5 rzeczy, których zazdroszczę swojemu dziecku

25 kwietnia 2018

Kiedy przypominam sobie swoją osobę z dzieciństwa, widzę niepewne siebie dziecko, które ma zeza, nosi pingle, a po upadku przez źle dobrane okulary + kilka wymysłów mojej siostry ( np.  zabawa w wojowniczki…) dorabia się jeszcze blizny na czole.

Odkąd pamiętam, wszystko mi we mnie przeszkadzało. Uwierały mnie moje wady, uwierały mnie też czasem materialne braki. Ciągle czułam się gorsza, bo jak można się nie czuć, kiedy wszyscy spotykają się po szkole, wcześniej umawiając się na gadu-gadu, a ty na swojej wsi jedyne co posiadasz to trzy kanały publicznej telewizji i czerwonego malucha, z którego wstydzisz się wysiadać na szkolnym parkingu – moja zmora !!! Choć jak był sprawny to jeszcze pół biedy, gorzej jak trzeba było go pchać, przy wychodzącym ze szkoły koledze, który tak cholernie Ci się podobała… (smuteczek… ). Kiedy dziś wspominam te wszystkie smuteczki, jestem nieco przerażona, ile smutków i przykrości może mieć dziecko w wieku szkolnym, z powodów, które nie przyszłyby często do głowy rodzicom. Patrzę na swoją Polę i widzę wiele podobieństw, których wolałabym nie widzieć. Fakt, że wiem jak Ona się w danych sytuacjach czuje, sprawia, że mniej więcej wiem jak nią postępować, by jej nie dokładać. Pomijając te rzeczy, których Poli wcale nie zazdroszczę, całe szczęście przeważają rzeczy, których zazdroszczę jej okrutnie. I wcale nie chodzi mi tutaj o porcelanową buźkę, bo to dla mnie marzenie pogrzebane żywcem. Jutro kończę 25 lat. Kolagen chyba stracił swoją moc… No a swojej córce to zazdroszczę przede wszystkim…

POCZUCIA BEZPIECZEŃSTWA

Takie banalne, co? Ja właściwie lubię swoje dorosłe życie, ale czasem ogarnia mnie jakiś wyjątkowy niepokój związany z faktem, że o mnie i mojego F. już nikt się nie zatroszczy – teraz to my musimy się wszystkim zająć, a w razie problemów znaleźć w sobie nieziemskie pokłady siły, energii i optymizmu. Wiecie, to bardzo ważne, żeby dziecko dorastało przy rodzicach, którzy ciągle nie marudzą i nie narzekają, a pokazują dziecku, że we wszystkim trzeba szukać jasnych stron. A wiadomo jak jest w praktyce… cholernie ciężko jest znaleźć w sobie optymizm, kiedy nie masz lodówki, auta i podstawowych letnich rzeczy dla dziecka, a ubezpieczalnia za Twoje firmowe auto wystawia Ci rachunek rzędu siedmiu tysięcy PE EL ENÓW. Nam się jednak udaje, ale to nie znaczy, że w takich sytuacjach mimo wszystko nie czujemy się „zagrożeni”. A dziecko… dziecko takie jak Pola, nie wie jeszcze za bardzo skąd się bierze kasa, nie wie, że często jej brakuje i nie wie, że płacić trzeba nawet za spuszczenie wody w ubikacji. Wokół Poli codziennie roztaczana jest aura miłości, która mam jej pokazać, że nieważne co się dzieje – trzeba wierzyć i ufać, a spokój odnajdywać w ramionach bliskich.

 

 

ENERGII

Nie to, żebym ja jej nie miała, ale na pewno nie mam jej aż takiej! Skąd, gdzie, jak to, gdzie to się kupuje, gdzie to się ładuje?! No jakim cudem, biega to, lata, skacze, śpiewa, wariuje, a o godzinie 21, kiedy ja próbuję wykrzesać z siebie jeszcze trochę siły, żeby się chociaż wykąpać, ona krzyczy do mnie z łóżka: mamo, może jeszcze porysujemy?! Pola odkąd pamiętam, mogłaby całe dnie spędzać na świeżym powietrzu biegając, jeżdżąc na rowerze itp. Jej aktywność zmusza do aktywności i mnie i koniec końców wszystkim wychodzi to na dobre, ale no mimo wszystko nie jestem w stanie jej przebić. Nie padła nawet po 10 kilometrowym spacerze, a ja się czasem łudzę, że padnie po kilku rundach rowerem wieczorem. Naiwność – dobrze, że tego po mnie nie odziedziczyła.

