Dziecko w restauracji – jestem na TAK… z jednym, małym ALE….

4 kwietnia 2016

Odkąd urodziłam Polę, staram się zabierać ją w przeróżne miejsca, gdzie nie jestem z nią sam na sam. O ile łatwo jest zapanować nad dzieckiem na placu zabaw, gdzie właściwie jedyne na co trzeba zwracać uwagę to czy nie robi krzywdy innym ( w dużym skrócie)  – tak dziecko w restauracji, należy nauczyć manier, odpowiedniego tonu i zasad, które dla dzieci mogą być nieco niezrozumiałe…

Mieszkając jeszcze w rodzinnym mieście, od czasu do czasu jeździliśmy z Polą do restauracyjek w Toruniu. Czasem było lajtowo, a czasem…hardkorowo. Zapewne to zależy od dziecka, ale jeśli chodzi o Polę to nigdy nie wiadomo czego można się po niej spodziewać. Dzieci jak to dzieci – robią się senne i markotne w najmniej oczekiwanych momentach. Mimo, że zawsze wydawało mi się, że jestem świetnie przygotowana na ewentualne zdarzenia i humory, to i tak najczęściej opuszczałam knajpę w pośpiechu, mówiąc pod nosem „nigdy więcej”.

Z dwulatką jest jeszcze gorzej. Niby rozumie więcej, ale na więcej też próbuje sobie pozwalać. Nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem ozdoba na ścianie nie spodoba jej się do takiego stopnia, że położy się na podłodze i zacznie to, co umie najlepiej: furię. Tak, moi drodzy. To nie kwestia rozpieszczenia, a zwyczajne sprawdzanie rodzica: na ile mogę sobie pozwolić? Czy jak walnę pięściami mocniej, to sięgnie mi ten cudowny obrazek? Knajpa to jednak nie miejsce, w którym pozwolę dziecku wykrzyczeć się tak jak w domu i będę cierpliwie czekać jak skończy. Jestem matką, ale nie świętą krową, która po urodzeniu myśli, że wszędzie wszystko jej wolno. W życiu nie pozwoliłabym dziecku na odprawianie furii w nieskończoność, podczas gdy ludzie chcą zjeść w spokoju posiłek. Jako rodzic jestem oczywiście tolerancyjna i wyrozumiała – nie wadzą mi inne dzieci, ich śmiech, LEKKO podniesiony ton. Wręcz przeciwnie, bardzo lubię atmosferę, w której dzieci nadają swoim śmiechem klimat. Co innego jeśli mowa o dzieciach, które co chwilę przebiegają koło Twojego stolika, zaczepiają innych, zrzucają sztućce dla zabawy. Mam jednak to szczęście, że o ile takie sytuacje mają miejsce – rodzice są zaangażowani i albo tłumaczą dziecku, że czegoś nie wolno, albo wychodzą z nimi na zewnątrz, by się uspokoiły. Nie zniosłabym jednak rodziców, którzy swoje dziecko mają w poważaniu i których kompletnie nie obchodzi, że ich syn zaraz wejdzie nam na stół.

Kilka miesięcy temu, wybraliśmy się w Warszawie do jednej z dość znanych knajp. Ja, F. Pola i nasz przyjaciel, który był u nas na weekend. Wspominam to tragicznie. Po ładnie zjedzonej przez Polę zupki, kiedy nadszedł czas na obiad dla mnie… rozpoczął się dramat. Wchodzenie na krzesło, schodzenie, zrzucanie kredek, co raz to głośniejsze pojękiwanie. Oczywiście… wyszłam. Ale ilekroć próbowałam wejść, tak w moje dziecko wstępował szatan. Na nic zdało się tłumaczenie, proszenie, zajmowanie uwagi czymś innym. Na rękach była no…w miarę spokojna, więc zjadłam obiad na stojąco z dziesięcioma przerywnikami i frustracją wypisaną na twarzy. Mam jednak wrażenie, że z miesiąca na miesiąc zaczyna być coraz lepiej… Praktycznie codziennie przesiadujemy w kawiarence, w której siedzę przy stoliku czytając książkę, a Pola bawi się obok w kąciku zabaw. W takich miejscach funkcjonowanie jest prostsze. Podłużna knajpka, zakończona dużą salą zabaw. Nie zamkniętą, nie w kącie. Po prostu przedłużeniem kawiarenki jest to oto wspomniane miejsce do zabawy. To jednak nie jest wyjście. Należy odróżnić takie miejsce, które jest typowo stworzone dla mam z dziećmi, od knajp, takich jak ta, którą zaraz zobaczycie na poniższych zdjęciach – do której wybraliśmy się w niedzielny poranek jakiś czas temu.

