O mojej przygodzie z korporacją, która trwała… 15 minut!

12 czerwca 2017

Miałam w swoim życiu taki moment, kiedy nastąpił przestój w mojej pracy. Byliśmy akurat w sytuacji, kiedy nie mogliśmy sobie pozwolić na to, by osunął nam się grunt pod nogami. Były nam potrzebne dwie pensje, tymczasem moja… moja była pod znakiem zapytania.

Biłam się z myślami jak mogłam – iść na etat i pozwolić umrzeć temu, na co tak długo pracowałam? Czy poczekać jeszcze chwilę… ale mimo tego, że wiedziałam, że przestój może być chwilowy – ciągnęło mnie do czegoś innego. Do innych doświadczeń. Ciągnęło mnie do … KORPORACJI! Od której każdy kogo znam – ucieka! A ja oczywiście pod prąd!

Stolica ma to do siebie, że pracy jest tutaj mnóstwo. I można ją znaleźć w jeden dzień. I to wcale nie za najniższą krajową. Po wysłaniu zaledwie kilku CV już po kilku godzinach byłam umówiona na trzy spotkania. Korporacja czekała, by przywitać mnie z otwartymi ramionami. No więc wkroczyłam… do wielkiego, pięknego biurowca i pojechałam na któreś tam piętro, piękną windą. Było nas pięcioro. Wszyscy ewidentnie potrzebowaliśmy tej pracy. Zaprowadzono nas do pomieszczenia, z którego głosy było słychać już na korytarzu. Po otwarciu drzwi dostałam po twarzy… chaosem. Setką zmieszanych ze sobą głosów, ludzi stojących z telefonami i wymawiającymi jakieś dziwne handlowe gadki. Zachciało mi się płakać. Ja, ceniąca sobie spokój, zacisze domowe i pracę przy komputerze, ładuję się w miejsce pełne ludzi i gwaru. Miejsce, które przeraziło mnie już w pierwszej minucie!

Szkolenie i zapoznanie nas z firmą itp. – miałam wrażenie, że spośród tej piątki jestem jedyną, która nie wierzy w ten bullshit i gruszki na wierzbie. Pan, który wmawia nam, że nie ma nic ważniejszego od pieniądze i już na rozmowie wstępnej piorący nam mózgi. Dodatkowo widok tego, jak traktuje swoich pracowników – mokrą szmatą w pysk. Bo w tym momencie dotarło do mnie właśnie, że choć sama zapracowałam na to co mam, to jednak wygrałam też na loterii, mając możliwość pracowania w tym co kocham. Tamtego dnia ze łzami w oczach wracałam do domu. Było mi trochę wstyd, że jakiś jeden przestój w blogowaniu, a ja już chciałam się poddawać. Jednocześnie doceniłam wtedy to co mam – bo praca w takiej korporacji byłaby dla mnie czymś, czego moja psychika by nie zniosła…

Przez wiele miesięcy słowo korporacja, wywoływało u mnie dziwne dreszcze i wstręt. Całe szczęście wizerunek korporacji obróciłam po wielu trudach…w żart! O tak! W jeden wielki żart! Wszystko sprawiła gra planszowa….

 

KORPORACJA

To właśnie ta gra planszowa jest kolejną grą, którą przedstawiam Wam w ramach cyklu z grami od MDR, ilustrowanymi rysunkami Andrzeja Mleczki. Każdy wpis to szansa również dla Was – za każdym razem, mam dla Was dwa egzemplarze danej gry i muszę przyznać, że dzielnie o nie walczycie!

Dzisiejsza gra planszowa – KORPORACJA – jest grą, która zdziwiła mnie najbardziej. Pozytywnie oczywiście! Zrażona do słowa „korporacja” i wszystkiego co z nią związane, sięgnęłam po nią nieco sceptycznie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy tak jak i poprzednie gry – po prostu mnie rozbawiła i wyluzowała!

