5 rzeczy, które moje dziecko MUSI mi wybaczyć! No musi !

10 sierpnia 2017

Czasem jestem matką wyrodną. Taką wiecie. Po całości. Nie ugotuję obiadu, a kupię Poli jakiegoś gotowca. Nie pozwolę wziąć rowerka do przedszkola, bo wiem, że akurat tego dnia, nie mam siły go dźwigać, a na pewno będą kurka wodna musiała! No i… no robię jeszcze kilka rzeczy, o których wybaczenie będę kiedyś prosić swoją córkę. Bankowo!

Kiedyś miałam wyobrażenie takie, że będę matką idealną. Wiecie… będę się starać nie popełniać błędów, nie pozwolę sobie na chwile słabości. Ale życie to jest życie moi drodzy i czasem sielanka się po prostu kończy. Na ogół jestem zadowolona z tego jaką jestem matką i bez problemu, perfidnie pozwalam sobie na egoistyczne zachcianki. Ale raz na jakiś czas za te egoistyczne zachcianki, złapią mnie wyrzuty sumienia i myślę sobie wtedy: czy ja jestem dobrą matką? Zawsze jednak chwilę po tym, Pola jakby słysząc moje myśli, rzuca do mnie jakimś tekstem w stylu: mamo, my jesteśmy pyjaciółki! I wtedy wiem… wtedy po prostu wiem, że odwalam kawał dobrej roboty. Nawet jeśli czasem myślę bardziej o sobie… Jednak za kilka rzeczy, muszę swoją córkę przeprosić! I błagać o wybaczenie! No bo jakże takie rzeczy można zrobić własnemu dziecku?! Poldun – wybacz matce, bo źle czyni…  przepraszam za to, że…

JEM SŁODYCZE W UKRYCIU ( i zjadłam kiedyś Twoje „szoko bons”)

No ja tam żadną przeciwniczką słodyczy nie jestem, bo wiecie – wszystko jest dla ludzi i liczy się zdrowy rozsądek – ale coś tam dla siebie zostawić na wieczór trzeba… z ojcem podjeść jakieś chipsy, albo po batonie. A spróbuj odpakować takie coś przy dziecku i co? I prawie nic Ci nie zostanie! I gdyby tak zliczyć, ile razy coś potajemnie do szafki z F. schowaliśmy, ukryliśmy, by żadne małe rączki tego nie sięgnęły – to wyszłoby tego całkiem sporo. I teraz to już człowiek nawet wyrzucać się odpowiednio nauczył, żeby dziecko na drugi dzień żadnych dowodów zbrodni przez swych rodziców dokonanej nie znalazło. Bo jaki żal wtedy, jaki lament! Że matka całe „szoko bons” zjadła, a papierki zostawiła na stoliku w salonie. A taką gafę kiedyś właśnie strzeliłam – i serce by mi pękło na milion kawałków, jak ona się pytała ze łzami w oczach: czeeeeemu mi to zjadłaaaaaaśśśśśś. Nigdy więcej. Takiej gafy oczywiście. Jeść w ukryciu nadal będę, nie ma innej opcji!

 

ZAMYKAM SIĘ W ŁAZIENCE

No czasem muszę, no. Zamknąć te drzwi i odgrodzić się od mojej uroczej, acz momentami irytującej rodziny! No czasem są takie dni, że już jedyne czego mi brakuje do wyprowadzenia z równowagi, to wejście dziecka do łazienki i truuuuucie, trucie i jeszcze raz trucie. Przecież takie zamknięcie w łazience i tak nie gwarantuje spokoju, bo jak nie widzisz oka w dziurce na dole drzwi, to widzisz ruszającą się klamkę, a jak nie widzisz klamki to słyszy pukanie, a jak nie pukanie to po prostu płacz, bo akurat kuźwa teraz dziecko nie potrzebuje taty, tylko do każdej najmniejszej pierdoły potrzebuje akurat Ciebie – matki niezastąpionej! Więc czasem muszę, bo się uduszę. Przekręcam zamek w drzwiach i mówię: ADIJOS! Róbta co chceta!

 

NIE CHCĘ KUPIĆ CI PIESKA. ANI BRACISZKA.

No co, no co! Już mam dość słuchania, że nie chcę dziecku zrobić najlepszego prezentu ever! W sensie brata czy tam siostry. Ja tam bym mogła… ale kto się tymi dziećmi zajmie, jeśli wyląduję w psychiatryku po miesiącu życia z dwójką? Dwójka będzie, phi, może nawet trójka, ale o panie – nie teraz !!! Po prostu nie teraz. Za dużo na głowie, zbyt dużo spraw i nie mam tutaj miejsca na szczeniaczka wielkości lalki, czy na dziecię numer dwa. Nie żebym się jakoś specjalnie przed tym broniła rękoma i nogami, ale wiecie… o paleniu się do tego też mowy nie ma. Wszechświat wie najlepiej, kiedy będzie na to wszystko czas i pora. Choć pewna na 100 % jestem, że pieska nie kupię nigdy! Koniec, kropka!