Ach! I prawie bym zapomniała. To, że istnieją kawiarenki przeznaczone typowo dla mam z dziećmi, WCIĄŻ nie oznacza, że dzieci mogą wszystko. Niestety niektórzy o tym nie wiedzą. Sytuacja sprzed 2 tygodni. Polką opiekowała się teściowa. Ja pojechałam do centrum załatwić swoje sprawy. Wracając, wstąpiłam do wspomnianej kawiarenki – wchodzę i na wejściu prawie przewracam się o czwórkę dzieci, które krzyczą tak, że nie mogę złapać myśli. Widzę Polę – od razu mówię jej, że nie ma biegać, a tym bardziej nie ma pałętać się przy stolikach. Ma miejsce do zabawy i to tam powinna skakać na piłce i jeździć z lalą. Ale po chwili dochodzi do mnie, że tam wcale…nie ma miejsca na zabawę. Wszystko rozwalone, nie idzie jak przejść. Teściowa wyczerpana mówi tylko, żebyśmy już poszły, bo tutaj nie da się funkcjonować, myśleć, a ona co chwilę chodzi tam sprzątać, żeby w ogóle Pola mogła gdzieś usiąść. Patrzę więc z politowaniem… dwie matule, zagrzewające miejsce zaraz przy salce zabaw. Kawusia, ploteczki. Normalne nie patrzę, nie oceniam. Ale w tym momencie byłam po prostu wyprowadzona z równowagi. Dzieci zapewne odebrane z przedszkola, bo to już ten wiek, więc … niech się zmęczą, a my sobie jeszcze poplotkujemy, mając w dupie, że dzieci rysują kredą po domku, zabawkach, rzucają wszystkim na odległość. I tak pieprzą jedna do drugiej, nie patrząc na dzieci wcale, jak gdyby były głuche na ich wydzieranie, bo podniesiony głos to to nie był. I spojrzałam taka wściekła na syna jednej z nich, który znów przebiegł jak tornado obok stolików i matka, która to zauważyła, zmroziła mnie wzrokiem tak jak jeszcze nigdy nikt w życiu. Zmęczona byłam cholernie i ani mi się śniło zwracać uwagę, bo jedyne o czym marzyłam to jak najszybciej stamtąd wyjść. No ale… przecież to sala zabaw była. Dzieci to tylko dzieci, co nie? Niech wrzeszczą, demolują, latają koło stolików. Słodkie, niewinne aniołeczki… No ale, przejdźmy dalej.

Nie ukrywam, że zawsze wchodzę do restauracji z lekkim stresem. Wiem jednak, że warto uczyć dziecko od maleńkości przebywania w tego typu miejscach. Normalnym jest dla mnie, że tłumaczę za każdym razem, że nie wolno tutaj biegać, zaczepiać obcych – dzieci to jednak wciąż dzieci. Staram się zawsze o to, by w takim miejscu zawsze moja córka miała się czym zająć. Jako matka wybieram oczywiście miejsca, które choć trochę przystosowane są do „tupotu małych stóp” ;) Bez ekskluzywnych szklanych ozdób i wąskich przejść, a z fajnym klimatem, w którym nie musimy się bać o to, czy dziecko czasem czegoś nie pobrudzi lub nie zrzuci. Kąciki do zabaw to jest już w ogóle dla mnie luksus. Mega pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie jedna z warszawskich restauracji, po której przechadzał się… klaun. Nikomu nie wadził, nie przeszkadzał, a jednak potrafił zająć starsze dzieci sztuczkami. I mimo, że odbywało się to tuż obok stolików – zdawało się to być niezauważalne.

A więc…drogie mamy dzieci, zwłaszcza nieobliczalnych dwulatków. Zwłaszcza tych, które dają Wam popalić ze swoim słynnym buntem – pamiętajcie, że z każdego dramatu da się zrobić komedię. Dzieci ciężko znoszą nowe miejsca, dlatego śmiem twierdzić, że jest to tylko kwestia przyzwyczajenia.

