Gdzie jest moje dziecko?

21 grudnia 2016

Kiedyś strachliwa, wstydliwa i trzymająca mnie kurczowo za rękę. Obecnie wulkan energii, wszędzie jej pełno, choć czasem nie tam gdzie pełno jej być powinno…

Kiedy byłam mała… a właściwie nie – nawet kiedy miałam już jakieś 11 lat – zawsze kiedy w markecie traciłam mamę z z zasięgu wzroku, ogarniał mnie dziwny strach. Strach nie do opisania. Dzisiaj na zakupach z dzieckiem, kiedy tracę je z zasięgu wzroku, bardziej martwię się o jej uczucia i oto, że poczuje to co ja kiedyś. Takie sytuacje jednak są u mnie bardzo sporadyczne i trwają sekundę, bo jak się okazuje Pola jest tuż obok. Ale pewnego razu było inaczej. Nie miałam jej w zasięgu wzroku dużo dłużej niż kilka sekund, choć dałabym sobie rękę uciąć, że była tuż obok mnie. Moja anielska cierpliwość i przeszukanie sklepu, zdawało się z minuty na minutę robić coraz bardziej chaotyczne. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że może jej tu wcale nie być, ale cholera… naprawdę jej nie było.

Około miesiąca temu, spontanicznie pewnego wieczora wybraliśmy się we trójkę do factory w Warszawie. Byłam tam po raz pierwszy. Był to akurat czas, kiedy naprawdę nie poznawałam własnego dziecka. Wracała z przedszkola i miałam wrażenie, że ktoś podmienił mi dziecko. Rozwydrzona, krzykliwa, obrażalska, plująca i bijąca. Już po 10 minutach w galerii żałowaliśmy, że w ogóle tam się pojawiliśmy. Pola pośrodku każdego sklepu siadała, zdejmowała buty, biegała, zrzucała ubrania – normalnie ignoruję jej furie, ale nie kiedy robi takie rzeczy – kiedy robi takie rzeczy, po prostu wynoszę ją ze sklepu. Zresztą to nie były furie pełne płaczu, a wygłupy, które przekraczały granice. Płaczu nie było, był tylko szyderczy śmiech, a na próby moich rozmów – ucieczka. Po jakimś czasie na zakupach, z F. za cel obraliśmy nie zakupy, a uważne obserwowanie Poli. Byliśmy przerażeni. Nie bała się kompletnie niczego i nikogo. Potrafiła wyjść ze sklepu, nie mówiąc nam o tym i iść przez długi czas sama – obserwowaliśmy ją i snuliśmy się za nią jak duchy, ale ona tego nie wiedziała. Wchodziła sama do sklepów z zabawkami. Miałam nadzieję, że może przestraszy się jak zda sobie sprawę, że nas nie ma, ale tak nie było. Zdałam sobie sprawę, że ona kompletnie nie wie co robi i kompletnie nie wie jak to się może skończyć. Wydaje jej się pewnie, że zna drogę powrotną do sklepu, w którym jesteśmy i będziemy tam na nią czekać.

Mój F. który zazwyczaj jest tysiąc razy bardziej cierpliwy ode mnie, tym razem był wytrącony z równowagi. Byliśmy na skraju przez jej durne zachowania, ale granica została przekroczona, kiedy w jednym sklepie Pola naprawdę zniknęła nam z zasięgu wzroku. Byłam pewna, że jest gdzieś obok, ale nie… zaczęłam więc chodzić po całym sklepie, raz, drugi, trzeci, czwarty, piąty… nic. W końcu zrozpaczona wybiegłam ze sklepu i… kompletnie nie wiedziałam co robić. Nigdzie jej nie było. Wmawiałam sobie, że na pewno z niego nie wyszła, bo w sklepie były jej buty, które ciągle zdejmowała. W końcu stojąc przed wejściem do sklepu, zobaczyłam jak Pola wyłania się gdzieś z jego środka jak gdyby nigdy nic. Mogę się dzisiaj założyć, że celowo schowała się gdzieś za ubraniami – kilka razy również ją na tym przyłapaliśmy.

Po tej akcji, chwyciłam Polę pod pachę i pomaszerowaliśmy prosto do auta. Wtedy do mnie dotarło… że nigdy tak naprawdę nie rozmawiałam z nią o tym, dlaczego nie powinna tak daleko odchodzić sama. Nigdy z nią nie rozmawiałam, bo nie było takiej potrzeby. Jeszcze do niedawna jeździła w wózku, a zakupy w galerii są u nas bardzo sporadyczne. W aucie podjęłam próbę rozmowy. Wiedziałam, że się nie wymiga. Siedziała w foteliku, przypięta pasami, była dość spokojna. Kiedy zaczęłam jej opowiadać o tym, co się może wydarzyć, że ktoś obcy mógłby ją zabrać i już nigdy by nas nie zobaczyła – zobaczyłam jak zaczyna jej się trząść bródka. Byłam w szoku, szczerze mówiąc nie sądziłam, że tak to weźmie do siebie. Powiedziała na koniec, że rozumie i że następnym razem, będzie trzymać mnie za rękę. Wzięłam to na dwa razy, bo jak to z dzieckiem bywa – co innego mówi, co innego robi. Ale ona jednak jak powiedziała, tak zrobiła – i robi tak wciąż. A ja przed każdym wyjściem, rozmawiam z nią o tym jak powinna się zachowywać.

