Depresja, która czai się w tle

21 sierpnia 2017

O depresji mówi się dziś więcej niż kiedyś. Nie jest to już temat tabu. Nikogo dzisiaj nie dziwi, że ich znajomy odwiedza psychologa, psychoterapeutę czy psychiatrę. Problem pojawia się wtedy, kiedy o depresji mówi nastolatka, której depresja w oczach innych jest tylko kaprysem.

Tak było ze mną. Zawsze kiedy podejrzewałam u siebie jakieś poważne zaburzenie – ludzie wkoło sprowadzali mnie na ziemię. Że to na pewno nie depresja. Że to hormony, że młodość, że wyimaginowane problemy i nadmiar czasu. Cholernie nienawidziłam momentami tej swojej młodości, która wyrządza mi taką krzywdę. Borykałam się z wieloma problemami, a większość z nich miała podłoże czające się w mojej niskiej samoocenie. Nigdy nie byłam dla siebie wystarczająco dobra, piękna i mądra. Pamiętam każdy tekst, który mnie zranił i sprawił, że poczułam się gorsza. Żarty znajomych – żartowali wszyscy, ze wszystkich, ale ja odbierałam wszystko personalnie. Co w tym wszystkim najgorsze – nigdy nie dawałam tego po sobie poznać. Udawałam, że również się z siebie śmieję, udawałam, że nie słyszę, że mnie to nie obchodzi. Tymczasem moja dusza płakała. Wracałam do domu i zdejmowałam maskę pewnej siebie dziewczyny. Noc była idealnym czasem, by płakać z bezsilności. Bo jestem brzydka, głupia i nic nie warta. Później płacz zamienił się w obojętność. Taką, kiedy obojętne Ci jest nawet to czy oddychasz.

Ludzie mnie lubili. Byłam duszą towarzystwa, wszędzie było mnie pełno, ale nie lubiłam zagrzewać miejsca w dużych paczkach i chodzić na integracyjne spotkania klasowe. Miałam swój świat, swoją garstkę znajomych i potrafiłam się dostosować do każdej grupy – byle na chwilę. Byłam cwana w grupie, ale kiedy zostawałam sama z obcymi mi ludźmi, ukazywała się bardzo mocno moja „alienacja”. Wolałam stać, obserwować i nie zabierać głosu. W obcym towarzystwie, nie mając swoich „sojuszników” byłam pizdą.

Choć w liceum zadzierałam bardzo często łeb, to czułam się zawsze najgorsza. W pewnym momencie doszło do tego, że czułam się nawet brzydsza od najbrzydszych dziewczyn w szkole. Miałam powodzenie i nie mogłam narzekać na brak zainteresowania. Żyłam w dwóch różnych osobowościach. Będąc w grupie czułam się pewna siebie, wiedziałam, ze podobam się innym, ale będąc bez swoich przyjaciół, czułam się jak śmieć.

Problemy z nauczycielami i wiele sytuacji, w których musiałam mierzyć się z okrutnymi plotkami na mój temat, coraz bardziej przybijały mnie do ziemi. Pamiętam jak zaczęłam prowokować wymioty, żeby być chudszą, ale pamiętam też jak wymiotowałam non stop, bez zmuszania się do tego – po prostu, z nerwów. Z czasem nerwy zamieniły się w obojętność, a życie zamieniło się w wegetację.

Moja mama borykała się z nerwicą i często nie rozumiałam jej samopoczucia. To ja! To ja, potrzebowałam pomocy, a tymczasem nikt nie miał mi siły jej dać. Tata całymi dniami pracował, a mama nie umiała sobie poradzić ani ze swoimi emocjami ani z moimi. Przez moment czułam, że nic mnie z nimi nie łączy – bo choć mówili, że wszystko robią dla mnie, to ja wcale tego nie czułam. Nie rozumieli moich problemów, moich potrzeb. Nie umieli ze mną normalnie rozmawiać. STOP! Dziś mam wrażenie, że to ja nie umiałam im normalnie przekazać co we mnie siedzi, nie umiałam prosto z mostu poprosić o pomoc. Kamuflaż był łatwiejszy. Nie czułam, że mam w nich oparcie, choć dzisiaj wiem, że oni po prostu nie wiedzieli… nie wiedzieli jak mogą mi pomóc i czy w ogóle w czymś mogą pomóc. Dodatkowo styl wychowywania przez ich rodziców, nich samych, odbiegał od tego na co dziś tak bardzo zwraca się uwagę. Nie zaznali jakiś wielkich czułości, nie słyszeli non stop, że są kochani. Tego samego nie umieli okazać mi. Wydawało im się, że okazują to poprzez inne czyny – okazywali, dzisiaj to wiem i widzę to wyraźnie – ale na tamten czas, potrzebowałam innej formy okazywania uczuć.  Potrzebowałam słów, realnych pocałunków w czoło i przytulań – zwłaszcza wtedy kiedy byłam nastolatką. Tylko, że jakoś nigdy im tego nie powiedziałam. A wszystkie problemy rodzą się właśnie z tego, że nie mówimy sobie nawzajem o własnych oczekiwaniach i potrzebach.