Czy dziecko w restauracji to dobry pomysł? Czy da się taki wypad „przetrwać” ? ;) Przede wszystkim należy pamiętać o tym, że przetrwać chcą też inni. Zwracajmy uwagę na nasze dziecko, nie pozwólmy mu przeszkadzać, nie bądźmy obojętni. Pamiętajmy też o tym, że o ile dla nas siedzenie przy stoliku to przyjemność – tak dla dziecka czasami jest to udręka. Sprawmy więc, by wspólny czas przy stole był okazją do w miarę cichych wygłupów, narysowania fajnych rzeczy, czy pogrania w ciekawą grę w oczekiwaniu na kelnera. Spokojne kolacje z mężem, zjemy sobie za kilka lat, a możemy też je jeść wieczorami w domowym zaciszu, kiedy dzieci śpią. Zabierając jednak, nasze małe potworki do restauracji – nie oczekujmy, że pozwolą nam się patrzeć namiętnie w 4 oczy i zapomnieć o Bożym Świecie. Rodzinny obiad spędzony w miejscu innym od naszego domu, jest czymś fantastycznym. To znakomita okazja, by odetchnąć i uwolnić się od rutyny i czterech ścian. Zadbajmy więc o to, by czas ten sobie wzajemnie urozmaicić i szukajmy jak najlepszych rozwiązań – takich, w których nasze dziecko poczuje się bezpiecznie i komfortowo. Wtedy komfortowo będziemy czuć się i my…

 

 

dziecko w restauracji

 

AWP_3615

 

AWP_3625

 

AWP_3627

 

AWP_3648

 

AWP_3650

 

AWP_3653

 

AWP_3656

 

AWP_3657

 

AWP_3665

 

AWP_3676

 

AWP_3702

 

AWP_3704

 

AWP_3714

 

AWP_3715

 

AWP_3721

 

AWP_3724

 

AWP_3732

 

AWP_3739

 

AWP_3744

PS: Wiecie, że lubię podejmować się wielu wyzwań. Tym, którego podjęłam się teraz to plebiscyt KIK – kobieta roku. Startuję ponieważ … no właśnie – dlaczego startuję? Bo jestem kobietą spełnioną, taką która robi coś co ma wartość – często motywuje innych do zmiany swojego życia na lepsze, rozbawia do łez, wzrusza. Nie uważam się za nikogo wyjątkowego, ale czasem robię „wyjątkowe” rzeczy.

Głosowanie jest internetowe. Żadnych smsów, kosztów. Jedyne co musicie zrobić to kliknąć „zagłosuj”, wpisać swój e-mail i potwierdzić głos, który przyjdzie na waszą skrzynkę. Sprawdźcie SPAM, bo to tam może wylądować wiadomość.

Będę Wam moi drodzy ogromnie wdzięczna. Wszystko co tutaj robię, robię dla Was, dla Was tworzę coraz wyższej jakości teksty, zdjęcia. To z Wami tworzę piękną społeczność i chciałabym byście poświęciły mi teraz kilka sekund… Mogę na Was liczyć?!

ZAGŁOSUJ

  • Bożena Jędral

    Zabieram dzieci ze sobą do restauracji, kawiarenek, ale wybieram miejsca przyjazne dzieciom, gdzie nikt wilkiem nie będzie patrzył na walające się po podłodze dzieci i zabawki ;)

  • Aga
    • Ten tekst powstał dużo wcześniej niż na KK – mało tego sesja na potrzeby tego wpisu, odbyła się nawet wcześniej. Od razu jak przeczytałam wpis na KK dałam komentarz, że niedługo pojawi się u mnie ( jak tylko dostanę zdjęcia) i autorka będzie mogła poznać mój punkt widzenia. Serio, na takie tematy nikt nie ma monopolu. Tak jak w przypadku karmienia piersią itp ;)

      • Morgan

        Jakoś nie widzę tego Twojego komentarza na KK…

        • To sobie sprawdź na facebooku. Zresztą nie rozumiem co to ma za znaczenie szczerze mówiąc, na taki temat ma prawo wypowiedzieć się każdy.

          • Morgan

            „Jakie to ma znaczenie” – tak prawidłowo formułujemy zwrot.
            A jakie ma znaczenie? Że brak Ci własnych tematów. Bo te Twoje to jedynie takie pt. „O jak mi ciężko blogować”

  • kamila

    bardzo dobrze napisane, a zdjęcia cudowne :)

  • Często chodzimy do restauracji i też wybieram takie, które są choć troszkę dostosowane do potrzeb dzieci jednak nie pozwalam mojemu synowi roznosić kacika zabaw choćby ze względu na bezpieczeństwo. Raz pamiętam jak musieliśmy w trybie pilnym opóścić naszą ulubioną japońską restaurację bo mały dostał furii. Mam podobne zdanie dzieci mi nie wadzą w takich miejscach ale umiar też trzeba umiec zachować. Każdy chce w spokoju skonsumować obiad ;)

