży sukces. Kolejne punkty to punkty pomocnicze, choć niezwykle ważne. Dopiero w tym momencie, kończąc ten wpis, postanowiłam sprawdzić jakie rady można poczytać w sieci. Cóż – te znalezione, nie zadowoliły mnie wcale. Wszędzie banalne rady, ale nigdzie wzmianki o najważniejszym – o systematyczności. To ona jest kluczem do czystego mieszkania i do tego, by sprzątanie nie wywoływało w nas frustracji.

Zatem jeśli za godzinę, dwie czy trzy masz zamiar iść położyć się do sypialni – ogarnij salon i kuchnię do takiego stanu, w jakim rano chciałabyś przebywać, by czuć się dobrze. Wynieś kubeczki po piciu, wsadź do zmywarki, lub umyj. Popraw kocyk na kanapie, odłóż książkę na miejsce…

Tak więc, drogie Panie – nie dajmy sobie wmówić, że wysprzątane mieszkania oznaczają zmarnowane życie albo że mieszkania blogerek sprzątane są na potrzeby zdjęć, bo NORMALNI ludzie tak nie mają. Zapewniam Was, że niektórzy po prostu lubią czystość i choćbyście wpadli do nich z niezapowiedzianą wizytą – byłoby tam czysto. I nie jestem jakąś pedantką, która ma fioła na punkcie sprzątania, broń Boże – po prostu nie lubię siedzieć w syfie. Ani to przyjemne, ani zdrowe… :)

Systematyczność to klucz. Nie ma drogi na skróty. Ludzie ciągle chcą iść na łatwiznę. Ze wszystkim. Chcą szybko i bez wysiłku osiągnąć efekty. Tak się nie da. Dlatego jeśli lubisz w miarę szybkie i proste rozwiązania – zastanów się czy wolisz sprzątać dwa dni po tygodniu nie sprzątania, czy systematycznie, regularnie czyścić to co się „ubrudziło”?

Dobra organizacja, wdrożenie powyższych zasad w życie, a zapewniam Cię, że z najgorszego bałaganiarza staniesz się (prawie) perfekcyjną panią domu. Sama przeszłam taką metamorfozę, także… potwierdzone info! ;)