Pewnego wieczoru, myśleliśmy, że mama umiera, albo ma jakiś wylew. Zrozpaczeni wzywaliśmy karetkę przez telefon i wtedy zrozumiałam co dzieje się z moją mamą, a konkretnie co dzieje się z człowiekiem, który gromadzi w sobie negatywne uczucia takie jak stres, zdenerwowanie. Zrozumiałam co się dzieje z człowiekiem, który tym wszystkim emocjom pozwala rządzić swoim życie. Poczułam wtedy, że nie chcę takiego życia dla siebie. Że jeśli nie zacznę pracować nad swoimi emocjami, to one zawładną również i moim życiem. Nie chciałam, by moje dzieci widziały mnie w takim stanie w jakim ja wtedy, swoją mamę. Ale byłam zbyt młoda, by to wydarzenie skłoniło mnie do zmian na dłuższą metę. Trwałam w swoich depresyjnych stanach i miewałam już początki tego co moja mama, ale nie chciałam o tym nikomu mówić. Nie chciałam zrzucać maski, którą ubierałam każdego dnia. Był psycholog, był psychoterapeuta. Ale ja chyba sama nie byłam gotowa na zmiany. Byłam młoda i głupia… a jednocześnie zagubiona. Nie mówiłam rodzinie o swoich problemach, bo… nie chciałam im dokładać, a tym bardziej nie chciałam denerwować mamy. Udawałam więc, że jest w miarę ok… i sama przytakiwałam, że to tylko moje młodzieńcze problemy.

Przez kilka dobrych miesięcy, w moim 30 metrowym pokoju, rolety nie były podnoszone do góry. Wracałam do ciemnego pokoju i chodziłam spać. Moja mama wtedy pracowała, tata też. Kiedy wracali, zazwyczaj akurat wstawałam, zawsze wmawiając im, że kładę się na ok 10. minut, żeby się kimnąć. Wstawałam, kąpałam się, siedziałam przy kompie i szłam znów spać. Sytuacja ze szkołą, o której pisałam TUTAJ, wykańczała mnie totalnie. Światełko w tunelu pojawiło się wtedy, gdy mama dała mi książkę „Sekret”. Pamiętam, że dając mi ją powiedziała: może pomoże Ci się uporać z Twoimi nastrojami – coś w ten deseń. Dziś bardzo to doceniam, bo taki gest od osoby, która ma problem z okazywaniem uczuć, to naprawdę coś wielkiego. Książka leżała i czekała… aż się doczekała. Nie rozumiałam jej wtedy za bardzo, ale zdania, które w niej były, sprawiły, że zerwałam się z łóżka jak oparzona. Odsłoniłam rolety, wysprzątałam pokój i … miałam ogromną chęć, by nareszcie zacząć żyć. Tak naprawdę, a nie tylko dla pozorów. Bo ja naprawdę miałam fantastycznych przyjaciół, fantastyczne przygody i masę wspomnień dzisiaj – ale w samotności zmagałam się z najgorszymi demonami, jakie mogłam mieć w swojej głowie. A te demony strasznie mi przeszkadzały w normalnym, codziennym funkcjonowaniu i popełniłam przez nie sporo błędów, próbując się dowartościować.

F. przyjął mnie w swoim życiu z całym workiem moich problemów. Ostatnio popłakałam się i podziękowałam mu za to, że przez to wszystko dzielnie przeszedł. Każdy facet kopnąłby mnie w tyłek po miesiącu jazd, które urządzałam jemu i sobie samej. Ale on to znosił. Powiedziałam mu ostatnio ” Musiałeś mnie naprawdę zawsze mocno kochać, skoro cały czas przy mnie trwałeś…”. I jego psychika ucierpiała przez to, co mu fundowałam i wyzwoliła w nim złe zachowania, ale razem uporaliśmy się z tym wszystkim w miarę upływu czasu. Kiedy znalazłam się z nim w związku, przeskoczyłam do kolejnej skrajności. On był całym moim życiem. Olałam przyjaciół, rodzinę i kiedy zostawałam bez niego – nie miałam absolutnie nic.

