Chciałam, zarobiłam, mam.

19 listopada 2014

Odkąd wyprowadziłam się z F. na swoje mieszkanie postanowiłam, że nie ważne jak bardzo będę musiała się spiąć – będę z F, oszczędzała każdy grosz z jego pensji i mojego macierzyńskiego. Zamarzył mi się piękny, drewniany dom, a po przeliczeniu wszystkiego zrozumiałam, że cel ten za kilka lat może zostać osiągnięty. Kłóciło się to wszystko jednak z moją chęcią dania dziecku wszystkiego co najlepsze. Wszystkiego czego ja nie miałam. I nie mowa tutaj o miłości – ją Pola otrzymuje w dawkach największych na świecie. Lubię jednak jej radość na twarzy kiedy dostaje nową zabawkę czy książeczkę. Kocham to i często mam łzy w oczach. Od zawsze lubiłam dawać komuś prezenty. Bardziej niż je dostawać. W przypadku kiedy daję je mojemu dziecku – radość jest tysiąc razy większa. Blog dał mi możliwość posiadania większości rzeczy, na 1 rzut oka za darmo. Jednak nie nazwałabym tak tego do końca. Blog nie prowadzi się sam. Tak jak jedni chodzą do pracy, siedzą w biurze czy stoją za kasą tak ja muszę robić zdjęcia, muszę je obrabiać, muszę pisać teksty i odpisywać na dziesiątki e-maili czytelnikom. Czasem mam na to czas dopiero kiedy Pola zaśnie. Sama jestem wtedy wykończona, ale…działam. Zarówno dlatego, że jest to moja i pasja i również dlatego, że daje mi to zysk. Przyznaję szczerze – gdyby nie blog moje dziecko nie miałoby 70 % rzeczy, które obecnie posiada. Gdyby nie blog o połowie tych rzeczy nie miałabym nawet pojęcia. Jednak to co robię przyciąga najwidoczniej uwagę firm, które postanawiają we mnie, a konkretnie w moje dziecko inwestować.

Wracając do tematu. Ograniczyliśmy z F. wydatki do minimum – dla naszego wymarzonego domu. Ja jednak czułam, że muszę w takim razie zacząć robić coś więcej. Coś co da mi dodatkowy grosz, który będę właśnie mogła przeznaczać na moje ukochane dziecko i moje zachcianki. Wiedziałam, że muszę też poświęcić więcej czasu blogowi, by stał się on jeszcze bardziej znany i przynosił mi poza satysfakcją jeszcze większe korzyści. Pewnego dnia zamarzył mi się i-phone. Wiedziałam, że jest to narzędzie, które pozwoli mi nareszcie mieć dostęp do bloga i FP taki jaki chciałam i zarządzać nim, będąc poza domem. Suma za ten telefon była jednak dla mnie tak wysoka, że wiedziałam, że łatwo na ten telefon zarobić nie będzie. Spięłam się jednak niesamowicie i z dzieckiem przy nodze robiłam zdjęcia nie noszonych przeze mnie ubrań, wystawiałam je na FP, a rano biegłam z wózkiem na pocztę wysłać paczki. I tak codziennie. W międzyczasie wpadła mi też na blogu płatna współpraca, dzięki której cel był coraz bliżej. Dwa tygodnie latania na pocztę, prania, prasowania, cykania fotek i nagle…bam. Uzbierałam. Własną pracą i zaangażowaniem. Kupiłam sobie telefon nie obciążając budżetu domowego. Byłam z siebie dumna, zwłaszcza, że nie zawsze było łatwo patrząc na to ile Pola ostatnio wymaga uwagi i często nie mogę odejść od niej na krok przez cały dzień.

Nadszedł jednak kolejny wydatek – święta – zaczęłam kombinować. Nie mogłam sobie pozwolić na wieczne robienie drugiego allegro ze swojej strony, a i Pola zaczęła miewać coraz gorsze dni, przez co często od rana do nocy nie miałam nawet możliwości dojścia do komputera, a jedynie do telefonu. Przypomniałam sobie, że kiedyś pewna firma proponowała mi spory rabat na zabawki w ramach tego, że prowadzę bloga, a zabawki są zawsze profesjonalnie sfotografowane. Odezwałam się do właścicielki sklepu natychmiastowo. Rabat do koszyka został przypisany, a ja zaczęłam szukać. Nadal jednak było to za dużo, więc zadzwoniłam do siostry i rodziców ” Może w tym roku zrzucimy się wszyscy na jeden większy prezent dla każdego dziecka? Mam duży rabat” Każdemu ta opcja przypasowała. Czasy są ciężkie, nie ma więc sensu wydawać masy pieniędzy na zabawki, które dzieci znajdą pod choinką. Byłam mega zadowolona. Nie dosyć, że koszta zmalały kilkakrotnie to jeszcze kolejna blogowa współpraca pozwoliła mi je pokryć.

Na dzień dzisiejszy marzy mi się mój własny aparat fotograficzny. Marzy mi się kurs fotograficzny. I już mam plan. Potrzeba mi tylko odrobinki wolnego czasu i chęci, a już niebawem stworzę coś co być może z powodzeniem sprzedam. Sprzedam, zyskam i będę coraz bliżej celu.

Wpis ten nie powstał w celu tłumaczenia się. Tłumaczyć mogę się Urzędowi Skarbowemu, ale nie osobom, które perfidnie zaglądają mi w portfel, bo czują, że skoro prowadzę bloga – mają do tego prawo. Wpis ten powstał, by pokazać, że nie poznasz drugiej osoby, przez pryzmat bloga i pryzmat tego co posiada. Nie poznasz osoby po kilku wpisach czy po zdjęciach. Nigdy tak na prawdę nie poznasz osoby przez wirtualny świat, a nawet widząc ją raz w życiu.  Wpis powstał również, by pokazać, że czasem wystarczy odrobinka chęci i samozaparcia, by dorobić nawet będąc z dzieckiem 24h.

Ludzie oceniają po tym co człowiek posiada, na co wydaje pieniądze. Jeśli wydaje za dużo, na pewno je ukradł, na pewno zarobił nielegalnie, na pewno wydaje całą swoją pensję i głodzi dziecko w imię nowego telefonu. Nie wnikamy w to co ktoś na prawdę zrobił, by zdobyć upragnioną rzecz. Ślepo etykietujemy i wytykamy komuś próżność, sami bezczelnie zachowując się jak buracy. Bo tylko burak i prostak może posunąć się do podliczenia drugiej osoby . Swoją drogą, kto tu bardziej skupia się na pieniądzach? Ktoś kto zarabia je jak tylko może, by coś mieć, czy ten, który te poczynania śledzi niczym pozbawiony własnego życia dureń?

Zaglądanie w portfel kończące się na zastraszaniu Urzędem Skarbowym , na skreślaniu przyszłości mojego dziecka przez moje lekkomyślne wydawanie pieniędzy (rzekomo) powinno być Waszą osobistą tragedią. Dla mnie po raz kolejny osiągnęliście poziom dna. A nawet gorzej. A ja? Po raz kolejny wychodzę z tego jeszcze silniejsza i bardziej zdeterminowana. By własnymi siłami i chęciami zyskiwać jeszcze więcej i pokazać „Da się!”