Intuicja – mój przepis na sukces.

15 grudnia 2014

Kiedy ktoś pyta mnie : ” A wiesz, że w tym okresie w jakim jest Twoja Pola dzieje się to i to i nazywa się to tak i tak” odpowiadam : „Nie wiem”. Często wychodzę na ignorantkę. Często ludzie biorą mnie za matkę, której własne dziecko nie interesuje. A przynajmniej nie jego rozwój.  Kiedy ktoś pyta w jaki sposób chciałabym wychować swoje dziecko odpowiadam śmiało, że kieruję się intuicją. Jeden wielki spontan – akcja, reakcja – co będzie to będzie. Często wieczorami dumnie patrzę w lustro i myślę sobie „Cholera, skąd ja to wszystko wiem? Skąd ja podłapałam takie świetne podejście do dziecka? Skąd ja mam tyle cierpliwości?”. Każdego wieczoru zasypiam czując się spełniona jako matka. Może to się wydawać komuś śmieszne, ale jeszcze ani razu nie poczułam, że ze swoim dzieckiem mogłam postąpić inaczej niż jak to zrobiłam. „Intuicja zawodzi” – mówią. A ja śmieję się w twarz tym wszystkim książkowym matulom co to za grosz własnego zdania nie mają tylko chłoną drukowane literki jak biblię, nie wiedząc, że byle imbecyl mógłby wymyślić sobie metodę wychowawczą, za którą na sto procent podążyłaby jakaś grupa ludzi. Jak za wszystkim. I o ile nie mam nic przeciwko szukaniu wskazówek w książkach, dokształcaniu się i szukaniu rozwiązań – tak działanie sprzecznie z tym co się czuje na rzecz jakiejś książki uważam po prostu za głupie.

Rodzicielstwo bliskości, bezstresowe wychowanie i wiele innych metod. Każda ma swoich zwolenników. Wybór szanuję, bo nie mnie oceniać jak kto wychowuje swoje dziecko. Jeśli działa przy tym w zgodzie z samym sobą – okej. Jestem jak najbardziej za i cieszę się jeśli dana metoda wychowawcza pozwoliła komuś sprawnie przejść przez trudy macierzyństwa. Ja nie mam czasu na książki.Nie mam też na nie chęci. Nie mam czasu na godzinne rozważania czy coś jest karą czy już konsekwencją. Nie mam czasu i chęci na rozważanie  jak na psychikę mojego dziecka wpłynie spanie osobno czy ze mną. Postępuję jedynie tak, by na twarzy mojego dziecka jak najdłużej gościł uśmiech. Moim zadaniem jako matki jest karmienie, przewijanie, zabawa i okazywanie miłości. Tłumaczenie co dobre, co złe.  Nie zastanawiam się czy, aby na pewno na moje dziecko nie wpłynie to, że dziś zje chleb na podłodze brudząc wszystko dookoła. Nie zastanawiam się czy rozpieszczę dziecko przytulając je gdy płacze i czy go nie skrzywdzę jeśli na płacz nie zareaguję natychmiastowo. Czasem dziecko mną rządzi, czasem nie. Czasem sobie na to pozwalam, bo…bo tak. Czasem sobie nie pozwalam, bo nie mogę. Nie mam twardych, określonych zasad, których się trzymam. Nie mam swojej metody wychowawczej. A jeśli już miałabym ją nazwać nazywałaby się ona … intuicją. Powiesz mi zapewne, że żyjemy w totalnym chaosie i nieporządku. Ja powiem Ci, że żyjemy po prostu…normalnie. Nie ma tu miejsca na regułki i etykiety. Zapewnia nam to spokój. Nikt z nas się nie spina, by postępować wg narzuconych przez kogoś reguł. Ani ja ani i F. nie zastanawiamy się na każdym kroku czy aby na pewno nasze postępowanie jest dobre. Nie musimy. Skoro coś robimy – to to wiemy. A nawet jeśli się mylimy – jest to rzecz ludzka. Robi to każdy. I ten co kieruje się intuicją i ten co sposobu na macierzyństwo szuka w książkach.