Pudełko jak pionki oraz karty, są oczywiście bardzo zbliżone do tych w poprzednio opisywanych grach. Jest to oczywiście celowy zabieg – jedna seria, różne tematyki. Celem gry jest tutaj dotarcie na ostatnie piętro wieżowca lub wykonanie trzech zadań. Oczywiście dotarcie tam gdzie powinniśmy nie będzie wcale takie proste! Co chwilę będzie na nas ktoś donosił – albo my na kogoś ; będziemy podkładać sobie świnie, toczyć między sobą mordercze pojedynki i robić to wszystko w imię tego ostatniego piętra! Wyścig korpo-szczurów, jak to się potocznie mówi.

Jeszcze przed rozpoczęciem gry każdy gracz dostaje trzy karty z zadaniem. Zadanie może dotyczyć np. tego, by przynieść z działu księgowości… poduszkę! By w pełni zrealizować dane zadanie, należy dostarczyć żetony drzwi z przedmiotami wskazanymi na karcie zadania na pole drzwi DYREKTOR. Żetony drzwi otrzymuje się w momencie, kiedy staniemy na polach drzwi marketingu, księgowości lub działu IT. Wtedy ze stosu żetonów wybieramy przedmiot, którego potrzebujemy do wykonania zadania i kładziemy go na swojej karcie z zadaniem. Najszybsze wykonanie wszystkich trzech zadań to jedna z opcji, która gwarantuje nam wygraną.

Tak jak  w poprzednich grach – na planszy czeka nas wiele ciekawych pól, dzięki którym zrobi się naprawdę gorąco i śmiesznie. To samo tyczy się kart. Przykładowo karta z pojedynkiem wzrokowym – gracz wskazuje przeciwnika, z którym wzajemnie patrzą sobie w oczy tak długo, aż któryś z nich mrugnie. Zwycięzca pobiera od przegranego żetony KPI – taką ilość jaka jest na danej karcie. Jeszcze bardziej śmieszna jest karta WSTRZYMANIE ODDECHU – gracze nabierają powietrze i wstrzymują oddech poprzez złapanie się za nos. Wygrywa ten, kto wytrzyma najdłużej.

Za wykonywanie zadań, zgarniamy żetony KPI ( Key Performance Indicator – kluczowy wkaźnik efektywności), które wymieniamy na 1 piętro do góry.

Oczywiście możemy sobie wzajemnie przeszkadzać w dotarciu na najwyższe piętro i w zdobywaniu przychylności dyrektora, poprzez kupowanie żetonów ze sklepu i układanie ich na planszy. Przykładowo kupując banana i kładąc go na planszy, sprawiamy, że gracz, który na nim stanie „poślizgnie się na skórce”, a ten który skórkę podłożył zgarnie żeton KPI.

Zwycięzcą gry zostaje osoba, która pierwsza wykona wszystkie trzy zadania lub która pierwsza dotrze na pole z wizerunkiem prezesa, czyli na ostatnie piętro.

Gra dzięki wielu elementom, które integrują graczy i stawiają ich w sytuacjach, w których na co dzień się nie znajdujemy ( przynajmniej już nie w tym wieku) – jest idealnym elementem, który uzupełni wieczory z przyjaciółmi. Przede wszystkim jest to coś innego, spośród wszystkich gier dostępnych na rynku.

Przed nami jeszcze dwie recenzje gier, a najlepszą oczywiście zostawiłam na koniec… Tymczasem teraz to ja Wam pozwolę na wkroczenie do świata korporacji…

KONKURS !!!

Do rozdania mam dwa egzemplarze gry KORPORACJA. Wystarczy, że w komentarzu pod tym postem na blogu, napiszesz mi czy pracowałaś/eś kiedyś w korporacji – możesz odpisać jednym zdaniem, a możesz mi napisać jak było! Albo jest :P  :)

Z kolei pod postem na FB o tutaj, zamelduj, że bierzesz udział :) Może być to ten sam komentarz co tutaj. Tylko tyle! Bawimy się przez caluuutki tydzień tj. do końca dnia 18 czerwca. Wyniki ogłoszę w przeciągu pięciu dni od zakończenia konkursu :) Bądźcie czujni!

