Co złego jest w lukrze?

23 września 2014

Ostatnio panuje niezrozumiana moda na krytykowanie wszystkiego co pozytywne. Wręcz zaczęto to nazywać „lukrem”. No bo teraz modne wpisy, w którym narzekamy i w których pokazujemy innym, że życie czasami śmierdzi intensywnie niczym gówno naszego dziecka. Lubię takie blogi gdzie autorka ponarzeka i pokaże , że macierzyństwo daje w kość, bo często codzienność i szara rzeczywistość potrafi być zaskakująco śmiesznie i prawdziwie opisana, jednak zaczęłam zauważać, że tam gdzie takie wpisy się nie pojawiają  – jest lukier. Ludzie uznają, że jest słodko, jest kolorowo aż do zrzygania, a co za tym idzie – jest fałsz, obłuda i zakłamanie. Rzeczywistość jest podkolorowana jak i całe życie autorów danego bloga. Czemu to tak boli i razi? Bo nie lubimy kiedy ktoś jest szczęśliwy. Nie lubimy ludzi, którzy w dupie mają zmartwienia i problemy. Nie lubimy ludzi, którzy choćby nie wiadomo jak im się życie zesrało to podnoszą głowę do góry i się z tego śmieją. Właśnie takie osoby nazywane są kłamcami. Bo nie chcemy wierzyć w to, że ktoś może być szczęśliwy mimo wszystko. Mimo chorób, mimo ciężkiej sytuacji finansowej , mimo wyczerpania. Tak moi drodzy. Bo to, że ktoś o tym nie pisze , nie oznacza, że tego nie przeżywa.

Na tym blogu jest mnóstwo szczęścia, miłości i uśmiechów. Bo takie jest moje życie – przepełnione radością. Stałam się człowiekiem, który się nie martwi, który nie myśli o przyszłości. Pewna ważna dla mnie osoba uświadomiła mi, że przeszłość i przyszłość nie istnieją. Istnieje tylko TEN moment. Nie ma nic innego. I to bardzo ważna lekcja, która pokazała mi, że martwienie się nie daje nam kompletnie nic. Jest tylko stratą czasu. Narzekanie również. I dlatego raczej na tym blogu rzadkością będą wpisy o tym jak to jest ciężko. Jest czasem jak cholera, ale nie jest to warte mojej uwagi i rozmyślań. Nie koloryzuję rzeczywistości – nie piszę, że macierzyństwo jest łatwe, że Pola grzecznie bawi się całymi dniami, bo tak nie jest. Ale pamiętajcie, że życie jest krótkie. Nie wiecie czy się jutro obudzicie. Nie wiecie czy jutro z tego świata nie odejdzie ktoś bliski Waszemu sercu. Ja też tego nie wiem. Dlatego celebruję każdą piękną chwilę, każdy piękny moment. Łapię każde spojrzenie i uśmiech mojej córki. Zapamiętuję jakby miało być ono tym ostatnim. Przytulam za każdym razem tak mocno jakbym miała ją tulić jeszcze raz. Nie robię tego automatycznie. Każdy ruch, dotyk, słowo – chcę to czuć jak dziecko. Będąc osobami dorosłymi zatraciliśmy umiejętność cieszenia się z każdego kroku i ruchu. Stało się to dla nas automatyczne. Nie skupiamy się na tym, że nasze stopy dotykają ziemi a nasze oczy błądzą we wszystkie strony. Robimy wszystko z automatu, rozczarowujemy się, często upadamy. Nie umiemy opanować tej ciężkiej sztuki posiadania wszystkiego w 4 literach. Ja się jej uczę. Powoli, ale sukcesywnie.

Dlatego lubię lukier. Lubię szczęście, lubię uśmiech, lubię radość. Lubię słodki posmak życia, który dodaje skrzydeł. Lubię optymizm i lubię nim zarażać. Miewam chwile zwątpienia i słabości, które dzięki odpowiednim krokom i umiejętnościom pracy nad samym sobą i swoimi emocjami szybko mijają. Lubię otaczać się szczęśliwymi osobami, które motywują mnie do działania. Z lekkim gulem w gardle eliminuję nieudaczników ze swojego życia, widząc pozytywne tego efekty.

Lubię lukier, bo … jest on w dawce, która nie mdli. Lubię lukier, bo podkreśla on wyjątkowość tych czasem mało ważnych z pozoru chwil. Lubię lukier, bo pozwala on czerpać z życia to co najlepsze. Lubię…bo dzięki niemu nie skupiam się na tych gorzkich elementach życia.

 

Kocham życie w lukrze. A gorzkie chwile tylko umacniają mnie w poczuciu, że warto w tym lukrze opływać póki ma się tę możliwość.