Dlaczego nie przepadam za książkami o wychowywaniu i dlaczego TA książka jest inna od wszystkich…

19 października 2016

W całej swojej karierze matki, nie przeczytałam w całości ANI JEDNEJ książki o wychowaniu. Ilekroć się za jakąś zabierałam, miałam wrażenie, że piszą je kobiety, które albo mają nierówno pod sufitem, albo ze swoich dzieci chcą zrobić dzieci zamknięte pod kloszem istoty, które nie znają stresu, płaczu i uniesionego głosu. 

Skrajności zawarte w książkach czy banalne rady na temat wychowania, do których doczepia się brzmiące górnolotnie hasła i etykiety – to zdecydowanie nie było dla mnie. Odkąd urodziłam, szłam za intuicją, za głosem serca. Świadomie zaszłam w ciążę, więc podejmuję świadome wybory – to, że ktoś ma tytuł doktora i jest uznany przez kogoś za eksperta od dzieci, nie znaczy, że nim jest i że mam zacząć go słuchać. Jako rodzic popełniam na pewno wiele błędów, ale przynajmniej nie robię nic wbrew sobie. Mój mózg nie jest sprany, przez stertę poradników, bo rodzicielstwo to nie jest rzecz, której mamy się uczyć. My mamy je czuć. Nie staniemy się lepszymi matkami, wraz z ilością przeczytanych poradników. Niestety, ale w gronie matek, które mają na punkcie tego typu książek istnego fioła i traktuję je jak BIBLIĘ nie spotkałam ani jednej, którą rzeczywiście mogłabym nazwać bardzo dobrą mamą. Za to wśród tych wyluzowanych, które ufają sobie, a poradniki traktują ewentualnie jako wskazówki, a nie biblie – już tak. Wśród tej pierwszej grupy, widziałam kobiety realnie krzywdzące swoje dzieci – przykład: kiedyś w mieście rodzinnym, na spacerze matki z synem, synek upadł DELIKATNIE na ziemię i już miał się otrzepać i iść dalej, ale matka podlatując do niego, zaczęła piać, po prostu piać, wmawiając dziecku, że go boli,że go przeprasza, że mogła tego uniknąć. Sto razy jeszcze powtórzyła, jak go to na pewno bardzo boli, a dziecko zaczęło płakać dopiero po tym jak zauważyło w reakcji mamy, że stało się naprawdę coś złego. Swojej koleżance obok po całej sytuacji powiedziała, że musiała przecież zrozumieć emocje dziecka, nie mogła tego zbagatelizować. Zrozumieć emocje – ok. Ale nie potęgować strach, który mógł zniknąć po minucie, albo którego wcale nie było.

Tak zrażona poradnikami, a właściwie bardziej zrażona chorymi teoriami kobiet, które je czytają, nie wchodzę już nawet na krótkie artykuły z radami. Nie potrzebuję tego. Intuicja to mój przepis na sukces i tego się trzymam. A książka, o której Wam dzisiaj powiem to coś co pokazało mi, że … chyba dobrze zrobiłam olewając te pseudo-rady i doskonaląc się samemu na własnych błędach.

I pewnie zastanowicie się, dlaczego zdecydowałam się opisać tą książkę, skoro na dole okładki napisane jest jak byk: najskuteczniejsza filozofia wychowania. Powód jest prosty – skusił mnie… tytuł. No bo słuchajcie… czy Was nie ciekawi dlaczego Duńczycy są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie? Jak oni to robią? W czym tkwi sekret? Skąd to wszystko się bierze? A, że szczęśliwi dorośli czyt. rodzice to też szczęśliwe dzieci… to tak. Zdecydowanie można to podpiąć pod filozofię wychowania i zaczerpnąć kilku cennych wskazówek. Poznajcie „Duński przepis na szczęście” autorstwa Jessici Alexander i Iben Sandahl.

Duński przepis na szczęście, a konkretnie duński styl wychowywania dzieci, nie jest czymś czego Duńczycy się uczą. Ba! Takiego stylu, właściwie do niedawna nie było. Dopiero kiedy zachowaniu Duńczyków i ich podejścia do życia przyjrzały się autorki książki, dopiero wtedy nadano ich sposobie wychowywania dzieci jakąś nazwę. To jak Ci ludzie postępują w życiu, z dziećmi, było i jest naturalne. Przechodziło z pokolenia na pokolenia i było i jest normą. A jak wiecie, normy w każdym kraju są inne. Autorka na samym wstępie zwraca uwagę na to, że:

” Skąd się biorą wyobrażenia o tym, jaka jest właściwa metoda wychowywania dzieci? We Włoszech zobaczycie dzieci jedzące obiad o dziewiątej wieczorem i biegające po restauracji niemal do północy, w Belgii pozwala się dzieciom spróbować piwa. Dla nas część z tych zachowań wydaje się dziwna, ale dla rodziców z tych krajów takie podejście jest ‚właściwie’ ( …) wewnętrzne przekonania co do właściwego stylu wychowywania dzieci są tak mocno zakorzenione w społeczeństwach, że niemal niemożliwe jest spojrzenie na nie obiektywnie. Wydaje nam się, że tak po prostu jest” – no IDEALNIE ujęte!