Nie mam zamiaru tracić czasu i życia na bicie się w pierś, bo moje dziecko zje kiedyś danonka, parówkę czy inne zło. Nie mam zamiaru rozmyślać czy to, że raz na jakieś czas krzyknę na dziecko jak będzie starsze wpłynie mega negatywnie na jego rozwój, bo wychodziłoby na to, że pokolenie naszych rodziców powinno teraz podawać naszych dziadków do sądu za to, że kiedyś dostali pasem po tyłku, a krzyk w domu był na porządku dziennym. Mam gdzieś to, że moje dziecko będzie okłamywane, że Święty Mikołaj istnieje czego wg ‚specjalistów’ robić się nie powinno, bo dzieci mają prawo, by ich nie okłamywać. Serio? Ktoś z was ma traumę przez to, że kiedyś tam dowiedział się, że wielki brodaty dziadek z worem prezentów nie istnieje? Mam wrażenie, że ludzie szukają problemu tam gdzie go nie ma, odbierając sobie brutalnie prawdziwą radość z tak pięknej rzeczy jaką jest macierzyństwo…

Instynkt macierzyński się czuje. Nie wiadomo skąd po porodzie nagle się wie tyle rzeczy. Po prostu się wie. Matka nie potrzebuje książek, by wiedzieć z jakiego powodu dziecko płacze. Nie potrzebuje książek, by wiedzieć jak je przytulać. Czemu miałabym więc ich potrzebować, by wiedzieć jak je wychować? O wiele bardziej cenię sobie artykuły na niektórych blogach typu Blog Ojciec , które mogą dać cenną wskazówkę, skłonić do refleksji, a nie rzucać suchymi teoriami na sto stron jak by każde dziecko na świecie było takie samo. I jak już wcześniej zaznaczałam. O ile kierowanie się regułami z danej metody wychowawczej rozumiem, tak kierowanie się nimi robiąc wszystko inaczej niż się czuje, że powinno się zrobić uważam za głupotę. Metody wychowawcze powinno traktować się jak wskazówki. Nie jak religię. Nie możemy traktować tego jak obowiązku, którego jeśli nie spełnimy w stu procentach będziemy bić się w pierś, a wyrzuty sumienia będą nas zjadać od środka, bo nie postąpiłyśmy w stu procentach wg jakiegoś tam punktu.  Mylić będziemy się zawsze. Nigdy nie będziemy idealne. Przynajmniej nie jeśli zrobimy tego dokładną analizę. Zawsze znajdziemy gdzieś po drodze małe błędy, zawsze stwierdzimy, że coś można było zrobić ciut lepiej, pójść w innym kierunku. A przynajmniej na pewnym etapie na pewno zaczynamy to dostrzegać. Jeśli chodzi o mnie moje dziecko jest zbyt małe, by stwierdzić czy coś zrobiłam źle. Wiem jednak, że w jej oczach jestem idealna. Może poza tymi momentami, w których nie pozwalam jej wsadzić palców do kontaktu czy wziąć kabla do buzi. Ale tak poza tym…to jestem pewna. Że jestem dla niej matką idealną. Bo jedyną. I to intuicja jest moim przepisem na sukces. Nie książki, nie regułki, nie etykietka każdego pojedynczego zachowania. I właściwie mogę być z tego cholernie dumna. Że czuję to we krwi. To macierzyństwo. Ten instynkt. I wierzę, że potrafię wychować swoje dziecko najlepiej jak potrafię bez czytania sterty poradników i naukowych książek. Śmiem twierdzić, że lepiej wiem od tysiąca autorów poradników co jest złe, a co dobre dla MOJEGO dziecka. Bo żaden z nich mojego dziecka nie zna. Może znać ich tysiące. Ale mojego nie. Skąd więc miałby wiedzieć jak je wychować?

Nie uważam się za eksperta. Ba. Nigdy nim nie będę. Nie śmiem nazywać się doświadczoną matką, bo jestem dopiero na początku tej drogi. Są zapewne tysiące matek na tym świecie, które radzą sobie lepiej ode mnie. Są pewnie też takie, które radzą sobie gorzej. Od tych pierwszych nie oczekuję rad, tych drugich sama nie śmiałabym pouczać. Każda z nas startuje z tego samego poziomu i chce dla swojego dziecka być najlepszą. I jest. Intuicja jest o tyle dobrą sprawą, że po czasie dowiadujemy się, że to jak wychowujemy dzieci wpisuje się w książkowe zasady, o których pojęcia nie miałyśmy. A jednak…wiedziałyśmy jak postąpić. Czy kierujemy się instynktem, czy korzystamy z książek – to jest nie ważne. Grunt to zachować przy tym drugim zdrowy rozsądek i pamiętać, że to my znamy  najlepiej swoje dziecko. I to my wiemy co dla niego najlepsze. Nawet jeśli czasem się mylimy.