5 oznak, które przekonały mnie, że decyzja o nowym życiu była strzałem w dziesiątkę.

25 maja 2015

Usłyszałam, że jestem odważna. Usłyszałam, że inni by tak nie mogli. Usłyszałam, że niektórzy zazdroszczą mi spontaniczności. I nagle stanęłam w samym centrum wielkiego miasta otoczona całym mnóstwem pędzących ludzi, których nie znam, otoczona budynkami zdającymi się sięgać samego nieba – stanęłam pośrodku nieznanego i zalałam się łzami.

Poczułam pustkę i lęk przed nieznanym. Mimo, że miałam przed sobą ją – moją córkę – poczułam się wyjątkowo osamotniona. Serce biło mi jak szalone, a głowa zdawała się pękać od hałasu przejeżdżających obok pojazdów. Przez chwilę kompletnie zapomniałam po co tu jestem. F. raz po raz mówił coś do mnie, ale moje myśli skutecznie go zagłuszały. Byłam nieobecna. To była najdłuższa i najgorsza godzina dzisiejszego dnia. Zrozumiałam, że gdyby strach pojawił się wcześniej zapewne nigdy bym nie wyjechała – przez milion wątpliwości i pieprzony sentyment. Do rodziny i miejsc, w których spędziłam 20 lat. Czy rozpoczęcie nowego życia jest w ogóle możliwe bez odczuwania strachu? Jeśli skupia się na pozytywach – to jak najbardziej! Ale kiedy jest się pewnym, że nowy start jest nam w ogóle potrzebny? Pewnym w stu procentach nie jest się chyba nigdy. Ale istnieją oznaki, które skutecznie przekonały mnie  o tym, że decyzja o nowym życiu jest strzałem w dziesiątkę.

1) Mieszkańcy – jeśli mieszkasz w mieście, w którym ludzie normalni to mniejszość, a wszyscy inni to fanatycy pisu, ćpuny, dilerzy i sfrustrowani, zazdrośni nieudacznicy siedzący 24 h przed kompem – nie oczekuj, że się do tego przyzwyczaisz, albo, że oni wszyscy się zmienią. Łatwo jest powiedzieć rób swoje i nie patrz na innych. Ale z czasem nawet wyjście do sklepu wiąże się z niesamowitą męczarnią mijania tych wszystkich ludzi, którzy prędzej odburkną Ci niemiłym tonem niż się życzliwie uśmiechną. Ja to pieprzę. Jeśli jacyś ludzi w jakimkolwiek stopniu zatruwają mi moje życie – odcinam się od nich. Nawet jeśli jest to najbliższa rodzina. Babcia, wujek czy „najlepsza” przyjaciółka.

2) Brak możliwości – po co męczyć się w mieście, w którym nie ma ani jednej porządnej uczelni, możliwości rozwoju, a o perspektywach na lepsze życie można jedynie pomarzyć? Po co męczyć się gdzieś gdzie całymi dniami trzeba zapierdalać za 1200 zł miesięcznie podczas gdy za tą samą pracę w większym mieście dostaniesz dwa razy tyle? Po co męczyć się w mieście, w którym dziennie wystawianych jest 5 ogłoszeń o pracę na krzyż? Po co męczyć się w mieście, w którym marzenia zabite u ludzi przez rzeczywistość popychają ich do nielegalnych interesów??

3) Nuda – no nuda. Jedni ją lubią, inni nie mogą żyć gdy nią zalatuje. Raz na jakiś czas jakieś wydarzenie na hali sportowej czy jakiś kolo śpiewający na muszli w solankach to nie dla mnie. Wydarzeń klubowych nie zaliczam do wydarzeń, bo karaoke mogę sobie zrobić w domu ze swoimi znajomymi. Drinka też.

4) Spokój – no nienawidzę spokoju. Nie mam wtedy poczucia, że żyję, że funkcjonuję. Musi być głośno, szybko i intensywnie. Ludzie muszą non stop biec, uśmiechając się przelotnie. Ludzie muszą żyć intensywnie. Widok takiego czegoś napędza mnie i motywuje do działania.