 

DOSTAŁAŚ MNIEJSZY POKÓJ W NOWYM MIESZKANIU

No wielkie PRZEPRASZAM w kierunku mojej córki, ale trzy lata jej życia pokazały mi, że idiotyzmem jest odmawianie sobie o trzy metry większej przestrzeni, tylko po to, żeby dziecko mogło robić większy bałagan! Do jej pokoju z ledwością wcisnęliśmy łoże, a gdzie tu jeszcze kącik biurowy dla matki? Noł łej, tutaj muszę być egoistką i zgarnąć te trzy metry dla siebie. Na pewno zmieścisz się w swoim kwadracie i będziesz mi wdzięczna za to, że nie musisz za dużo sprzątać – na peeeewno. Chyba, że pojawi się dzidzia nr 2. Wtedy zrobimy podmiankę pokojów. Albo znów wylądujemy na narożniku w salonie. Który nie ma funkcji spania… także tego.

 

ZAMÓWIŁAM CI „TROCHĘ” ZA DUŻĄ HULAJNOGĘ…

… i wzięłam ją dla siebie. Nie no. Nie było tak źle. I dziecko się nawet nie przejęło. „Pocekamy az będę starsa. A telas kupimy nową, dobra?”. Ale zacznijmy od początku. Zamówiłam dziecku nową hulajnogę. Ogólnie cud, miód malina. Dziecko czekało, przejęte, zaciekawione. Cóż to będzie? Jak się będzie jeździło?! No i nadszedł ten dzień. Przyszła paka od allegro, wielkie rozpakowywanie i jest! Wymarzona! Różowo, biała. Tylko matka tak jakby nie poczytała do końca jakie wszystko ma wymiary. Wiek 3+, to tak jak na Polę, perfecto… Trzy regulowane wysokości, ta najniższa, teoretycznie dobra na dziecko takie jak Poldun. Ale koła jakby dla niej za duże. I Pola mówi, że spoko! Jeździ na niej całkiem sprawnie. Ale ja jakby nie jestem do końca przekonana. No kurka wodna, może przesadzam, ale Poldun wygląda jakby wzięła tą hulajnogę od swojej pięcoletniej siostry! I matka się czai. Czai się na te wysokości i nagle bingo! A jakby ją rozłożyć maksymalnie? No i zrobiłam wysokość najwyższą, wsiadłam i… poleciałam. Ba! Pofrunęłam! Co za jazda! Co za wygoda! Co za szybkość! No luksus za nie wielką kasę. Przez rok pojeżdżę ja, a za rok przechwyci Poldun – o taki miałam plan! Ale za chwilę wszedł na nią jeszcze F! I się zaczęło. Cała trójka, jeden przez drugiego: ja chcę, ja chcę! A jak jeszcze przyjedzie Milla z Kacprem, to ja nie wiem – zrobimy chyba hulajnogę na minuty! I już sama nie wiem, czy bardziej to dla mnie, czy dla Poli, ale jedno jest pewne – zakup jest udany! Bo miałam chytry plan, przechwycić ją dla siebie, a tu jak zaraz zobaczycie na fotach – Pola śmiga na niej jak szalona! Pojechała na niej nawet do przedszkola. A ja…  następnym razem po prostu pomierzę, wymierzę, przeanalizuję i żadnego faux pas nie będzie. Oj nie! A teraz wybaczcie, ale idę sobie pojeździć. Albo popatrzeć jak jeżdżą wszystkie okoliczne dzieci z Ursynowa. Bo nie wiem czemu, ale jakoś wszyscy ciągle chcą się „przejechać” :D Hulajnogę możecie kupić tutaj – jest naprawdę rewelacyjna i idealnie posłuży jak na moje dziecku od ok. 5 lat do… starości :P Wyszukana na allegro, na którym na pewno znajdziecie masę innych sprzętów, w tym i hulajnogi :)

 

A Wy? Za co musicie „przeprosić” swoje dziecko? Na bank wyjadacie słodycze, dla dobra swoich dzieci – jestem tego pewna!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Malwina

    Tak zatrzymałam się przy tym punkcie o rodzeństwie… jak mnie irytuje jak mi ktoś mówi, że jestem egoistką i nie chce dać dziecku tego co najlepsze. A co ze mną? Co z moimi potrzebami i moją gotowością na bycie matką po raz drugi? Dlatego… doskonale Cię rozumiem! Tekst mimo wszystko przezabawny, dobrze mi się Ciebie zawsze czyta, a od jakiegoś czasu znacznie lepiej niż kiedyś!

    • Och, bardzo dziękuję! Ostatnio jakoś słowa i pomysły na wpisy same we mnie wypływają i może to czuć :)

      Pozdrawiam!

  • Magdalena Witkowska

    Ma Pani przepiękną córeczkę i cudownie się Panią czyta. Wpadłam dziś przypadkiem na blog, na wpis o matce walecznej i tak oto przepadłam w lekturze. Zostanę na dłużej! Pozdrawiam i gratuluję pięknej strony.

    • Bardzo się cieszę, że zostaniesz na dłużej! Postaram się nie zawieść :) Pozdrawiam i dziękuję!

  • jula

    ahahahhaa ja kiedys zjadlam cale ptasie mleczko swojej Amelce, a w nocy z tego wszystkiego dostalam jelitowki i stwierdzilam, ze to kara boska jak nic :d takze mamuski, nie robcie lepiej tego ;d

  • Jadwiga Mazur

    prześwietliłaś nas – wszystkie jemy słodycze w ukryciu i zamykamy się w łazience :D nie jestem sama :D :D

  • Gosia

    szkoda tylko, ze dzieci maja radar na slodycze i zaawsze wyczuja ze cos w domu jest, nawet jak nie widac. nie wiem jak one to robia ;d :)

    • Ej to racja! Nie wiem, one chyba mają jakiś szósty zmysł :D