Gdy zaczynasz żałować, że zostałaś matką…

28 maja 2015

Tytuł wpisu pewnie niektórych przeraża. Jak można tego żałować? Zwłaszcza wtedy jeśli decyzja o dziecku była świadoma. No jak? A no można… Okropne doświadczenie, do którego większość z nas się nie przyznaje, bo niemal natychmiastowo zostałby dokonany na nas publiczny lincz. A ja się przyznam. Miałam to uczucie całkiem niedawno. Dokładnie wtedy kiedy przestałam wstawiać zdjęcia Poli i pisałam Wam, że motywacja mnie opuściła… Mam nadzieję, że był to pierwszy i ostatni raz.

Wyobraźcie sobie sytuację kiedy zaczynają spływać na Was niesamowite propozycje rozwoju, wyjazdów, świetnej pracy – wszystko o czym do niedawna marzyłyście zaczyna „spadać” Wam z nieba. A Wy siedzicie w domu z małym dzieckiem i nagle zaczyna Wam ono przeszkadzać. Nie daj Boże dołóżcie do tego rozstanie z facetem i brak opieki dla dziecka, która byłaby niesamowicie pomocna w rozpoczęciu jakiegoś nowego życia z kimś innym. Powodów może być mnóstwo. Czasem może być to po prostu… zmęczenie. Mija pół roku, mija rok. I nagle macierzyństwo z przyjemnej rzeczy staje się obowiązkiem, który zaczyna nas męczyć. Zdarza się również tak, że zaraz po porodzie dopada nas coś w stylu baby-blues. Rzeczywistość nas zaskakuje – jeśli planujemy dziecko nastawiamy się na same najpiękniejsze aspekty macierzyństwa tymczasem rzeczywistość weryfikuje nasze wyobrażenia… Najczęstszym jednak przypadkiem jest żałowanie w momencie gdy nie sprawdzamy się w roli matek. Gdy chcemy karmić, a nie możemy, gdy chcemy zająć się dzieckiem, a ktoś inny musi nam pomóc. To całkiem normalne, ale niestety same sobie stawiamy za duże wymagania. Chcemy być najlepsze, samodzielne…i kiedy coś nie idzie po naszej myśli – zaczynamy żałować, że w ogóle zostałyśmy matkami – bo przecież się nie nadajemy.

Piękny słoneczny dzień. Pola budzi mnie delikatnym muśnięciem po policzku. Myślę sobie „Cholera. Co tak wcześnie”. Pokazuje, że chce jeść. Z wkurwieniem wymalowanym na twarzy wstaję robię jej kanapkę z serem i daję do ręki. Przez cały dzień jakakolwiek zabawa z nią ani przez chwilę mnie nie cieszy. Wręcz przeciwnie. Spacer, karmienie jej, wszystko co z nią związane męczy mnie okrutnie. W głowie wciąż mam wizję siebie nie mającej dziecka. W głowie wciąż mam obraz siebie, która może w każdej chwili wyjechać i znaleźć pracę marzeń. Zaczynam skupiać się na samych negatywach więc dziecko zaczynam postrzegać jako jedną wielką przeszkodę. We wszystkim.  Przestaję trenować, przestaję się zdrowo odżywiać, przestaję robić cokolwiek. Mam ochotę tylko leżeć i zasłaniać się kolejnymi wymówkami „nie mam jak”. Z osoby zorganizowanej, poukładanej i radzącej sobie ze wszystkim – staję się sfrustrowaną kurą domową. Chociaż nie. Ja staję się sfrustrowanym leniem, który całymi dniami marzy o rozwoju kariery i o kupie hajsu, ale zamiast o to walczyć leży i płaczę w poduszkę, bo dziecko mu w tym nie pozwala. Rzygam swoim obrazem z tamtego okresu. Nie chcę więcej tego czuć, nie chcę więcej tego przeżywać. Nie mówiłam o tym nikomu. Dusiłam w sobie. Po jakimś czasie powiedziałam siostrze. Stwierdziła, że to normalne. Po jakimś czasie pojawia się również komentarz czytelniczki, która jakby między wierszami wyczytała co się dzieje. Mówi, że po roku wiele par, wiele mam ma kryzys. Bo mija rok i nic się nie zmienia.

Dziś stwierdzam, że i te gorzkie chwile czegoś mnie nauczyły. Stało się to o czym zawsze Wam trąbiłam. Jedna zła myśl sprowadza na nas kolejne. Po jakimś czasie budzimy się w dole negatywnych emocji, z których nie możemy się wydostać. Śmiem stwierdzić, że wtedy byłam już na skraju depresji. Waliło mi się wszystko co tylko mogło. Było kiepsko finansowo, walił mi się związek, straciłam przyjaciół. Byłam tylko ja i Pola i „stracone” szanse. Brak organizacji i lenistwo potęgowało we mnie negatywne emocje. Wstałam jednak pewnego dnia i powiedziałam „dosyć tego!”. Pragnęłam tego dziecka i tak jak wielokrotnie pisałam – nie ogranicza mnie ono w niczym. Jedyne co nas ogranicza to my sami – my i nasza ograniczona wyobraźnia. Nie ma rzeczy niemożliwych, a już na pewno dziecko nie jest jedną z „rzeczy”, która mogłaby stanąć nam na drodze do ich realizacji.