5) Zmęczenie psychiczne – spowodowane wszystkim co powyższe. Ciężko jest funkcjonować z dzieckiem w mieście, w którym nic się nie dzieje. Ciężko jest żyć w mieście, w który prawie każdy Cię zna. Ciężko jest gdy na wszystkie większe eventy, musisz wsiadać w furę i tankować ją za 3 stówy. Generalnie ciężko mi było w ostatnich miesiącach funkcjonować w mieście, które nie pozwalało mi rozwinąć skrzydeł w takim stopniu w jakim bym chciała. W momencie, w którym postanowiłam zawalczyć o lepszą jakość życia dla siebie i dla swojej córki nie liczyło się to, że tam mam taniej, łatwiej i mam pomoc pod nosem, a ciepłe obiadki często przynosi mi teściowa. Nie ma być łatwo. Jeśli miałabym iść na łatwiznę zostałabym w 300 metrowym domu rodziców z wielkim ogrodem. Nie musiałabym gotować i mieć sprzątania wszystkiego tylko na swojej głowie. Zapewne miałabym codziennie kilka godzin wolnego od dziecka i mogłabym spokojnie ćwiczyć i blogować. I nie musiałabym płacić 2 tysięcy za wynajem 40 metrów i nie musiałabym się martwić czy starczy mi do 10. Ale w życiu nie chodzi o to, żeby było łatwo. Ma być przyjemnie, a my mamy być szczęśliwi. A czasem możliwość podkładania wszystkiego pod nos wcale szczęścia nie daje. I gdy męczy nas już to miasto, Ci ludzie, to całe otoczenie – to warto postawić wszystko na jedną kartę. Spakować rzeczy, wyjechać i poszukać miejsca, w którym nareszcie poczujemy…że żyjemy.

 

spodenki – tutaj

bluzka – tutaj

DSC_0030

 

DSC_0033

 

DSC_0035

 

 

DSC_0042

 

 

DSC_0053

 

 

DSC_0054

 

 

DSC_0056

 

DSC_0058

 

 

DSC_0060

 

 

DSC_0063

 

 

DSC_0065

 

 

DSC_0067

 

 

DSC_0072

 

 

DSC_0076

 

 

DSC_0078

 

 

DSC_0079

  • Ewa Plummer

    Powodzenia w wielkim mieście! Trzymam kciuki ;).

  • tasteandlifestyle.blogspot.com

    Życzę Ci powodzenia w „Wielkim Mieście”. Trzymam za Was kciuki. Będzie dobrze, bo Ty sama tego chcesz:) Ja też kiedyś była na takim etapie. I nigdy nie żałowałam tej decyzji. Warszawa jest miastem, w którym nigdy nie będziecie się nudzić. Pozdrawiam!
    http://tasteandlifestyle.blogspot.com

  • klejmotek

    Życzę Wam wszystkiego dobrego na – jakby nie było – nowej drodze życia ;) My za kilka miesięcy planujemy powrót ze Szczecina do małego rodzinnego miasta i po pięciu latach tutaj z każdym dniem coraz trudniej przyzwyczaić mi się do tej myśli.

  • Kinga

    Powodzenia :) Ty do Warszawy, a mój mąż coś mówi o wyprowadzce do Argentyny… I jestem ciekawa jak to ogarnę :/

  • ezra

    Masz zupełną rację – Inowrocław umarł. Nie ma tu żadnych perspektyw, a sąsiedzi i znajomi, śledzący każdy twój krok są nie do wytrzymania. Jeszcze tu mieszkam, ale za jakiś czas także się wyprowadzam. Będzie mi tylko brakować rodziców. I tak nie mam tu znajomych [o ile w ogóle jakichś mam :P]. Powodzenia :)

  • Ewelina Graczkowska

    Ja tu przyjechałam 7 lat temu. A tak naprawdę może od dwóch lat zaczynam się czuć w końcu dobrze. Nic na siłę i nie załamuj się będzie dobrze. Jakby co zapraszam na Pragę mamy z Filipkiem duuuużo zabawek :*

  • Anna Caputo

    To jest ten ogrod o ktorym wspominalas? Przepiekny! Ja majac 19 lat tez wyjechalam z Inowroclawia i wcale tego nie zaluje! W porownaniu z Warszawa Inowroclaw to dziura ! Nie musisz sie tlumaczyc ,dlaczego wyjechalas.Jestes super dziewczyna z charakterem,napewno sobie poradzisz !!!

