Do celu

12 lipca 2016

Wielu ludzi narzeka na swój los, marudzi i uważa, że życie nie daje im nic w zamian za ciężką pracę. Nic w tym dziwnego. Bardzo łatwo popaść w depresyjne stany, kiedy życie jest jedną, wielką wegetacją. Nie widzisz swojego faceta całe dnie, czasem tygodnie, a i tak gówno z tego macie. Ciężka praca tylko po to, by w miarę godnie przeżyć. To smutne realia…

Wiem jednak, że każdego z nas stać na dużo, dużo więcej. Czasem po prostu punkt w jakim się znajdujemy sprawia, że nie widzimy już żadnych perspektyw na lepsze życie. Jeszcze rok temu kogoś kto klepie biedę i mówi, że inaczej się nie da, nazwałabym nieudacznikiem. Dziś wiem, że nie wszystko jest czarne i białe i nie każdy ma w sobie tyle siły, by z dnia na dzień zmieniać całe swoje życie,, a co najgorsze…ryzykować. Czasem po prostu wolimy stać w miejscu, postępując zgodnie z dewizą: jest chujowo, ale stabilnie.

Kilka miesięcy temu gdzieś w czeluściach instagrama znalazłam piękny dom… duży, z piękną antresolą… Coś mnie mocno ukłuło. Zobaczyłam w nim siebie i moją rodzinę. Zobaczyłam przytulne pokoje, duże lustro w przedpokoju i rodzinę, która przychodzi w odwiedziny z ciastkami. Rozmarzyłam się tak okrutnie i nie mogłam wybić sobie z głowy tego widoku. Szybko jednak racjonalne myślenie sprowadziło mnie na ziemię. Bo stoimy w jakimś martwym punkcie. Niby jest praca, jest grunt pod nogami, ale jakoś tak… bez większego rozwoju, bez większych planów. Oszczędzamy jak możemy to wiadome, ale czy to starczy? I czy całe życie będziemy chcieli robić to co robimy? W tym całym chaosie myślowym czułam się osamotniona. Widziałam, że On jakby uwierzył, że to realne. Wiedziałam jednak, że miną dwa dni, a on powie „nie w tym życiu kochanie…”. Usilnie pragnęłam usłyszeć coś innego i choć wiara moja gasła, to projekt mieszkania włączony był cały czas. Tak, bym mogła wizualizować sobie swoje marzenie. I po kilku dniach on usiadł, zaczął liczyć, dzwonić…wiecie co, chyba nawet zaczął wierzyć. W siebie i w swoje możliwości. I rozpisywaliśmy tak kilka dni razem, przeliczaliśmy, analizowaliśmy. Nie koszta mieszkania, nie koszta jakiekolwiek. Nic z tego. Analizowaliśmy własne możliwości i inwestycję w dalszy rozwój. Pracowaliśmy coraz ciężej i wierzyliśmy w siebie coraz bardziej. W imię marzeń. ” Boję się ryzyka” – mówił mi. Ja też. Ale nie chcę do końca życia, żyć tylko marzeniami i złudzeniami, że może kiedyś, może coś, może gdzieś.

Nie ma czegoś takiego, że nic od siebie nie dasz, nie zaryzykujesz i manna spadnie Ci z nieba. Nie ma czegoś takiego, że godzisz się na : chujowo, ale stabilnie. Nie ma czegoś takiego, że stoisz w miejscu i oczekujesz, że marzenia spełnią się same. Tak się po prostu nie da.