 

RADOŚCI

Takiej prostej, zwyczajnej radości. Bo leci motyl, bo na chodniku jest biedronka, bo świeci słońce, bo pada śnieg, bo ktoś ma kolorowe włosy. Cieszy ją tyle rzeczy… nie powiem, bo w jakimś stopniu to ja ją tego nauczyłam. Tak jak i swojego F. i wiele innych osób z mojego otoczenia: odnajdywania radości pośród zwyczajnej codzienności. Ale hello… mam 25 lat, nie zawsze skołatane nerwy poprawi mi biedronka, choć nie powiem, takie proste rzeczy często sprawiają, że się zatrzymuję i jednak mimo wszystko, uśmiecham. Ale ta dziecięca radość, ma w sobie coś takiego, czego dorosły nie umie odtworzyć. To mieszanka beztroski, ufności i chyba też jeszcze nie zdawania sobie sprawy z tego, że istnieje też coś takiego zło, a żywot biedronki ulegnie drastycznemu finiszowi pod butem, lub oponą rowerka… Of kors, nieumyślnie. Pamiętajmy, że dzieci od najmłodszego, trzeba uczyć szacunku do życia, nawet jeśli chodzi o te najmniejsze stworzonka. Zresztą jak można umyślnie zabić piękną biedronkę ?!

 

ODZIEŻY

Dzieciństwo dzieciństwem, ale chwała dzisiejszym czasom za coś więcej niż tylko legginsy i bluzki w bajkowe postacie. A nawet jak już bajkowe motywy na ubraniach się przejawiają, to przynajmniej to co poza nadrukiem, jest w jakimś stonowanym kolorze. A kiedyś? Cała gama barw na dziecku mierzącym 100 cm. Od stóp do głów. Zielone dresy, różowa-fioletowa bluzka, a w gratisie kucyk z dwudziestu kolorowych gumek. Gdybym tylko mogła odtworzyć Poli szafę, w wersji maxi dla mnie – zrobiłabym to bez zawahania. No … może pominęłabym bluzkę z kucykami pony, ale reszta – hell yeach! Niestety ceny ubrań dla dzieci stawiają mi wybór: albo JA będę mieć ładne ubrania, albo moje dziecko… zgadnijcie kto wygrywa w tym nierównym pojedynku…

 

WŁOSÓW

I może nie zazdrościłabym jej ich aż tak bardzo, gdyby nie zachwyt każdego przechodnia, bo takie gęste, takie piękne, takie och ach ech. No ale ja się wcale nie dziwię, bo jej włosami zachwycamy się z F. każdego dnia, a żyjemy z nią już ponad cztery lata. Zazdroszczę jej tego, że JESZCZE są takie zdrowe, takie lśniące, takie po prostu… piękne same w sobie i niczego więcej im nie trzeba. Gdybym tylko kiedyś pałała taką miłością do natury jak teraz, może nie ścięłabym sobie takich pięknych i długich włosów, może później nie załatwiłabym ich pasemkami, a może później przez pół życia nie katowałabym ich prostownicą.

 

 

Pewnie niektórzy sobie teraz myślą: co ty pleciesz, masz zdrowe włosy – teraz mam, ale jeszcze rok temu? Żeby nie moje dziecko, które wpędziło mnie w włosowy kompleks, pewnie nigdy nie wybrałabym się do fryzjera, nie ścięłabym zmaltretowanych końcówek ( czyli jakiś 10 cm… ) i pewnie bym się nie zawzięła, żeby je w dobrym stanie utrzymać. Odkąd rok temu opuściłam salon fryzjerski, obiecałam sobie, że od tej pory, naprawdę się ogarnę z ich pielęgnacją. I co? I udało się. Co prawda jestem teraz przed podcięciem końcówek, ale uważam, że włos jest już niczego sobie. Przede wszystkim ograniczyłam używanie prostownicy, a przez kilka miesięcy nie używałam jej wcale. Druga sprawa to odżywka i mgiełka. Odżywka zaraz po umyciu, na mokre włosy, a mgiełka z bursztynu na włosy już wysuszone, żeby nadać im wiecie… blaskuuu. Trzecia sprawa: odżywianie. A już tym bardziej przy moim hashimoto, przez które kiedyś traciłam włosy GARŚCIAMI. Warto do swojej diety włączyć orzechy, ziarna słonecznika albo na przykład brokuł, czy wątróbkę. Ale tego ostatniego nie włączyłabym do diety, choćbym miała być łysa… Fuuuj. Ostatnia sprawa to suplementacja. Mi w ostatnim czasie pomogła naprawdę bardzo i to nie tylko na włosy, ale też na paznokcie. Zresztą zaraz zobaczycie na fotach, nareszcie mam SWOJE, a nie przedłużane! W kwestii kapsułek dla włosów i paznokci, nie wybierałabym raczej preparatów kierując się ceną, a oczywiście składem. W przypadku takich kuracji, najważniejsza jest systematyczność i konsekwencja w braniu ampułek. Nie ma na świecie cudownych specyfików, które pomogą nam po jednym opakowaniu. Dla porządnych efektów, taka kuracja musi trwać minimum 3 miesiące – celowo piszę minimum, bo to kwestia dość indywidualna. Ja wybrałam akurat kapsułki Kerabione. W pudełku jest ich 60, a dziennie spożywa się ich dwie ( podczas posiłku). Efekty? Mówią same za siebie, zwłaszcza, ze to wy po ostatnich stories zasypałyście mnie pytaniami o to czego do włosów i paznokci używam. No więc… zagadka rozwiązana. Opowiem Wam jeszcze trochę face to face.