A jeśli już teraz chcecie żeby gra planszowa KORPORACJA znalazła się w Waszym domu lub domach Waszych bliskich albo chcecie po prostu zobaczyć inne gry z tej serii, możecie zrobić to tutaj.

POWODZENIA !!!

WYNIKI !

Kochani… bardzo dziękuję Wam za udział w konkursie. Przeczytałam każdy komentarz i każdy komentarz zasługuje na wygraną… ale zasady są jakie są – wybrać mogłam tylko dwie osoby! I są nimi… Małgorzata Galbierz i Anula Wawrzyniak! Gratulacje! A reszta niech się nie zniechęca! Przed nami jeszcze dwie recenzje super gier, czyli aż czterech zwycięzców! A wierzcie, że najlepsze zostawiłam na koniec… :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Jadwiga Mazur

    Pracowałam w korporacji jeszcze do niedawna i … no powiem Ci, że pranie mózgu to mało powiedziane :P Ten cały pęd i wyścig to jest coś co naprawdę ma wpływ na naszą psychikę i wielu sobie z tym nie radzi… gra wydaje się być bardzo bardzo ciekawa, z chęcią spróbuję w niej swoich sił :) Dzięki Ala za takie super posty i konkursy :*

  • Emilia Tymińska

    Nigdy nie pracowałam w korporacji, ale chętnie bym przygarnęła grę na letnie wieczory z mężem i przyjaciółmi :)

  • Maria Woloszek

    Ach, pracowało się pracowało, ba, nadal pracuje – niestety :P Ale jak człowiek na siebie innego pomysłu nie ma, a pieniądze dobre, to się jakoś tak w tym temacie zastyga. I jeszcze grać mam w korporację, no Alicjo, zlituj się :D Ale dobra, pogram :D

  • Magena Eska

    Jestem urzędasem i często mam wrażenie, że to jednak korporacja 😒 Z chęcią przygarnę grę w celu poszerzenia horyzontów i odstresowania 😊

  • Agus

    Witam :) Nie pracowałam nigdy w korporacji. Gra wydaje się być interesująca, może być przy niej fajna zabawa :) :) Pozdrawiam i Miłego Dnia życzę :)

  • Katarzyna Borowczak

    Nie pracowałam w korporacji, ale nie powiem, że mnie nie ciągnie. To chyba byłby mój świat.. .chyba 😜 powiem Ci jak kiedyś uda mi sie pracować w takowej firmie 😉 a skoro nie udało mi się wygrać poprzednich gier to może ta się uda…w końcu do trzech razy sztuka 😆

  • Małgorzata Stryjecka

    Sliczne zdjecia , fajna gra. Nie pracowałam nigdy w takim miejscu ale uwielbiam pracowac z ludzmi :)

  • Piotr Karkocha

    Dla mnie dzisiejszy dzień, wczorajszy i przedwczorajszy, to jak robota w korporacji… córcie obdarowały siebie po równo ospą i zarządzają każdym kątem w domu. Już nawet nie wiem, gdzie mój pilot leży. Zresztą pilot może nawet i zaginąć, byle tylko te czerwone plamkowe stworki nie kierowały każdą moją minutą z pasją dyrektora dyrektorów – z tym mobbingiem sobie na chwilę obecną słabo radzę. Kłaniam się przenisko :)

  • Mika

    Tak pracowałam w korporacji. Jest to bardzo ciężki kawałek chleba. Bardzo wymagający i stresujący. Momentami dający satysfakcję z wykonywanej pracy. Jest to bardzo dobra praca dla ludzi ambitnych i lubiących pracę pod presją czasu.