  • Powodzenia. Jestem niemal pewna, że będziesz zadowolona :)

  • Natalia Kaczmarek

    Kochana Aluniu bierz życie garściami i duś jak cytrynę pamiętaj że zawsze można znaleźć nowe miejsce i emigrować tak długo aż znajdziesz swój azyl ;***
    Pięknie wygladacie przesyłam buziaczki;*****

  • Filcowa Sowa

    w większym miescie zarobisz więcej ale koszty utrzymania też są większe.

  • Prawie 5 lat temu zrobiliśmy to samo :) Spakowaliśmy walizki i przenieśliśmy się 1500km dalej :)
    Powodzenia!

  • Ladymami Paulina

    Trzymam za was kciuki! Nie ważne gdzie będziesz, zawsze będę czytać Twoje posty i śledzić Wasze poczynania ;) Pozdrawiam

  • Są miasta, które niby perspektywy mają. Uczelnie są, nudy już nie ma, zarabia się mało, pracuje się nie najlepiej, ale wyjechać stąd się nie chce. Choć się powinno. Trzeba też walczyć z rzeczywistością inaczej się tego stanu rzeczy nie zmieni.

  • Ja Ciebie doskonale rozumiem i zgadzam się w pełni. Jakiś czas temu napisałam post na temat Żywca, w którym argumentowałam podobnie. Odkąd mąż sprowadził mnie do tej mentalnej dziury byłam nieszczęśliwa, nawet depresja mnie nie ominęła. Po dwóch latach walki, próśb i gróźb, mój mąż zlitowal się i zaczął szukać pracy gdzie indziej, choć niezbyt efektywnie. Dopiero po dwóch latach udało się i za dwa tygodnie zaczynamy lepsze życie. Mój blog ma sporo postów pełnych żalu i tęsknoty za wielkim miastem, gdzie żyłam 7 lat. Mam nadzieję, że od teraz będzie miejscem bardziej pozytywnym, a ja w końcu znajdę pracę i swoje miejsce na ziemi…

  • Różyczka

    Znam te uczucia ;-)
    Sama po 30l w malej mieścinie wyjechałam z rodzina do dużego obcego obcojęzycznego miasta i TU jest nam dobrze!
    Czego i Wam z całego serducha zycze.

  • Jak miałam 19 lat wyprowadziłam się z domu. Było to zaplanowane, ale na żywioł, tzn o wspólnym mieszkaniu i przeprowadzce zdecydowaliśmy kilka miesięcy wcześniej, ale mieszkanie znaleźliśmy na 3 dni przed przeprowadzką, pracę znaleźliśmy po 2 tygodniach, a na pierwszy czynsz się zapożyczaliśmy, a żyliśmy bez pomocy finansowej rodziców. Warto było takie szaleństwo zrobić :)

  • ania

    ale jesteś podobna do Mamy! :)

  • nika

    wyprowadziłam się z domu mając 20 lat. Na żywioł. Z chłopakiem myśleliśmy o tym zaledwie kilka tygodni. Wyprowadziłam się tuż po egzaminach, wzięłam dziekankę i pojechałam do Anglii :) żyliśmy na pokojach, a później w mieszkaniu. Nawet jeśli teraz już z nim nie jestem i każde z nas poszło własną drogą nie żałuję tej decyzji. Dojrzałam i szybko stałam się odpowiedzialna za siebie – częste tłumaczę to młodszemu kuzynowstwu – w dorosłym życiu jak sobie nie upierzesz, nie ugotujesz, nie kupisz/naprawisz – to będziesz chodzić w brudnych ciuchach i głodny. Mam nadzieję, że niedługo założę rodzinę :)

  • Misako – matka po japońsku

    Wyprowadziłam się do Wawy mając 19lat, tak jak ty jestem z dziury zabitej dechami. Uwielbiam to miasto a ta decyzja byla jedną z najlepszych w moim życiu. Zobaczysz to za 10lat ;) choć wówczas też wiele rzeczy bardziej przyziemnie już ocenisz jak np. To że za jakością idą też wyższe koszty, a pęd przestanie cię dziwić, zaskakiwać, to zobaczysz że podjęłaś słuszną decyzję -dla siebie, ale przede wszystkich dla Poli

  • ania

    Poldeczek kochany! A Ty piękna! <3