 

 

 

 

Wiem, wiem odbiegłam trochę od tematu, ale no… tak mnie te włosy dziecka mego zmotywowały, że musiałam się za siebie wziąć no musiałam. Zazdroszczę swojemu dziecku również gładkiej skóry, ślicznych oczu i pięknego noska ( bez garbka! ). Zazdroszczę uporu maniaka w dążeniu do swojego celu – np. 10 wyjścia na dwór w ciągu dnia ; ale też umiejętności pójścia na kompromis, a czasem nawet nie na kompromis, a totalnie w 100% na to, co mi się wydaje za słuszne. Zazdroszczę jej umiejętności zaskakiwania, mówienia o uczuciach w najmniej spodziewanych momentach. To wszystko jest jednak zdrową, motywującą zazdrością. Motywującą, bo przy takim dziecku, człowiek sam chce się taki stać. Chce poczuć dziecięcą radość z życia, chce nauczyć się cierpliwości, dociekliwości i łatwości dzielenia się w tym co w sercu. Przy takim dziecku człowiek wznosi się na wyżyny, chce być lepszy, chce więcej i mocniej czuć. Zazdroszczę swojemu dziecku, ale … i tak bym się z nią nie zamieniła. Cenię sobie wolność i odpowiedzialność, a dzieciństwo to jednak zdanie się na dorosłych i jakby nie patrzeć dostosowywanie się do wielu sytuacji i otoczenia. Dzieciństwo to nauka życia, której uczy się od innych, a ja wolę uczyć się już od samej siebie, na własną rękę.

Jest jeszcze jedna rzecz, której zazdroszczę Polci i nawet samej sobie ( o ile to logiczne). Wiecie o co mi chodzi? O to, że sama z siebie, może do mnie powiedzieć: jesteś moją najlepszą przyjaciółką. I doskonale wie i wierzy w to, że rzeczywiście tak jest. Nie jesteśmy tylko mamą i córką, ale jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Zazdroszczę jej tego, że w każdej chwili wie, że jej smutek, może oddać mi. I ja sobie z tym poradzę. W dorosłym życiu nie zawsze to wszystko jest tak proste…

A Ty? Czego zazdrościsz swojemu dziecku?

 

 

 

 

 

  • Ola

    JAKie wy śliczne jesteście! A ty wyglądasz jak siostra Polki a nie mama 😂❤️

    • Dziękujemy ślicznie! :* Ale z ta siostrą to bez przesady hahha! :D

  • weronika

    widziałam dziś paznokcie na snapie, jestem w szoku :) bardzo ładne.

    • A dziękuję bardzo, sama nie mogę wyjść z podziwu :D

  • goshiak

    Alu a skąd sukienka twoja?

  • Maria Woloszek

    Ja zdecydowanie zazdroszczę tego poczucia bezpieczeństwa… dorosłość to taka duża odpowiedzialność ze czasem zaczyna to ciążyć na barkach i jest cieżko wtedy No :( ale i tak kocham bycie mama i niech to moje dziecko korzysta z pięknego dzieciństwa póki może :) piękne zdjęcia

    • To fakt, czasem to na nas ciąży i przerasta – myślę, że to normalne i że każda z nas tak czasem ma :* dziękujemy! To F. zrobił takie piękne foty :*

  • Paulina Świątek

    Ja używałam swego czasu Vitapil tabletki i lotion …. u mnie sprawdziły się idealnie :D a czego zazdroszczę ? chyba tej bezgranicznej miłości ponad wszystko i energii …

    • Ooo o tych tabsach też słyszałam, ale nie stosowałam nigdy. Bezgraniczna miłość… o tak.

  • Ja właśnie jestem na podobnym etapie co Ty. Muszę zadbać o te moje kudły i paznokcie, bo zaczynają być jak papier cienkie i łamliwe :(