  • Mika

    Zdjęcia twoje i uroczej Poli są fantastyczne . Bardzo interesujący post :)

  • Marzena Nawrot

    Moja korporacja – to moje dzieci! 😂 Praca z nimi – pełen wycisk.. 24h siedem dni w tygodniu! :)

    • Aleksandra Malinowska

      Twoje dzieci Cię kochają i są/będą kiedyś Ci wdzięczne, w korpo takie pojęcia nie istnieją. :) wiem, że wykańczają Cię pewnie fizycznie, ale to w gruncie rzeczy piękny czas w życiu :)

  • Aleksandra Malinowska

    Pracowałam w korpo dokładnie miesiąc. To było w życiowym okresie szukania pomysłu na siebie, no i -wiadomo- braku pieniędzy. Pracę dostałam po dwóch bardzo przyjemnych rozmowach kwalifikacyjnych. Karierę w znanej firmie rozpoczęłam od dziwnego BHP – okazało się, że specjalista od biurowego BHP jest chory, przyszedł więc na szkolenie pan od BHP magazynowego i przez 3h oglądaliśmy filmiki, jak nie jeździć wózkiem widłowym, choć wcale nam to w biurze nie groziło :) kawę mieliśmy na takie karty do automatu, na którą pracodawca wpłacał nam około 20zł miesięcznie, jak ktoś zużył tę kwotę za resztę płacił sam, jak nie lubił kawy mógł wymienić na słodycze. herbata w saszetkach była darmowa, ale trzeba było mieć własny kubek. każdy dzień rozpoczynał się od godzinnych plot wszystkich pracowników w części kuchennej. potem szliśmy pracować – ja na swoją robotę narzekać nie mogę, robiłam rysunki, nikt mi się nie wtrącał, obym wyrobiła normę, praca ciężka nie była, może trochę poniżej moich kwalifikacji, ale od czegoś trzeba zacząć.. pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy w 2 tyg wyrobiłam miesięczną normę – szef kazał mi udawać przez następne 2 tyg., że coś poprawiam, żeby nie zmniejszono ilości godzin przeznaczonych na takie zadanie (e?). to była męka, nie bardzo mogłam się bawić netem na okresie próbnym w open space’ie, ale mus to mus. w stołówce zawsze siedziałam z ludźmi przyjętymi do pracy razem ze mną, wbicie się do jakiejś stałej grupki (nawet mojego oficjalnego zespołu) było równie możliwe, co zaprzyjaźnienie się pryszczatej okularnicy z klubem cheerleaderek w amerykańskim liceum – czułam, że ‚kochana, to nie twoja liga’. poza standardowymi uprzejmościami nikt nie czuł potrzeby porozmawiać ze mną nawet o pogodzie. ale to wszystko zniosłam, w końcu nie zatrudniłam się tu, żeby szukać przyjaciół. chciałam zdobyć cenne (na początku kariery) doświadczenie. kiedy dotarło do mnie, że to nie dla mnie? kiedy pewnego popołudnia 5 osób przy biurku obok dyskutowało o tym, jak przykleić cenę na produkt – na prawym końcu, lewym, czy na środku. jakie są za i przeciw. jak będzie lepiej. tylko i wyłącznie o tym – przez 3h (!). miałam ochotę wstać i powiedzieć – dajcie spokój, przecież jak ktoś to weźmie w rękę i obejrzy, zobaczy cenę tak czy inaczej. nie macie nic innego do roboty? -Ale ugryzłam się w język, jak zwykle. Jednak tego dnia zawzięłam się w sobie i postanowiłam – znajdę lepszą pracę, muszę! – i znalazłam, parę dni później. :) ale to już zupełnie inna historia.