Na kolejnych stronach autorki wskazują na problemy, które zauważyłam i ja, np. nadmierne programowanie życia naszych dzieci, wyszukiwanie im sterty zajęć od baletu, po koszykówkę, a zapominając o czasie spędzonym na zabawie, ot tak sobie samemu czy z rówieśnikiem, w pokoju czy na dworze, robiąc to co im się podoba, bo już nawet nie mówię tutaj o kreatywnych zajęciach rodzica z dzieckiem, a właśnie o tej swobodnej zabawie czy to w dom, czy jakiekolwiek innej… Wielu rodziców twierdzi, że swobodna zabawa jest fajna, ale niczego nie uczy, co jest kompletną nieprawdą, wystarczy się po cichu przyjrzeć, jak nasze dzieci się bawią w swoim pokoju i jak same uczą się ja radzić sobie w momentach, kiedy wieża z klocków im nie wyjdzie, albo kiedy coś im upadnie, coś się nie uda. W Danii nie przykłada się aż tak wielkiej wagi na kształcenie dzieci, na najlepsze oceny, a patrzy się na dziecko jako całość.

” W ich pojęciu, jeżeli dziecko bez przerwy wykonuje zadania, po to tylko, aby coś osiągnąć – dobre oceny, nagrody albo pochwały nauczycieli czy rodziców – nie ma kiedy zacząć rozwijać swojego wewnętrznego źródła motywacji”.

I niech sobie ten cytat, wydrukuje i powiesi w widocznym miejscu KAŻDY rodzic. Dalsze strony książki, to kolejne cytaty i kolejne refleksje wyjęte jakby z mojej głowy.

Mega ciekawostką, która nieco przybliża mi obraz dlaczego Duńczycy są tak szczęśliwi – są to filmy, które oglądają. W Danii większość filmów nie ma szczęśliwych zakończeń, co jak się okazuje ma na nas dobry wpływ. Przypomnijcie sobie te wszystkie filmy, które kończą się happy endem – teoretycznie powinny nas uszczęśliwiać, bo przecież dobrze się skończyły, ale efekt często jest odwrotny – wierzymy w te piękne obrazki i przestajemy doceniać to co mamy w życiu. Oglądając przeciwieństwo takich filmów, dzieje się wręcz odwrotnie, prawda? A czy wiecie, że Baśnie Andersena w większości w oryginale brzmią zupełnie inaczej i nie mają szczęśliwych zakończeń? Złagodzono je i zmieniono, tylko po to, by sugerować dzieciom jak powinien wyglądać świat. Efekt? Od dzieciństwa pokazuje się nam szczęśliwe zakończenia, piękne bajki, a potem przychodzi życie i BAM – nie wiemy jak się w nim odnaleźć.

I jak? Zaciekawieni? Ja tak miałam podczas czytania z każdą, kolejną stroną. Niby myśli wyjęte z mojej głowy, ale na wiele aspektów życiowych, książka rzuca zupełnie nowe światło. W kolejnych rozdziałach, można przeczytać dialogi w relacji rodzic-dziecko, która pokazują jak Duńczycy w naturalny sposób w rozmowach, wyciągają jaśniejszą stronę życia, jak problemy zdają się nagle nie być tak wielkie, jak jeszcze przed chwilą. Odnajduję w tym trochę siebie, a mimo wszystko, czuję, że dowiedziałam się czegoś nowego. Może dlatego, że po 2,5 roku nie jestem już tak cierpliwa jak kiedyś i czasem życie mimo wszystko wydobywa ze mnie złe emocje.

Rodzicom, którzy są za biciem czy wydzieraniem się za każdym razem kiedy dziecko robi coś nie po naszej myśli, ogromnie polecam rozdział szósty. Z wątku o biciu dzieci, wybrałam bardzo fajne zdanie, krótkie, ale treściwe:

” Styl wychowywania w Danii jest bardzo demokratyczny. Jest najbardziej zbliżony do stylu autorytatywnego. To znaczy, rodzice określają reguły i zasady, jakimi dziecko ma się kierować. Jednak są bardzo otwarci, gdy dziecko ma jakieś wątpliwości co do tych zasad.”

