Do U love me?

22 lipca 2014

Po raz kolejny leżysz obok. Widzę tylko Twoje plecy, a w powietrzu unosi się zapach ignorancji. Wszystko we mnie krzyczy, a usta co chwila otwierają się, by wykrzyczeć wszystko to co mnie boli. Zamykają się jednak jeszcze szybciej nie mówiąc ani słowa. Nie wiem co ze sobą zrobić. Obgryzam resztki paznokci, jakby miało to koić ból mojej duszy. Duszy, która cierpi i płacze. Tak bardzo brakuje mi dotyku Twojej skóry, Twoich dłoni w moich włosach, Twoich palców na moim policzku. Tak bardzo brak mi ostatnio miłości i poczucia, że jestem Ci potrzebna. Jesteś zaledwie 10 centymetrów ode mnie, a mam wrażenie, że nie ma Cię wcale. Jest tylko przepaść, której żadne z Nas nie umie przeskoczyć. Przede mną telewizor. Romantyczna komedia i sceny, które mam wrażenie, że kiedyś były dla Nas piękną codziennością. Dziś zdają się być fikcją, która dzieje się tylko w szklanym, kolorowym, migającym pudle. To takie nierealne.

Czy bylibyśmy jeszcze do tego zdolni? Czy bylibyśmy zdolni do tego, by jak kiedyś całować się w deszczu? Czy jesteś zdolny, by znów w ulewie wziąć mnie na barana i biec przed siebie krzycząc jak bardzo kochasz?
Czy jesteś zdolny, by znów zedrzeć ze mnie bluzkę oprzeć o ścianę i kochać się aż do utraty tchu? Czy jesteś zdolny jak kiedyś iść ze mną nocą środkiem ulicy i krzyczeć, że jesteś szczęśliwy? Czy moglibyśmy jeszcze popłakać się ze szczęścia, tuląc się tak mocno, że moglibyśmy połamać sobie wszystkie kości?
Czy jesteś zdolny kochać mnie jak kiedyś i traktować jak swoją księżniczkę? Myślisz, że umielibyśmy znów siedzieć w hotelowym pokoju z widokiem na Pałac Kultury i rozmawiać ze sobą, orientując się nagle, że jest już jasno i że przegadaliśmy całą noc? Jeszcze kilka dni temu łudziłam się, że tak. Że umielibyśmy to wszystko, bylibyśmy zdolni znów tak kochać. Dziś wątpię. Co się z nami stało? Nie opowiadasz mi już z ekscytacją jak spędziłeś dziś dzień, a ja przestałam cieszyć się tym, że widzę Cię po całym ciężkim dniu.

Cierpię. Cholera, tak bardzo cierpię, że nie mogę złapać oddechu. Czuję pustkę. Nie chce mi się w nocy wstawać do naszego dziecka, bo jestem zmęczona. Tak bardzo nie chce mi się czegoś „musieć” . Tak bardzo potrzebuję dnia, w którym nic nie muszę. Co jest ze mną do cholery? Czemu tak bardzo mi się nie chce, czemu mam dość? Czemu mam wrażenie, że nikt, kompletnie nikt nie liczy się z tym czego ja potrzebuję. I czemu  znów śpisz o tej godzinie zamiast mnie przytulić i powiedzieć coś miłego, coś po czym poczułabym motylki w brzuchu jak kilka lat temu. Czemu piszę to i ryczę i mam myśli najgorsze z możliwych. Łzy lecą mi ciurkiem. Tak bardzo w tym wszystkim jestem dziś samotna. Tak bardzo nikt mnie nie rozumie. Nie lubię tej wersji siebie. Nienawidzę. Ta wersja depcze moją psychikę i skacze jak po nic nie wartym śmieciu. Rujnuje doszczętnie siły i energię, na które tak ciężko pracowałam. Doskonale znam ten stan. Przeżywałam to już nie raz. Nie chcę tego czuć. Nie chcę znów popaść w ten stan, w którym rolety w oknach spuszczone są 24 na dobę, a moja twarz zdaje się być niezdolna do min innych niż tych, które sugerują, że moja dusza umiera. Wiem, że czasem musi popadać, żeby znów wyszło słońce. Wiem też, że każdy upadek nam coś uświadamia i po każdym musimy się podnieść. Zwłaszcza kiedy mamy dla kogo…. Tylko mi się tak bardzo nie chce.

Tekst pisany około miesiąca temu. Dokładnie wtedy kiedy powstał tekst : CZASAMI MAM OCHOTĘ UCIEC… Całe szczęście wraz z odzyskaniem sił, humoru i energii odżyła również miłość. I będzie żyła zawsze.