  • Anna Manna

    Moim zdaniem korpo nie jest dla ludzi ambitnych, wprost przeciwnie. Raczej dla osób, którym wszystko można wmówić. Moje doświadczenia? A więc… Pracowałam w korpo dokładnie miesiąc. To było w życiowym okresie szukania pomysłu na siebie, no i -wiadomo- braku pieniędzy. Pracę dostałam po dwóch bardzo przyjemnych rozmowach kwalifikacyjnych. Karierę w znanej firmie rozpoczęłam od dziwnego BHP – okazało się, że specjalista od biurowego BHP jest chory, przyszedł więc na szkolenie pan od BHP magazynowego i przez 3h oglądaliśmy filmiki, jak nie jeździć wózkiem widłowym, choć wcale nam to w biurze nie groziło :) kawę mieliśmy na takie karty do automatu, na którą pracodawca wpłacał nam około 20zł miesięcznie, jak ktoś zużył tę kwotę za resztę płacił sam. każdy dzień rozpoczynał się od plot wszystkich pracowników w części kuchennej. potem szliśmy pracować – ja na swoją robotę narzekać nie mogę, robiłam rysunki, nikt mi się nie wtrącał, obym wyrobiła normę, praca ciężka nie była, może trochę poniżej moich kwalifikacji, ale od czegoś trzeba zacząć.. pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy w 2 tyg wyrobiłam miesięczną normę – szef kazał mi udawać przez następne 2 tyg., że coś poprawiam, żeby nie zmniejszono ilości godzin przeznaczonych na takie zadanie (e?). to była męka, nie bardzo mogłam się bawić netem na okresie próbnym w open space’ie, ale mus to mus. w stołówce zawsze siedziałam z ludźmi przyjętymi do pracy razem ze mną, wbicie się do jakiejś stałej grupki (nawet mojego oficjalnego zespołu) było równie możliwe, co zaprzyjaźnienie się pryszczatej okularnicy z klubem cheerleaderek w amerykańskim liceum – czułam, że ‚kochana, to nie twoja liga’. poza standardowymi uprzejmościami nikt nie czuł potrzeby porozmawiać ze mną nawet o pogodzie. ale to wszystko zniosłam, w końcu nie zatrudniłam się tu, żeby szukać przyjaciół. chciałam zdobyć cenne (na początku kariery) doświadczenie. kiedy dotarło do mnie, że to nie dla mnie? kiedy pewnego popołudnia 5 osób przy biurku obok dyskutowało o tym, jak przykleić cenę na produkt – na prawym końcu, lewym, czy na środku. jakie są za i przeciw. jak będzie lepiej. tylko i wyłącznie o tym – przez 3h (!). miałam ochotę wstać i powiedzieć – dajcie spokój, przecież jak ktoś to weźmie w rękę i obejrzy, zobaczy cenę tak czy inaczej. nie macie nic innego do roboty? -Ale ugryzłam się w język, jak zwykle. Jednak tego dnia zawzięłam się w sobie i postanowiłam – znajdę lepszą pracę, muszę! – i znalazłam, parę dni później. :) ale to już zupełnie inna historia.

  • Monika Pawlak

    W korporacji nie pracowałam nigdy, ale zapewne, gdyby sytuacja życiowa zmusiła mnie do pracy tam to po prostu bym poszła :) Żadna praca nie hańbi, a w każdej jest coś co się komuś może nie spodobać. Sama także cenię sobie niezależność i swobodę. Domowe zacisze to dla mnie idealne miejsce pracy, a spotkania biznesowe raz na jakiś czas zupełnie mi wystarczą :)
    Znam osoby, które pracują w korporacjach i jedni kochają swoją pracę, a inni wręcz przeciwnie. Taki mamy świat i rządzi nim pieniądz. Ludzie czasem są jak „pionki w grze” i liczy się efekt, liczy się liczba, liczą się statystyki.