Jakiś czas później zrozumiałam jednak, że mimo iż dostaliśmy power do działania, mimo iż postawiliśmy sobie poprzeczkę bardzo wysoko, za cel obierając sobie piękny duży dom… zrozumiałam, że mi do szczęścia wcale nie jest potrzebna willa z antresolą, a po prostu własne 4 kąty. Kilka dni później poszukałam z ciekawości nazwę nowego, dopiero budującego się blokowiska… w Inowrocławiu…. Przeglądaliśmy z F. układy mieszkań i coś nas ukłuło. ” Patrz jaki tutaj fajny układ!” – „Idealny dla nas” – odparł. ” Zapytaj o cenę!” –  napisałam więc e-mail z prośbą. Na drugi dzień – lekkie zaskoczenie i ta sama reakcja jego i moja – bierzemy je! Tak podekscytowani zaczęliśmy sprawdzać bardziej szczegółowo projekt, a nawet kombinować, którą ścianę, by tu wyburzyć, co przestawić… Zaczęły się wstępne rozmowy w bankach, sto tysięcy telefonów do dewelopera, teściowej, rodziców. Nagle się okazało, że tak…że jest szansa! Nagle on spytał… czy na pewno w tym miejscu…  „Jestem z Tobą tak szczęśliwa, że mogę mieszkać gdziekolwiek…”. Kiedy jednak oficjalna decyzja z banku zabrzmiała: TAK, a my jedną stopą byliśmy już u notariusza – zrozumieliśmy jak wielki robimy błąd. Skusiła nas tylko niska cena. Czy zapomnieliśmy już dlaczego uciekliśmy z tego miasta? Jak bardzo się tutaj męczyliśmy? Wycofaliśmy wszystko. Odwołaliśmy notariusza, podziękowaliśmy doradczyni finansowej. I znów… zaczęliśmy od nowa szukać. Nie wierzyłam w to, że możemy znaleźć coś nowego w podobnej cenie w stolicy. Ale jednak wiara znów zrobiła swoje. Droższe, ale jak się okazało – do zdobycia. W tym samym czasie F. zaczął akurat więcej pracować i więcej zarabiać, co automatycznie zapewniło nam nieco wyższą zdolność, akurat na cenę warszawskiego mieszkania. Mieszkanie, które znaleźliśmy było chyba na jednym z najbardziej luksusowych osiedli, jakie mogłam sobie wymarzyć. Miasto w mieście. Jezioro, prywatna plaża, miejsca do grilla, ścieżki do biegania, restauracje, miejsca do jogi. Wszystko czego trzeba do szczęścia. Mnóstwo mieszkań na sprzedaż, a wśród nich kilka nie za dużych w promocyjnych cenach. Tak mocno promocyjnych, że sporo czasu zajęło mi skrupulatne sprawdzenie czy to aby na pewno nie jakiś wał. Ale nie… nie był to wał, a … chyba dar od Boga, a może wynagrodzenie tej mojej silnej wiary w to, że … mogę mieć wszystko co tylko sobie wymarzę. I tak znów zaczęliśmy na nowo się starać, wypełniać wszystkie papiery, biegać, załatwiać… i właśnie kilka dni temu… właśnie tego jednego, pięknego dnia usłyszeliśmy: macie to! Mamy to… NAJWIĘKSZE z marzeń stało się dzisiaj rzeczywistością… podpisaliśmy akt notarialny. Za rok będziemy mieszkać w naszym wymarzonym gniazdku. Nie za dużym, ale naszym… w naszym ukochanym mieście…