Życie jednak kopie nas czasem po dupce zbyt mocno. Problemy finansowe, problemy w związku, problemy z samym sobą przysłaniają nam czasem radość z bycia matką, radość z macierzyństwa. Zaczynamy błądzić w zakamarkach swego umysłu i widzieć macierzyństwo tylko i wyłącznie w czarnych barwach. Siedzimy cicho i dusimy to w sobie, czasem gdy już chcemy wykrzyczeć to całemu światu to podpytujemy cicho innych czy tak mają i zazwyczaj co słyszymy ” Ja? Nigdy!” – i wpadamy w jeszcze większy dół, bo czujemy się jak najgorsze w świecie matki, które czują coś czego nikt inny nigdy rzekomo nie poczuł…

Jestem za tym, by mówić o takich rzeczach otwarcie. Rozmowa to najlepsza terapia, najlepsze oczyszczenie. Ciężko jednak przyznać się do takich myśli w dobie mam idealnych, nigdy nie zmęczonych, zawsze uśmiechniętych…

Postanowiłam więc podpytać wśród blogerek – nie było łatwo. Większość zgodnie stwierdziła, że nigdy nie żałowała. Czemu więc w internecie pod ksywą „anonim” takich kobiet są tysiące? Szukałam więc uparcie, aż znalazłam.

 

1) MamaLoliPoli  była jedną z tych zawstydzonych, ale mimo wszystko postanowiła się przyznać. U niej co prawda żal nie pojawił się po długim okresie macierzyństwa, a krótko po porodzie.

„Razem ze swoim jeszcze wtedy partnerem, oczekiwaliśmy na córkę jak na zbawienie. Każde zdjęcie z USG mamy oprawione w ramce, z czego stworzyliśmy piękną galerię na jednej ze ścian mieszkania. Każdy jej ruch w moim brzuchu powodował motyle szczęścia, a bicie jej serce, które słyszeliśmy na badaniu, powodowało szybsze bicie serca w Naszym ciele. (…) 22 stycznia poprzez cesarskie cięcie przyszła na świat nasza Pola. Mój poród nie należał do łatwych, jednak po dwóch dobach po porodzie czułam się już naprawdę dobrze. W szpitalu czułam się nieźle. Karmienie butelką, przewijanie, spanie, odpoczynek. Partner był cały czas przy mnie. Opiekował się małą, pomagał mi. Po powrocie do domu wszystko się zmieniło.  Zamykałam się w łazience i płakałam. Szlochałam tak bardzo, że w pewnym momencie zabrakło mi po prostu łez. Gdy tylko przekroczyłam próg Naszego mieszkania, coś we mnie wstąpiło. Tu nasuwa się określenie słynnego baby blues, jednak to nie było to samo. Ja czułam, że to nie to samo. Jak matka, która pragnie, kocha od samego początku swoje dziecko, może żałować, że nią została? Czułam do siebie wstręt, jednak nie potrafiłam zrozumieć dlaczego nie mam wyrzutów sumienia gdy w myślach rzucałam hasło: ,,Po co mi to było?!’’. Czułam, że coś się ze mną dzieje, że nie potrafię opanować swoich emocji. Nie rozumiałam, że dziecko potrzebuję jedynie Naszej miłości, wsparcia.  Każdy jej płacz wieczorem, nocą powodował u mnie wybuch złości, płaczu i kilkuminutowego zamknięcia w łazience. Wychodziłam również na balkon, tak żeby z wszystkiego się otrząsnąć. Gdy tylko zamykałam oczy, widziałam krzyczące dziecko, które jak się okazuje nigdy nie miało prawa płakać! Potrafiłam przesiedzieć na kanapie kilkanaście minut wpatrzona w jednej punkt. Było mi wtedy tak dobrze, po mimo tego, że ona płakała. Mój stan trwał 2 tygodnie. Najdłuższe dwa tygodnie mojego życia. Wewnętrznego piekła, którego sama się bałam.  Pamiętam ten dzień, gdy ojciec Poli musiał wrócić do pracy. Zostałam z Nią sama. Dopiero wtedy zrozumiałam, że moje macierzyństwo dopiero do mnie zapukało. Otworzyło moje serce i przegoniło ten cały wstręt do samej siebie, żal do całego świata i tą straszną bezradność, z którą walczyłam tak długo. Dwa tygodnie, walki która wygrałam dzięki mojemu mężowi, oraz aktualnie 2,5 letniej Poli, która lada moment zostanie starszą siostrą .”