  • Emilia

    Pracuje w korporacji i bardzo to lubię – zdarzaja się oczywiście zabawne, a nawet groteskowe sytuacje związane ze specyfiką tej pracy, ale możliwości rozwoju i realizacja ciekawych projektów są moim zdaniem nie do zastapienia ;)

  • Monika

    Ja pracuję już od dłuższego czasu w korporacji i nie jest źle, wszystko zależy od tego jak się na to spojrzy ☺ pracuję w dziale zobowiązań, mam telefoniczny kontakt z klientem. Niestety czasem zalegamy z platnosciami z przyczyn niezaleznych bezposrednio ode mnie, lecz od innych osob. Czasami dzwoni osoba bardzo zdenerwowana, która zdecydowanie zapomina o szacunku do rozmówcy. W takich sytuacjach trudnych telefonów od klienta mój kolega zawsze mówił, powiedz im, że Ty tutaj pracujesz bo lubisz ludziom pomagać, a pieniądze to sprawa drugorzędna. – z fajnymi ludźmi, każda praca jest dobra ☺

  • Elżbieta Purol

    Jakoś nie bardzo widzę się w korporacji. Lubię ład i porządek. Taka systematyczność. Taki stres jak w korporacji to strawilby mnie ogromnie.

  • Anna Manna

    Moim zdaniem korpo nie jest dla ludzi ambitnych, wprost przeciwnie. Raczej dla osób, którym wszystko można wmówić. Moje doświadczenia? A więc… Pracowałam w korpo dokładnie miesiąc. To było w życiowym okresie szukania pomysłu na siebie, no i -wiadomo- braku pieniędzy. Pracę dostałam po dwóch bardzo przyjemnych rozmowach kwalifikacyjnych. Karierę w znanej firmie rozpoczęłam od dziwnego BHP – okazało się, że specjalista od biurowego BHP jest chory, przyszedł więc na szkolenie pan od BHP magazynowego i przez 3h oglądaliśmy filmiki, jak nie jeździć wózkiem widłowym, choć wcale nam to w biurze nie groziło :) kawę mieliśmy na takie karty do automatu, na którą pracodawca wpłacał nam około 20zł miesięcznie, jak ktoś zużył tę kwotę za resztę płacił sam. każdy dzień rozpoczynał się od plot wszystkich pracowników w części kuchennej. potem szliśmy pracować – ja na swoją robotę narzekać nie mogę, robiłam rysunki, nikt mi się nie wtrącał, obym wyrobiła normę, praca ciężka nie była, może trochę poniżej moich kwalifikacji, ale od czegoś trzeba zacząć.. pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy w 2 tyg wyrobiłam miesięczną normę – szef kazał mi udawać przez następne 2 tyg., że coś poprawiam, żeby nie zmniejszono ilości godzin przeznaczonych na takie zadanie (e?). to była męka, nie bardzo mogłam się bawić netem na okresie próbnym w open space’ie, ale mus to mus.

    • Anna Manna

      cd. w stołówce zawsze siedziałam z ludźmi przyjętymi do pracy razem ze mną, wbicie się do jakiejś stałej grupki (nawet mojego oficjalnego zespołu) było równie możliwe, co zaprzyjaźnienie się pryszczatej okularnicy z klubem cheerleaderek w amerykańskim liceum – czułam, że ‚kochana, to nie twoja liga’. poza standardowymi uprzejmościami nikt nie czuł potrzeby porozmawiać ze mną nawet o pogodzie. ale to wszystko zniosłam, w końcu nie zatrudniłam się tu, żeby szukać przyjaciół. chciałam zdobyć cenne (na początku kariery) doświadczenie. kiedy dotarło do mnie, że to nie dla mnie? kiedy pewnego popołudnia 5 osób przy biurku obok dyskutowało o tym, jak przykleić cenę na produkt – na prawym końcu, lewym, czy na środku. jakie są za i przeciw. jak będzie lepiej. tylko i wyłącznie o tym – przez 3h (!). miałam ochotę wstać i powiedzieć – dajcie spokój, przecież jak ktoś to weźmie w rękę i obejrzy, zobaczy cenę tak czy inaczej. nie macie nic innego do roboty? -Ale ugryzłam się w język, jak zwykle. Jednak tego dnia zawzięłam się w sobie i postanowiłam – znajdę lepszą pracę, muszę! – i znalazłam, parę dni później. :) ale to już zupełnie inna historia.

  • Anula Wawrzyniak

    Jestem stworzeniem odpornym na stres, dobrze sobie radzę z wyzwaniami, zarówno solo, jak i w grupie, nie poddaję się łatwo… więc przetrwałam w korporacji niemal 4 lata.