Fakt, że dowiedzieliśmy się wtedy, że jest szansa na kupno mieszkania i że może wydarzyć się to już niebawem dodał mi wtedy skrzydeł. Jeszcze mocniej postawiłam na swój własny rozwój i zaczęłam sama w domu inwestować w książki i w szkolenia online. Miałam cele co do bloga, nowe plany i projekty, które cały czas realizuję. Wiedziałam też, że jeśli nie teraz to kiedy? Im później weźmiemy się za marzenia, tym gorzej. Z czasem zacznie ograniczać Cię wiek, a może i nawet zdrowie. Mówi się, że ograniczenia nie istnieją, ale bądźmy realistami – pewnych rzeczy nie przeskoczysz. To jest mój rok. To jest nasz rok. Moja wiara ma ogromną siłę. Wierzyłam w wiele rzeczy, które dzieją się tu i teraz, choć wielu się śmiało, że tak się nie stanie. Pora podjąć kolejne decyzje, postawić kropkę nad i, i uwierzyć, że i ja mogę własną pracą osiągnąć co chcę. Kupić mieszkanie, pięknie je urządzić i żyć w nim szczęśliwie. Tak. To mój cel. I już za niedługo wszyscy będziemy patrzeć jak cegiełka po cegiełce, realizuje się moja wizja. Mój dom ze snów. Dlatego właśnie wtedy, kiedy uwierzyłam, że to możliwe – podniosłam swoje 4 litery i zaczęłam działać. Skończyłam z marnowaniem czasu na beznadziejne programy w TV i bezsensowne przewijanie tablicy na fejsie. Obiecałam sobie wtedy zrobić wszystko co w mojej mocy. Bo siedzieć i narzekać to każdy potrafi. Możliwości każdy z nas ma całe mnóstwo. Tylko sił i chęci czasem brak. Tymczasem codziennie widzę ludzi, którzy odbijają się z impetem od dna i pokazują, że…wszystko się da. Ale ilość samozaparcia, której potrzeba, by to osiągnąć jest tak ogromna – że wciąż udaje się to nielicznym. A teraz ja zasilę ich progi, swoją skromną osobą. Witaj świecie. Mam Ci jeszcze wiele do pokazania…

 

DSC_1339

 

DSC_1340

 

DSC_1347

 

DSC_1348

 

DSC_1352

 

DSC_1360

 

DSC_1365

 

DSC_1367

 

DSC_1368

 

DSC_1369

 

DSC_1370

 

DSC_1372

 

DSC_1374

 

DSC_1375

 

DSC_1376

 

DSC_1377

 

DSC_1378

 

DSC_1379

 

DSC_1381

 

DSC_1383

 

DSC_1385

 

DSC_1386

 

DSC_1387

 

DSC_1391

 

DSC_1396

 

DSC_1399

 

DSC_1404

 

DSC_1405

 

DSC_1406

 

DSC_1409

 

DSC_1410

 

DSC_1415

 

DSC_1417

 

DSC_1418

 

DSC_1425

 

DSC_1429

 

DSC_1430

 

DSC_1431

 

DSC_1432

 

DSC_1433

 

DSC_1436

 

DSC_1439

 

Ten fantastyczny rowerek, który widzicie na zdjęciu to w naszym domu najnowsza fura od firmy kido. Rowerek znacznie większy i cięższy od naszego pierwszego, który był też hulajnogą, stąd nie miał takich świetnych, pompowanych kół :) Opcja idealna dla dziecka, które już miało styczność z rowerkiem biegowym. Na pewno będzie nam długo służył, patrząc na jego rozmiary i opcje regulacji. Świetnie wykonany, solidny, bezpieczny – raczej ciężko się na nim wywrócić. Design oczywiście 10/10 ! W przypadku Poli prezent pierwsza klasa ( jak każdy) – Pola jest z tych dzieci, które uwielbiają jeździć na rowerku i odkąd dostała swój pierwszy na drugie urodziny – jeździ na nim praktycznie każdego dnia – teraz ten pierwszy wydaje się być tak malutki, że mówi, że to dla dzidzi i przerzuciła się już chyba na stałe na ten, poza dzisiejszym dniem, kiedy trochę zanim zatęskniła. Ale jednak na co dzień, króluje już ten „dla Poli” jak to mawia moja córka – niefortunnie dla mnie, bo ten już taki lekki jak piórko nie jest, ale całe szczęście nie musieliśmy go wcale zbyt dużo nosić – na nim po prostu chce się jeździć non stop! Co najśmieszniejsze, bardziej od dziecka ze sprzętu cieszy się F. który co chwilę mówi: no w końcu ma solidny rower i zobacz jakie pompowane koła! :D Czy produkują może rowerki biegowe dla chłopów 20+ …? ;)