  • Ilona

    Bardzo śmieszna sprawa z Twoją niby inspiracją – z tego co pamiętam byłaś w tej restauracji na potrzeby zdjęć do tego wpisu, zanim wpis na krytyce w ogóle powstał. Bardzo ładne zdjęcia! :)

    • No ale widzisz, blogowie i bloginie wszędzie widzą plagiaty… :)

  • Patrycja Majchrzak

    Ja niestety trafiłam kilka razy na takie matki święte krowy :( I staram się nie oceniać zbyt pochopnie, ale czasem ewidentnie widać, że niektóre matki mają dzieci po prostu w dupie i pozwalają na wszystko… Dobry tekst :)

    • Ja też staram się nie oceniać, bo widząc kilka sekund jakieś sytuacji zazwyczaj ocena jest błędna, ale co innego jeśli czyjeś zachowani szkodzi innym, a matki tak jak mówisz mają to w dupie… ;) Dzięki!

  • Liwia

    Jaka Polcia jest urocza jejku! A Ty masz Alu fanatastycznyyyy kolor włosów teraz!!! :)

  • Ladymami Paulina

    Sytuacja gdy dziecko w restauracji chce wziąć coś, czego nie możesz mu dać… skąd ja to znam? :). U nas zazwyczaj jest szał gdy Filip zobaczy zegar na ścianie i chce by mu go dać, otworzyć, wyjąć baterie i włożyć z ponownie. Albo zabawę na podłodze chce sobie urządzać. Cierpliwości nam Mamom, trzeba po stokroć.
    Bardzo ciekawy, życiowy tekst! :)

  • Izunia

    Miałam kiedyś sytuację, kiedy moje dziecko wpadło w furię – byłam w szoku, no ale co miałam zrobić? Wyszłam. Przecież nie będę czekała aż jej przejdzie. Dziwi mnie taka postawa u matek niestety, dlatego zgadzam się z całym wpisem, a zdjęcia piękne. Weź podlinkuj wszystkich, którzy kiedyś robili zdjęcia w knajpach – przecież na pewno się nimi inspirowałaś hehehe :P :*

  • Morgan

    Tak jak Ty patrzyłaś na cudze dzieci ze wściekłością, tak samo ktoś miał prawo patrzeć na Twoje dziecko.
    I myślę, że powinnaś być daleka od oceniania jak zachowuje się czyjeś dziecko.

    • Jeśli czyjeś dzieci, przeszkadzają w zabawie mojemu dziecku i jeśli obok mojego dziecka rzucają przedmiotami, którymi nie powinno się rzucać to mam prawo się spojrzeć, mam prawo coś sobie pomyśleć, a nawet mam prawo zwrócić uwagę. Zachowanie dzieci zależy od rodziców i to ich w takich przypadkach oceniam, od czego zazwyczaj jestem daleka. Jestem bardzo wyrozumiała, ale nie wtedy kiedy dzieci swoim zachowaniem mogą zrobić krzywdę innym, demolują, a matki mają to gdzieś.

  • Wika

    Zagłosowane. Prowadzisz :-)

  • magda

    Niestety lub stety ja zabieram dzieci wszedzie: na zakupy, na rowery, w goście, do księgowego, i do restauracji tez! Nie mamy gdzie ich zostawić, a z resztą nie lubimy gdy „się kiszą” w domu. Uwierz, dwójka szkrabów potrafi się nieźle wzajemnie nakręcać :P w domu mnie to śmieszy i pozwalamy im na wiele ale już gdzięs w miejscach publicznych nie bardzo toleruje ich rózne wybryki i szalenstwa :/ „Przeciez to tylko dzieci”. Tak, ale jak dam im komunikat- wyszalejcie się- niewazne gdzie, to juz zupelnie nie beda miały hamulca. A mi nie o to chodzi. Chcę aby moje dzieci miały pewną ogładę i umiejętnośc zachowania się w danej sytuacji i miejscu. Dlatego gdy dostają głupawki lub fochów i rzucania się to niestety zmierzamy do wyjścia……….. :/

  • ewiiiii

    w punkt!!!

  • Prześliczne fotki :D

    Wyobraź sobie, że dopiero skumałam, że też jesteś z Torunia :D :D :D :D :D :D

    • Martyna

      Ala jest z
      Inowrocławia

    • Kochana jestem z Inowrocławia :) W Toruniu studiowałam :)

  • Marta Gluszek

    Świetnie to ujęłaś! :) A Pola jak widać, w restauracji jak ryba w wodzie! :) Super dziewczyny :*

  • Rozalia

    Podpisuje sie wszystkimi konczynami :)