    To była duża, ogólnopolska agencja nieruchomości, w której pracowałam jako grafik i dtp-owiec. Obrabiałam teksty i obrazki, składałam gazetki, katalogi, bannery i takie tam. Moja pierwsza praca – rozpoczęta jeszcze na studiach, nie miałam więc zbyt wielu punktów odniesienia.

    Początkowo byłam pełna entuzjazmu – wiadomo, samodzielne zarabianie pieniędzy potrafi zawrócić w głowie. Dopiero po 2-3 latach zaczęłam spoglądać na sprawy nieco bardziej… trzeźwo. I odkryłam, że tak naprawdę jestem w tej mojej idealizowanej pracy tylko pionkiem, który każdy przestawia, jak chce. Że szefowie działu żonglują sobie prawdą, jak im wygodnie. I że haruję za 3 osoby, a nikt tego nie docenia. Ba, jeszcze są pretensje, że chcę przychodzić do pracy na 7.30, a nie na 9.00 – choć jako typowy ranny ptaszek pracuję lepiej o wczesnych porach, gdy nikt mi nie przeszkadza… Szalę goryczy przelała zima, kiedy przeprowadziliśmy się z całym biurem ze starej kamienicy w centrum Krakowa (tam wtedy mieszkałam) do nowoczesnego biurowca (wybudowanego przez znajomego prezesa krakowskiego oddziału firmy… ekhmm…). W biurowcu było lodowato, bo szefowie uznali, że zaoszczędzą na ogrzewaniu. A ja siedziałam przy szklanej ścianie. Kiedy z koleżankami z działu (openspace) poprosiłyśmy o podwyższenie temperatury, usłyszałyśmy, że… możemy pracować w rękawiczkach.

    Klasa, co nie? :)

    Później zaliczyłam jeszcze pracę w małych wydawnictwach. Nie było lepiej. Tylko mniej pracowników do niszczenia. Teraz pracuję w instytucji państwowej i dopiero mogę odetchnąć jako pracownik, bo spełniam się, robię to, co lubię, i jestem za to doceniana. Ale musiałam przejść sporo, by dostać tę nagrodę. Może dlatego tak ją doceniam? :)

  • Emila Kochaniec

    Już od kilku lat stale związana z korporacją. Widzę bardzo wiele plusów tej sytuacji, na minusy przymykam oko ;). Przede wszystkim pensja + premia, która rzeczywiście uzależniona jest od wyników (duży plus). Jesteś leniwy, kombinujesz ze zwolnieniami lekarskimi = niska płaca. Pensja zawsze na czas, nie to co u „prywaciarza” 1/2 etatu, a w rzeczywistości praca na pełny etat za psie grosze. Dla każdego jednak co innego jest postrzegane jako dobre:). Jeden odnajdzie się w korporacji, drugi zaś po jednym dniu ma dość.

  • Małgorzata Mikołajczyk

    Rozpoczęłam pracę w korporacji jeszcze będąc na studiach, sytuacja rodzinna i życiowa zmusiła mnie niejako do podjęcia pracy. Początki mojej pracy, pierwszej pracy nie były łatwe, ale nigdy nie są dla każdego, chyba, że ktoś się z takim darem urodził. W ciągu tych trzech lat pracy, udało mi się awansować, więc moja kariera przypominała losy od pucybuta do milionera…piszę z przekąsem i z ironią. Bo rzeczywistość nie była taka jaka z pozoru mogłoby się wydawać. Przekonanie o tym, że u sąsiada trawa bardziej zielona to wytwór czyjeś wyobraźni. Z perspektywy czasu pracę w korporacji postrzegam w zupełnie innym świetle. Życie taki scenariusz mi napisało, dziękuję za wszystkie te doświadczenia, przez które przyszło mi przejść, bo dzięki nim jestem tym kim jestem i to była droga i bezcenna lekcja. Ukształtowało moją osobowość, umocniło mnie wewnętrznie, ale nie złamało mój kręgosłup moralny, mimo, że wiele osób z mojego środowiska pracy uległo tej pokusie – w postaci walki do celu po trupach. Korporacja to taki mocny bat i silne orzeźwienie, które daje pełny obraz rzeczywistości. Życie nie jest bajką, ale kto zabroni mi wierzyć i żyć w zgodzie z samym sobą. Przyzwoitość to trudne zadanie i chociaż jak już napisałam powyżej, życie nie jest bajką, ale ja swoją bajkę tworzę na co dzień, w dążeniu do szczęśliwego zakończenia każdego dnia.
    Korporacja dla wszystkich, ale nie dla każdego- tak bym spuentowała. Tak jak wspinaczka na Mount Everest- dla wszystkich, ale nie dla każdego.