2) U szalonookiej było trochę inaczej – i jest to bardziej powszechne. Ona nie widziała w dziecku przeszkody. Przerastała ją niemoc – dlatego żałowała, że w ogóle została mamą .

” Oczywiście że miałam taki moment w życiu. Każda matka ma. A jeżeli twierdzi że nie, zwyczajnie wstyd jej się do tego przyznać. Pierwszy taki moment pojawił się kiedy młody miał zaledwie 3 tygodnie. Zachorowałam. Przez dwa tygodnie miałam gorączkę czterdziestodniową. Nie byłam w stanie zajmować się dzieckiem, nie miałam siły karmić. Koniec końców trafiłam do szpitala. straciłam pokarm. Zewsząd słyszałam gromy, że mam walczyć o mleko- bo to takie ważne dla dziecka. A ja nie miałam siły. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o tym, ze nie nadaje się na matkę. Że nie powinnam mieć dziecka. To nie był raz. tych razów w tamtym okresie było wiele. Zamiast wsparcia dookoła słyszałam tylko podkopywanie mojego poczucia wartości. Udało mi się z tego wyjść. Później podobną sytuację miałam kiedy poddałam się plastyce brzucha. Na tydzień byłam wyłączona z opieki nad młodym, a później przez jakiś czas mocno ograniczona. Miałam wyrzuty sumienia, że egoistycznie zajęłam się sobą. Wtedy znowu pomyślałam że nie nadaje się na matkę. Po miesiącu wróciłam do pełnej sprawności i zmieniło się całe moje życie. Nigdy więcej nie pożałowałam że zostałam matka. Jasne nie jestem terminatorem. Czasem mam ochotę wystrzelić się w kosmos i odpocząć, ale wystarczy jeden dzień separacji z młodym i zaczynam tęsknić. Każda z nas ma chwile słabości, ale stereotypy matek polek nie pozwalają nam się do tego przyznawać. Bo każda chciałaby być matką idealną”

3) Paulina z potwory wózkowe tkwiła w takim stanie ponad pół roku…była to depresja. Dziś widok jej z córką sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech a serce mięknie. Miłość bije od nich na kilometr.

„Nie wiem co było gorsze – myśl, że jestem złym i pozbawionym uczuć człowiekiem, czy fakt że siedzę po uszy w gównie (dosłownie i w przenośni). Wszystko mnie irytowało, każdy płacz, jęk, z czasem nawet uśmiech, powodowały u mnie złość. Nie potrafiłam sobie poradzić z emocjami i żeby się rozładować sprawiałam sobie fizyczny ból, psychicznego miałam pod dostatkiem. Krzyczałam, płakałam. Często płakałyśmy razem, ja i moja córka. Ja przez to, że jej nigdy w życiu nie chciałam, a ona… nie wiem. Zostawałyśmy same, razem i płakała. Pewnie czuła, że jej nie chcę. Wszystko było nie tak. Żałowałam, że nie podjęłam innej decyzji, że nie postanowiłam postawić egoistycznie na siebie. Że muszę to znosić, poświęcać się i skończyć w szarym mieszkaniu bez marzeń. Trwało to ponad pół roku, zdiagnozowałam depresję. Tak sie czasami zdarza, że nie do końca mamy kontrolę nad tym jak odbieramy rzeczywistość. Dzisiaj idziemy ramie w ramie przez życie, z uśmiechem, z przepełnionym bagażem pozytywnych doświadczeń. Dzisiaj nie żałuję, że jestem mamą, bo paradoskalnie dzięki córcę mogę więcej. Mogę wszystko.”

 

Widzicie to? Wszędzie to samo zakończenie. Dziecko, które odbierało radość dziś jest siłą napędową. Tak jak mówiłam w DDTVN – to taki motorek, który napędza nas jeszcze bardziej. To taka siła, która motywuje i sprawia, że mamy ochotę przenosić góry. To dzieci sprawiają, że chcemy być lepsze, chcemy się rozwijać. Ich uśmiech motywuje jak nic innego na świecie. I to co jest tak piękne… czasem się urywa. Czasem zaczyna działać w drugą stronę. Pochłania nas nasza głowa i nasze myśli. Czy istnieje recepta na skrócenie cierpienia i zobaczenie w dziecku na nowo siły, motywacji i szczęścia? Tak. Mów o tym. Walcz z tym. Najgorsze co możesz zrobić to się temu poddać i coraz bardziej oddalać się od dziecka. A przecież macierzyństwo…to jedna z piękniejszych przygód jaką my matki możemy odbyć…całkowicie za darmo. Zysk? Miłość, której siły nie da się zmierzyć? Straty? Jeśli zrobisz wszystko jak należy – jedyne co stracisz to wiele godzin snu.

Walcz, rozmawiaj, szukaj pomocy u tych, którzy to przeszli. Nie miej wyrzutów – tak się zdarza. Nikt nie chce tego czuć, nikt nie robi tego specjalnie… tak się po prostu zdarza…