10 kilogramów mniej

23 marca 2015

Jakieś 2 lata temu miałam swój sklep, w którym pracowałam całymi dniami. Zamawiałam sobie tam codziennie jakieś chińskie kubki, kebaby, latałam do kiosku po słodycze. Tyłam i tyłam i nawet tego nie zauważałam… Jakoś na przełomie maj/czerwiec weszłam na wagę i kiedy zobaczyłam liczbę 74 prawie zemdlałam. Jak mogłam tego nie widzieć? Jak mogłam nie widzieć tych o wiele większych ud, cellulitu i buzi okrąglejszej niż zwykle. 74! Gdzie normalnie ważyłam zawsze 68! Kiedy zeszłam wtedy z wagi czułam się jakbym dostała w policzek. 

Kilka dni wcześniej siostra zrobiła mi sesję. Czułam się tak sexy w krótkich spodenkach i krótkiej bluzce. Do czasu kiedy wysłała mi zdjęcia na pocztę. Ja chyba serio byłam ślepa, albo moje lustro w sklepie wyszczuplało. I to znacznie. Wiedziałam, że niebawem będę chciała zacząć z F. starania o dziecko więc spięłam się w sobie i przez 2 tygodnie zrzuciłam 6 kg. Nie, nie głodziłam się. Po prostu waga na początku przy ćwiczeniach i diecie spada bardzo szybko. No dobra, jadłam trochę za mało, ale opłacało się zważając na fakt, że wagę 74 kg miałam dopiero w jakimś 7 miesiącu ciąży.

W ciąży przytyłam 14 kg. Po porodzie od razu waga spadła o 12. 70 kg było na liczniku i było, a czasem próbowało nawet skakać delikatnie w górę. Zaczęłam chodzić na cross, jeść w miarę zdrowo i siódemka zniknęła. Wakacje mi sprzyjały, kilkugodzinne spacery, mniej jedzenia niż zwykle. Schody zaczęły się kiedy słońce zniknęło, a praca F. nie pozwalała mi dłużej na treningi. Przestałam ćwiczyć, a waga wciąż skakała między 68 a 70. Jakoś na początku stycznia poczułam ten moment i powiedziałam sobie…teraz albo nigdy. Zaczęłam ćwiczyć skalpel i zagłębiać się w tematy zdrowego żywienia. W lutym troszkę odpuściłam – sesja i nie dające żyć migreny pochłaniały moją energię, a wieczorami jedyne o czym marzyłam to ciepłe łóżko. Nadal jednak starałam się trzymać zdrowej diety, raz na jakiś czas pozwalając sobie na grzeszki. Troszkę odpuściłam wtedy to fit życie, ale równocześnie zmieniałam coraz to więcej nawyków żywieniowych co pozwalało mi utrzymywać wagę 65,5 kg i płaski brzuch.

W ostatnich dniach stwierdziłam jednak, że pora wrócić do systematycznych ćwiczeń i jeszcze bardziej zagłębić się w temat zdrowego żywienia. Po pierwszych siedmiu dniach, w którym raz w sobotę tylko zgrzeszyłam ( spotkanie blogerek) i ćwiczyłam 4 razy w tygodniu ( po co się przemęczać ;) ) weszłam z zakwasami na wagę – 63,7. Nigdy tyle nie ważyłam. No może w trzeciej klasie gimnazjum kiedy zachorowałam i schudłam dwa rozmiary, ważyłam 62 kg i to tylko dlatego, że przez tydzień nic nie jadłam, bo budziłam się tylko na siku, a przez dwa kolejne wmuszano mi zupki – początki przygód z tarczycą.

63,7 kg. Nie dzięki głodówkom i nie dzięki godzinom spędzonym na siłce. Głównie dzięki temu co jem i o jakich porach. 4/5 posiłków dziennie co 3 godziny. Wszystkie dobrane na podstawie książki Ewki „Przepis na sukces”.

Wygląd zewnętrzny nie jest najważniejszy, wiem o tym. Ale zadowolenie z własnego ciała, lepsze samopoczucie i ZDROWIE daje mi satysfakcję i zadowolenie z siebie, które pozwala mi spełniać się na innych płaszczyznach.

Możesz mówić, że się nie da, że nie masz czasu. Jeśli akceptujesz to co widzisz w lustrze – ok. Ale jeśli patrzysz na innych i czujesz złość, bo wyglądają lepiej – to wstań i zrób wszystko by nie czuć złości, a …radość. Jeśli mówisz sobie ” Wcale bym nie chciała wyglądać tak jak ona” i odczuwasz przy tym agresję tzn. że sama siebie okłamujesz. Takie zdania zazwyczaj wypowiadają osoby, które CHCIAŁYBY wyglądać tak jak ta czy tamta, ale próbują sobie wmówić, że tak nie jest. Ktoś kto jest pewny siebie i akceptuje swoje odbicie w lustrze nie mówi takich rzeczy, bo nie musi tego nikomu udowadniać.

Ja też mogłam przy 74 kg powiedzieć, że nie chcę być szczupła. Albo, że mi się nie chce. Ale raczej dziś nie byłabym dumna ze swojego odbicia, a jedyne co bym czuła to żal i smutek, że mogłam coś z tym zrobić, ale zamiast tego jadłam kolejnego kebaba popijając colą.

2 lata temu byłam 10 kg grubsza. Dużo czy mało. Sama sobie odpowiedz. Dla mnie jest to teraz niepojęte i wiem jedno – nigdy nie doprowadzę się już do takiego stanu. Bo najgorsze jest to, że opamiętujemy się czasem po zbyt długim czasie…ale…z drugiej strony…nigdy nie jest za późno na zmiany. Właściwie to nie ważne kiedy się opamiętasz. Ważne, że w ogóle podejmiesz walkę z samą sobą. A takie walki są najcięższe…ale za to przynoszą najlepsze efekty.

 

DSC_8581

 

DSC_8582

 

DSC_8586

 

 

DSC_8587

 

DSC_8590

 

DSC_8600

 

DSC_8603

 

DSC_8605