Tamto doświadczenie nauczyło mnie tego, by mieć zawsze oczy dookoła głowy. I wiecie co … przezorny zawsze ubezpieczony. Możemy ufać swojemu dziecku, ale zdecydowanie nie możemy ufać innym. Od jakiegoś czasu, mamy przy sobie urządzenie, dzięki któremu czuję się bezpiecznie – na serio i bez ściemy. To nie jest sprawa, w której możemy sobie pozwolić na błąd, dlatego tym bardziej czuję się zobowiązana, by o takich rzeczach pisać. Jakiś czas temu odezwała się do mnie firma notiOne. Jestem osobą, która bardzo sceptycznie podchodzi do tematu jakichkolwiek urządzeń, ale kiedy przeczytałam wszystkie informacje na temat tej nowości, wiedziałam, że cholernie tego potrzebuję, zwłaszcza po ostatnim zajściu.

Dostaliśmy od notiOne dwa urządzenia: brelok i opaskę na rękę. Są to urządzenia, dzięki którym będziemy mogli za pomocą specjalnej aplikacji zlokalizować swoje dziecko, ale także zagubione w domu klucze. Działa to na takiej zasadzie, że brelok przyczepiony np. do plecaka dziecka wysyła sygnał i działając z aplikacją notiOne oraz z aplikacjami współpracującymi, pozwala nam, rodzicom odebrać sygnał na zainstalowanej przez nas aplikacji. Czyli krótko mówiąc: brelok możemy np. przyczepić do kurtki naszego dziecka i obserwować na telefonie, czy dziecko bezpiecznie dotarło do szkoły, ale możemy też zapobiegawczo umieścić brelok w kurtce, by w razie stracenia dziecka z oczu w galerii, wiedzieć gdzie go szukać.

 

 

 

To co w aplikacji przyciąga najbardziej to fakt, że zazwyczaj w takich urządzeniach zasięg sięgał maksymalnie 90 m… mało prawda? notiOne dzięki aplikacjom zaprzyjaźnionym, pozwoli nam odnaleźć dziecko nawet na drugim końcu Polski – choć jak to piszę to mam ciary jak nigdy w życiu… Nie ma znaczenia to, jak daleko znajduje się przedmiot, które chcemy obserwować. Najważniejsze, by w gronie naszego dziecka były inne aplikacje współpracujące z notiOne. Sygnału nie odczytamy, kiedy nasze dziecko znajdzie się samo, np. w lesie, gdzie nie ma żadnych ludzi. Mówiąc krótko: im więcej ludzi tym lepiej. Brelok możemy też na stałe przyczepić do naszych kluczy, lub wsadzić do portfela – pozwoli nam to nie tylko odnaleźć rzeczy rzucone gdzieś w kąt w domu, ale także uniknąć zgubienia ich na mieście.

 

Już kiedyś Wam pisałam – nie jestem gadżeciarą. Tutaj jednak nie chodzi o gadżet, a o realną troskę. Brelok czy opaska na stałe przyczepiony gdzieś np. przy kurtce, czy w kieszeni kurtki, pozwalą nam zapewne spokojniej funkcjonować na co dzień. Ja osobiście, dzięki temu czuję, że mam nad wszystkim jakąś kontrolę, choć wierzę w to najmocniej jak się da, że nigdy w życiu nie będę musiała z tej aplikacji skorzystać, by odnaleźć moje dziecko.

 

 

 

Więcej informacji o urządzeniu notiOne znajdziecie na stronie notiOnefanpage notiOne oraz na tym filmiku.

  • Kamila

    Bardzo fajny pomysł, tak jak ktoś napisał na fb, może mieć ekstra zastosowanie przy starszych osobach :)

  • Monia

    Dziękuje Ci za ten wpis, jestem na podobnym etapie z moik szalejącym trzylatkiem :( spróbuje wytłumaczyć jakoś …

  • daria n.

    fajne urządzonko :)

  • Małgorzata Stryjecka

    bardzo fajne te opaski widzę juz któraś recenzje :) a co do Poli zachowania zgadzam sie Twoja wina , dziecko nie wie jak ma sie zachowywać puki nie dostanie jasnych i konkretnych wskazówek .Człowiek sie uczy całe życie. ja z moimi dziewczynami przed każdym wyjściem, rozmawiam gdzie jedziemy , co będziemy robić , co wolno czego nie . Eliza nie potrafi zachować się w kościele i nie chodzi z nami już sama na słowo kościół reaguje
    ; Ja z babcia zostaje .
    i tak będzie dopóki sama nie zechce pójść i pokaże ze ta godzinę może usiedzieć na miejscu .
    Ale opowiem sytuacje która mnie tego nauczyła !:
    Aurelia w wieku 1,5 roku została z braćmi sama na chwile na podwórku , poszłam po coś do picie , patrze p[rzez okno a dzieci za furtkę wychodzą mimo ze była zamnknieta , bracia weszli na płot i otworzyli , Aurelia wyszła na ulice , siostra dobiegła pierwsza i chwyciła Aurelie metr przed autem ! gościu zahamował w ostatniej chwili ! od tamtej pory nie spuszczam wzroku z dzieci i tłumacze!
    co ja przeżyłam to jedynie Pan Bóg wie i do końca życia będę Mu dziękować za ocalenie życia Aurelii.

    • Jeju nawet nie chcę wiedzieć co musiałaś czuć! Coś strasznego! Szczęście w nieszczęściu…

  • Basia Potocka

    Mój Bartek jak narazie chce chodzić za rączkę ale wiem, że to do czasu ;) więc nadejdzie ten moment, kiedy trzeba będzie porozmawiać :)