Kiedy zaczęłam studiować, pracować i myśleć o dziecku, zaczęłam wychodzić na prostą… czytałam „Sekret”, starałam się myśleć pozytywnie. Nareszcie zaczynałam budować SWÓJ własny świat. Ale demony wciąż dawały o sobie znać. Narodziny Poli były moim ratunkiem i receptą na całe zło. Prawie całe. Pola stała się moim motorem napędowym i motywacją, by walczyć o siebie i nauczyć się żyć. Zaczęłam czytać więcej książek, zaczęłam pracować nad sobą i wzięłam swoje życie w swoje ręce – więcej o wszystkich zmianach, przeczytacie TUTAJ.

Dziś ludzie gratulują mi odwagi, determinacji, a niektórzy wyrzucają: Tobie łatwo mówić, bo to i tamto. Niektórzy myślą, że z depresją uporałam się na stałe. Ale to nie do końca tak jest. Depresja wciąż się czai, próbuje mnie atakować. To nie jest tak, że całe życie jesteś pesymistą w depresji, a dzięki zmianom jesteś pewny, że już taki nigdy nie będziesz. Już całe życie trzeba pracować nad tym, by depresja do nas nie wróciła. Już całe życie trzeba nad sobą pracować, uczyć się swoich emocji, uczyć sobie radzenia z problemami. Bo wystarczy, że jakiś problem pojawi się w momencie, w którym jesteśmy słabsi – i może przejąć kontrolę nad całym naszym życiem. Taka sytuacja spotkała mnie w sierpniu, zeszłego roku. Mało brakowało i mogłabym rozwalić całą pracę nad sobą, na którą poświęciłam tyle lat. W moim życiu zdarzyło się coś, co było chyba moją najgorszą obawą, przez większość mojego życia. Potrafiłam popłakać się idąc na ulicy, nie panowałam nad swoimi nerwami. Byłam wściekła, a jednocześnie obojętna na prawie wszystko co mnie otacza. Wszystko stopniowo, znów zaczęło tracić dla mnie sens. Przez ostatnie miesiące pisałam na blogu motywacyjne teksty, mówiłam ludziom jak radzić sobie z problemami – a nagle sama nie umiałam się do tego zastosować. Wszystko inne było takie jak powinno być – nie mogłam narzekać. Ale na jednej płaszczyźnie zawaliło mi się kompletnie wszystko. Miałam wrażenie, że cała moja praca nad swoją samooceną, znów legła w gruzach. Czułam się jak śmieć. Odbierałam Polę z przedszkola w stanie opłakanym. Wyglądałam jak żul, w dresach, który pił całą noc – tak naprawdę miałam twarz i oczy zmęczoną od płaczu. Pod koniec września miałam już dość samej siebie. Zadzwoniłam do mamy, która była w szoku, że wciąż roztrząsam coś o czym mówiłam jej jakiś miesiąc temu. Powiedziała mi wtedy coś, co mnie uratowało. Powiedziała mi wtedy baaaardzo dużo. O tym ile jestem warta, ile osiągnęłam. Dała mi do myślenia, mówiąc, że nie mogę tego wszystkiego stracić, że nie mogę znów pogrążyć się w smutku. Muszę walczyć o siebie dla siebie, dla dziecka. Nigdy nie zapomnę jej tych słów.

Dzięki tej jednej rozmowie, wzięłam się w garść, zaczęłam znów blogować i żyć pełną parą, ale przede wszystkim… zrozumiałam jedną, najważniejszą rzecz. Nie wyleczyłam się z depresji. Ona wciąż czyha na to, by mnie zaatakować. Próbuje mnie atakować i ja to czuję. Są dni, które są słabsze i ona wtedy zaciera rączki. Jestem na to podatna, co pokazała sytuacja z sierpnia. Problem odchorowywałam miesiąc i gdyby nie mama, trwałoby to może do teraz. Ba! To, że po miesiącu wstałam z kanapy i zaczęłam żyć, nie sprawiło jeszcze, że zapomniałam o problemie. Borykałam się z nim jeszcze do niedawna. Dopiero od jakiś trzech miesięcy funkcjonuję bez myślenia o tym co mnie spotkało. Myślę, że fakt, że wiem, że depresja wciąż na mnie czyha, sprawia, że mam w sobie tak ogromną wolę walki i determinację, by zmieniać się jeszcze bardziej. By być jeszcze bardziej silniejsza i odporna na przeciwności losu.

Depresji nie zrozumie ten, kto nigdy jej nie przeszedł. Walki, nie zrozumie ten, kto nigdy jej nie podjął. A prawdziwego szczęścia nie zrozumie ten, kto nigdy choć przez chwilę nie brodził w bagnie, z którego wydostał się potem własnymi siłami…