  • Magdalena Galbierz

    Witajcie.

    Mam na imię Magda. Mam 32 lata.
    Jestem korposzczurem już… 12 lat.
    Zaliczyłam korpoparabank, korpomarket, korpocallcentre (nie, to nie ja dzwoniłam do Was z propozycją zakupu elektrogumonapawarki) i obecnie od 7 lat jestem prawdziwą #korpobitch w banku (prawdziwym takim, nie żadnym para ani skokoloko ;) )
    Jedną kwestią jest to co mnie w pracy w korpo lekko dołuje (choć każdy korposzczurek wie, że tak na prawdę to zabija, powoli jak żółw ociężale) to wieczny pęd na rzecz targetów, celów, słupków. To permanentna gonitwa za rynkiem, trendem, wymaganiami. I wszechobecny i doskwierający stres.
    Ale cudowną przeciwwagą, która kształtuje, uczy, bawi, POMAGA PRZETRWAĆ najgorsze korpozamiecie są… ludzie. Korporacja to taki cudowny tygiel w którym mieszają się ludzie różnych poglądów, przekonań, umiejętności i oczywiście charakterów. Dzięki ludziom praca staje się znośna a nawet (na chwilę przed poniedziałkiem, nie wierzę że to napiszę) fajna :) Korporacja daje świadomość swoich możliwości zarówno psychicznych jak i umysłowych (nic tak nie wykształca kreatywności jak maile zakończone magicznym skrótem ASAP- czyli zadanie było na wczoraj albo i wcześniej). Nic tak nie buduje więzi i poczucia odpowiedzialności za zespół jak cel, którego zwieńczeniem jest premia (bo każdy korpolud wie, że pieniądze szczęścia nie dają ale lepiej płacze się w ferrari). Nic tak nie pomaga w przetrwaniu tygodnia jak myśl o piątkowej integracji poprzedzone biforkiem a zakończonej afterkiem ;)
    Lubię moją pracę- ten wiatr we włosach, gdy pędzę do mojego lapka przez cały ołpenspejs, w myślach uskuteczniając mój pomysł na projekt. Lubię tim takich samych jak ja korpofrików zafiksowanych na kajpiajach. Lubię też to, że mimo że jestem trybikiem w maszynie czasem zdarza się tak, że beze mnie, jednego trybika maszyna nie działa tak świetnie jak mogłaby ze mną ;)

    I na koniec dwa korpodżołki, które zrozumieją tylko ludzie siedzący w korporacji po uszy:

    1. Przed drzwiami ogromnej firmy spotykają się dwaj jej pracownicy. Doświadczony, wieloletni pracownik i nowozatrudniony czyli świeżak. Doświadczony pracownik w dłoni dzierży jedynie podręczną teczkę a świeżak całą stertę dokumentów, skryptów i procedur.
    Nowy powiada do doświadczenego:
    – No tak, ty masz te wszystkie procedury już w głowie.
    Na co doświadczony odpowiada:
    – Nie. W d…

    2. Czym się różni pracownik korporacji od balkonu?
    Balkon utrzyma czteroosobową rodzinę.

    MG.