Ostatni rozdział, to zwrócenie uwagi na pojęcie jakim jest HYGGE – czyli ciepło rodzinne. A to wg mnie jest najważniejszym czynnikiem w tworzeniu rodziny. Hygge to duńskie określenie rodzaju bycia razem. To taka nasza przestrzeń rodzinna, nasz azyl, w którym wszyscy powinniśmy czuć się dobrze i bezpiecznie. Nad hygge, pracować musi każdy członek rodziny. Jeśli macie z tym problem, bo czujecie się przytłoczeni przez zbyt wiele problemów, a negatywna artmosfera unosi się w powietrzu Waszego domu, ten rozdział zdecydowanie pokaże Wam, że wszystko jest znacznie przyjemniejsze, kiedy zamiast „ja” myślimy „my”.

Duńczycy są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie już od 40 lat. Coś musi w tym być, a książka, którą Wam opisałam, jest jak… włożenie okularów, które noszą Duńczycy, jest jak zobaczenie ich życia ich własnymi oczyma. Być może jeśli kierujecie się intuicją i dobrem dziecka, książka pokryje się z wieloma Waszymi spostrzeżeniami, tak jak było u mnie. I mimo tego i ta i tak pozwoliła mi na kwestię wychowania spojrzeć ciut inaczej, znów odnaleźć w sobie pokłady cierpliwości i przeanalizować zachowanie swoje jako matki. Tak. To jedyna, tak lekko napisana książka, którą bardziej niż poradnikiem o wychowaniu nazwałabym fajną książką, która jest inspiracją do zmiany swojego życia na lepsze i szczęśliwsze – na każdej płaszczyźnie.

 

dsc_1094

 

dsc_1096

 

dsc_1103

 

dsc_1109

 

dsc_1110

 

dsc_1111

 

dsc_1113

 

dsc_1116

 

dsc_1117

 

dsc_1119

 

dsc_1124

 

  • Małgorzata Stryjecka

    W każdym kraju jest jakiś obyczaj z którym my się zgadzamy bądź nie, nie czytam książek, poradników, nie uczestniczę w forum rodziców, nie lubię być oceniana, nie lubię dostawać rad. Ale czasem coś nas przerasta, ja taka sytuacje miałam gdy córka miała 4 lata a mąż zaczął wyjeżdżać za granicę. Córka nie potrafiła poradzić sobie emocjonalnie z brakiem taty, że przez nią a raczej przez jej chorobę bardzo kosztowna zdecydowaliśmy się na ten krok. Obwiniala się, a nawet gniewala się na tatę ze ja zostawia! poszłam do psychologa, rok czasu zajęło nam zrozumienie sytuacji , nauczyła się mówić o emocjach i radzić sobie z nimi ( przed psychologiem akcje duszenia się 2 razy w MC i szpital) . Pani psycholog poradziła mi książke: Jak mówić do dziecka by nas słuchało, Jak słuchać by dziecko do nas mówiło. To książka która polecam, a jak mamy problem tylko do psychologa to nie wstyd, to nauka na całe życie. Jeśli chodzi o wychowanie dziecka ja poradzilabym każdemu rodzicowi umiar we wszystkim.

    • Dokładnie kochana, są sytuacje, które nas przerastają i których sami nie jesteśmy w stanie rozumieć… Ale tak jak mówisz – umiar we wszystkim to dobra rzecz.

  • Eliza

    Bardzo dobry wpis. Trzeba to traktować jako wskazówki, szukać odpowiedzi na nurtujące pytania, ale nie postępować wbrew sobie. Są sytuacje, które rzeczywiście przerastają i warto wtedy szukać pomocy, ale nie przestawać słuchać siebie, nie wmawiać sobie, że same nie potrafimy podjąć dobrej decyzji… Książka rzeczywiście ciekawa, zaopatrzę się w nią :)

    • Tak jest! :) Miłego czytania, jak już się zaopatrzysz w duńską książkę :)

  • Barbara Maria Holewa

    skąd masz koc ? szukam podobnego i nie mogę znaleźć

  • Marlena

    Zgadzam się!!! Mało tego, byłam kiedyś w Dani i ich podejście, całokształt, to jest coś co po prostu oczarowuje, naprawdę! Książka coś czuje, że będzie sukcesem autorek! ;) PS: Śliczne fotki!

  • Basia Potocka

    Kurcze chciałabym przeczytać tą książkę już natychmiast! :D Będę musiała się rozejrzeć po księgarniach